Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

System wynagrodzeń w administracji publicznej napędza patologie

Ministrowie i wiceministrowie zarabiają mniej od dyrektorów, którzy im podlegają. Decyzje o ogromnym znaczeniu podejmują ludzie zarabiający mniej niż średnia krajowa

Zarobki w polskiej administracji publicznej stoją na głowie. Decyzje o losach państwa i jego obywateli podejmują ludzie, którzy nie tylko zarabiają mało, ale też znacznie mniej od własnych podwładnych. Ministrowie i wiceministrowie zarabiają mniej od dyrektorów departamentów, którzy im podlegają. Prezydenci, burmistrzowie i wójtowie zarabiają mniej od swoich zastępców i dyrektorów w urzędach. Osoby, które mają wpływ na obsadę stanowisk w spółkach skarbu państwa zarabiają rażąco mniej od osób, którym te stanowiska powierzają. To w oczywisty sposób prowadzi do powstawania układów zależności i sprawia, że klientelizm to stały element systemu, niezależnie od tego, kto akurat rządzi. Trudno też o lepsze warunki do szerzenia się korupcji niż powierzenie skandalicznie nisko opłacanym urzędnikom zadań, w ramach których będą podejmować decyzje o często wielomilionowym znaczeniu dla interesariuszy biznesowych. Taka sytuacja ma miejsce choćby w samorządach, gdzie jedna, korzystna dla dewelopera decyzja może ustawić biedującego na co dzień urzędnika na kilka dobrych lat. Pierwszy z brzegu przykład od pracownika Zarządu Transportu Publicznego w Krakowie: „Odpowiedzialność człowieka układającego rozkłady jazdy dla całego miasta wyceniana jest na 2500-2700 zł na rękę”.

Pierwszy z brzegu przykład od pracownika Zarządu Transportu Publicznego w Krakowie: „Odpowiedzialność człowieka układającego rozkłady jazdy dla całego miasta wyceniana jest na 2500-2700 zł na rękę”

Radykalna i nieco przejaskrawiona teza o konsekwencjach złego systemu wynagrodzeń w sektorze publicznym jest taka: zdolni ludzie do pracy w urzędach idą na chwilę, żeby zaraz potem dostać lepszą stawkę na start w korporacji, albo żeby mieć stabilne źródło dochodu i mało wymagającą pracę, na przykład podczas nauki do egzaminu na aplikację czy zdobywania dodatkowego wykształcenia na studiach podyplomowych. Jeśli chodzi ministerstwa i inne urzędy centralne, a także – niestety – Sejm, nieliczni zdolni idą tam na służbę Rzeczypospolitej, nie przejmując się niskimi zarobkami. Niestety, nie pozostają tam zbyt długo, bo domowe budżety im na to nie pozwalają. Zdecydowanie liczniejsza grupa to w najlepszym wypadku ludzie średnio zdolni, ale posłuszni, a w najgorszym – partyjni karierowicze z „kręgosłupami marki Haribo”, którzy liczą, że odsłużą swoje i dostaną ciepłą posadkę w jakiejś spółce skarbu państwa.

Niby-premie

Oczywiście, od każdej reguły znajdują się wyjątki, ale tak z grubsza można opisać krajobraz polskiej służby publicznej. Tymczasem w mediach o ogólnopolskim zasięgu nieustannie kładzie się ludziom do głowy, że praca w administracji, szczególnie w urzędach centralnych to kraina mlekiem i miodem płynąca. Za pożywkę dla takich publikacji służy niestety choćby sam system wynagradzania, oparty w dużej mierze na tym, że niską pensję podstawową równoważy się premiami, które nie są tak naprawdę narzędziami motywacyjnymi, ale „ukrytym”, stałym dodatkiem do wynagrodzenia, o czym mówi się przyszłym pracownikom już na etapie rekrutacji. To całe „ukrycie” oczywiście wychodzi na jaw co sezon, kiedy kolejne redakcje publikują informacje w rodzaju: „Zawrotne nagrody dla skarbówki. Premie dla funkcjonariuszy liczone są w setkach milionów”, „Szydło sama przyznała sobie 65 tys. zł nagrody. Burza po odpowiedzi na interpelację posła PO”, „Bankowy Fundusz Gwarancyjny wypłacił w 2018 r. swoim pracownikom ponad 3,57 mln zł dodatków do pensji” itd. Takie doniesienia zdecydowanie nie pomogą, kiedy ktoś wreszcie zdecyduje, że trzeba kwestię wynagrodzeń uporządkować i te niby-premie włączyć do podstawowego wynagrodzenia. Wtedy z pewnością usłyszymy lament, że to podwyżki dla darmozjadów.

Niską pensję podstawową równoważy się premiami, które nie są tak naprawdę narzędziami motywacyjnymi, ale „ukrytym”, stałym dodatkiem do wynagrodzenia

W 2018 roku na łamach „Rzeczpospolitej” Katarzyna Wójcik przywoływała takie przykłady niby-premii: „W Mazowieckim Urzędzie Wojewódzkim na 1130 zatrudnionych nagrody przyznano 1110 członkom urzędniczego korpusu. Wynosiły od 90 do 7,5 tys. zł. Z kolei w Pomorskim Urzędzie Wojewódzkim nagrody przyznano 495 członkom korpusu służby cywilnej na 481,94 etatu. Wyższa liczba osób, które otrzymały nagrody od średniorocznego zatrudnienia, wynika z ruchów kadrowych oraz faktu, że były przyznawane trzykrotnie w ciągu roku”.

– Na comiesięczną pensję składała się kwota określona w umowie plus premia stanowiąca procent od tej kwoty. Premia ta co prawda mogła być przez przełożonego cofnięta w szczególnych przypadkach, lecz przez 13 lat nigdy nie słyszałem o takim przypadku – powiedział mi wieloletni pracownik Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego.

W większości urzędów skarbowych premie też nie mają żadnego związku z rzeczywistymi zasługami pracowników, ale częściej zależą od widzimisię przełożonych. Rozmawiałam z pracownikiem działu wymiarowego jednej ze skarbówek. Oprócz wielu innych spostrzeżeń przytoczył swój przykład dotyczący nagród. – Premie były przyznawane „po znajomości”, tj. kogo kierownik lubiła, ten dostawał. Ja miałem konflikt z kierownik, więc mimo że prowadziłem jednocześnie kilkanaście postępowań (to dużo), premii nie dostałem. W tym samym czasie przyszła nowa osoba i z marszu dostała premię.

W urzędzie się nie rozwiniesz

Ta sama osoba i kilku innych rozmówców zwróciło mi uwagę na jeszcze jeden problem polskich urzędów: identyczny zakres obowiązków dla nowego pracownika i dla tych, którzy pracują w danej jednostce już kilka lat. W wielu instytucjach na porządku dziennym jest sytuacja, w której wszyscy urzędnicy, od młodszego referenta po głównego specjalistę, robią to samo: prowadzą postępowania od A do Z. Od kserowania papierów, przez merytoryczną ocenę i kontakt z obywatelem czy podmiotem kontrolowanym, po czasochłonne przeklikiwanie się przez niewydolne systemy informatyczne.

W większości urzędów skarbowych premie też nie mają żadnego związku z rzeczywistymi zasługami pracowników, ale częściej zależą od widzimisię przełożonych

– To tylko pokazuje, że po prostu rozwój jako taki, rozwijanie kompetencji zawodowych jest w urzędach niemożliwe. Cały czas będzie się robiło to samo, czasem rzeczy prostsze, czasem trudniejsze. Ale wciąż nic nowego – mówił jeden z moich rozmówców.

Brak możliwości rozwoju, niskie w porównaniu z rynkiem pensje i nieprzejrzysty sposób nagradzania zniechęcają młodych ludzi do traktowania pracy w urzędzie jako sposobu na życie i wpychają ich w objęcia korporacji, w których działy HR, w przeciwieństwie do działów kadr polskich urzędów, dbają o utrzymanie motywacji i satysfakcji z wykonywanych zadań u swoich najlepszych pracowników.

Jak zatrudnić specjalistę?

Ministerstwa, agencje i instytucje rządowe borykają się z problemem niedoboru lub całkowitego braku wysoko wykwalifikowanych kadr. Problem braku specjalistów jest szczególnie dotkliwy w resortach i agencjach rządowych, które mają zadania ściśle eksperckie – jak np. energetyka, cyfryzacja czy nadzór nad badaniami naukowymi. Swego czasu mówiła o tym Anna Streżyńska, minister cyfryzacji w latach 2015-2018.

– Bardzo dobry programista lub menedżer na rynku dostaje 45-60 tys. zł miesięcznie, niezły – 20-25 tys. Tymczasem najwyższa pensja w ministerstwie to 10 tys. zł – mówiła w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.

Zaznaczała jednak, że zdarzają się specjaliści, którzy odchodzą z biznesu i przychodzą do ministerstwa, by pracować za znacznie niższe pieniądze. – Niestety, te osoby przychodzą do nas na krótki okres. Jeśli uda mi się umówić z kimś na dwa lata, to wielki sukces – dodała.

Tajemnicą poliszynela jest to, że w związku z trudnością, a czasem niemożnością pozyskania ekspertów do pracy w rządzie, część pracy merytorycznej nad ustawami odbywa się poza ministerstwami. Jak mówi jeden z moich rozmówców, od lat normą jest, że prace legislacyjne związane choćby z polityką energetyczną toczą się w spółkach skarbu państwa i są dostarczane ministrom w formie gotowców. Wielkie spółki energetyczne, w przeciwieństwie do rządu, dysponują naprawdę rozbudowanymi, silnymi działami analitycznymi i mają możliwość szybkiego i prostego zamówienia dodatkowych ekspertyz.

Anna Streżyńska: Bardzo dobry programista lub menedżer na rynku dostaje 45-60 tys. zł miesięcznie, niezły – 20-25 tys. Tymczasem najwyższa pensja w ministerstwie to 10 tys. zł

Za 6 tysięcy pracuje złodziej albo idiota

Warto pamiętać o tym, że zarządzanie państwem jest chyba największym możliwym wyzwaniem zawodowym, a odpowiedzialność wiążącą się z jego realizacją trudno porównać z czymkolwiek innym. Ile w takim razie zarabia premier? Na rękę około 11 tys. zł. Minister? Jakieś 9 tys. zł netto. Te zarobki, nawet jeśli dodamy do nich premie, są skandalicznie niskie w stosunku do ciężaru gatunkowego wykonywanych zadań. A premie dla polityków, jak wiadomo, nie są w społeczeństwie mile widziane. Wciąż krążą legendy o tym, jakie problemy mieli niektórzy wysocy urzędnicy z nakazanym przez Jarosława Kaczyńskiego przekazaniem na Caritas otrzymanych wcześniej dodatków do pensji. Podobno jeden z ministrów musiał pożyczyć te pieniądze od znajomych.

Od lat normą jest, że prace legislacyjne związane choćby z polityką energetyczną toczą się w spółkach skarbu państwa i są dostarczane ministrom w formie gotowców

Jak wspomniałam na początku, najważniejsi urzędnicy w państwie zarabiają mniej od ludzi, którzy im podlegają. Jak to możliwe? Zgodnie z tzw. ustawą antykorupcyjną (i szeregiem powiązanych aktów prawnych, których nie sposób wymienić) premier, wicepremierzy, ministrowie i wiceministrowie, ale też prezydenci miast, burmistrzowie i wójtowie, mają praktycznie zerowe możliwości poszerzenia źródeł swoich zarobków, a dyrektorów, wicedyrektorów, wiceprezydentów i wiceburmistrzów te zasady już nie obowiązują. Ci drudzy mogą dorabiać choćby w państwowych i miejskich spółkach. Standardową praktyką jest powierzanie im w ramach dodatku do pensji stanowisk w radach nadzorczych czy zarządach.

Takie ułożenie systemu sprawia, że potencjalny awans ze stanowiska dyrektora departamentu na wiceministra to nie żaden awans, tylko degradacja. O jakiej różnicy w zarobkach mówimy? Dyrektor może uskładać pensję w wysokości nawet 15 tysięcy na rękę, a wiceminister może liczyć na jakieś 7 tysięcy. W kuluarach pełnienie funkcji wiceministra nazywane jest „programem stażowym”, bo jeśli człowiek się sprawdzi, to może otrzymać dobrze płatną posadę w spółce skarbu państwa.

Ile w takim razie zarabia premier? Na rękę około 11 tys. zł. Minister? Jakieś 9 tys. zł netto. Te zarobki, nawet jeśli dodamy do nich premie, są skandalicznie niskie w stosunku do ciężaru gatunkowego wykonywanych zadań

Problematyczne jest też samo zestawienie zarobków urzędników z zarobkami w spółkach skarbu państwa, które nomen omen podlegają właśnie tym nisko opłacanym ministrom. Przykładowo, zatrudniony na pół etatu doradca prezesa w Polskiej Grupie Energetycznej może liczyć na 10 tysięcy na rękę. Sami prezesi dużych spółek zarabiają na rękę od 40 tys. (np. JSW) do 100 tys. (np. Orlen). Naprawdę wesoło (lub niewesoło) robi się, kiedy porównamy pensję Premiera z wybranymi wynagrodzeniami w Narodowym Banku Polskim. Dyrektor departamentu komunikacji i promocji NBP w 2018 zarobiła 594 756 zł, czyli jakieś 34 tys. zł miesięcznie na rękę. Średnie miesięczne zarobki szefowej gabinetu prezesa wyniosły z kolei 28 tys. zł netto. To swoją drogą znamienne, że asystentka prezesa i szefowa komunikacji zarabiają więcej od dyrektorów takich departamentów jak: innowacji finansowych, analiz ekonomicznych czy ryzyka operacyjnego.

Ucywilizować!

Przykłady patologii można wymieniać bez końca. Cała ta układanka sprawia, że system wynagrodzeń w sektorze publicznym, a szczególnie w administracji centralnej i samorządach, jest nie tylko postawiony do góry nogami, ale też jest całkowicie nietransparentny. Zarówno politycy, jak i media sprawiają jednak wrażenie, jakby ich nadrzędnym celem było utrzymanie tego bałaganu w niezmienionym kształcie. Nawet jeśli godzimy się z tym, że urzędnik państwowy nie może zarabiać tyle co menedżer na wolnym rynku, bo cele państwa są inne niż cele przedsiębiorstw, to nie możemy godzić się na żenująco niskie wynagrodzenia najważniejszych osób w państwie i brak przejrzystości w sposobie finansowania i konstruowania pensji urzędników wszystkich szczebli.

Wynagrodzenia urzędników powinny być adekwatne do zadań i ponoszonej odpowiedzialności, nie mogą też w rażący sposób odstawać od rynku. Powinny być ustalane w transparentny sposób, a premie powinny być narzędziem motywacyjnym i opierać się na jasnych kryteriach, a nie stanowić stały dodatek do pensji czy zależeć od widzimisię zwierzchników. Nie może być też miejsca na dofinansowywanie urzędników przez spółki podległe. Żeby takie zmiany przeprowadzić potrzebna jest zarówno wola polityczna, jak i odpowiednie przygotowanie na nie opinii publicznej. Akcje PR-owe i wygłaszane przez polityków populistyczne komunały o tym, że premier, poseł czy urzędnik za dużo zarabiają, tylko oddalają nas od uporządkowania tych kwestii.

Członek zespołu Nowej Konfederacji. Zawodowo zajmuje się public relations, public affairs, media relations, fundraisingiem i koordynacją projektów. Pracowała dla agencji PR, polityków, organizacji pozarządowych i szkół językowych. Ukończyła filologię polską i nauczanie języka angielskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Kilkukrotna medalistka Mistrzostw Polski w lekkiej atletyce.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz