Newsletter

Urojony wróg narodu

Zapomina się o korzyściach, jakie mamy z obecności gatunków chronionych. Słyszymy najczęściej o szkodach, o osaczonych przez foki rybakach, o myśliwych, drżących o życie jeleni, zagrożonych przez wilka

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Bądź czujny. Czyha w morzu na „twoje” ryby w sieciach. Może stać się psem rasy husky, który „sterroryzuje” ulice Sanoka. Wróg może być wszędzie. Foka, żubr, bóbr, łoś i wilk. Czas się nimi zająć – wołają najgłośniej rybacy w sprawie fok, myśliwi w sprawie wilków, leśnicy w sprawie łosi i minister środowiska w sprawie gatunków chronionych. Przyroda znalazła się po raz kolejny na celowniku polityków, którzy walkę z nią biorą na swoje wyborcze sztandary. Wybory coraz bliżej, a i klimat czynienia sobie ziemi poddaną, zaszczepiony przez byłego ministra środowiska, Jana Szyszkę, ośmiela zwolenników zabijania nie tylko fok szarych. Za najlepszą ilustrację niech posłuży cytat z wiadomości jednej z największych rozgłośni radiowych: „Wilk zbliżył się do moich krów, ale nie wiem, czy to był na pewno wilk”.

Antyfocza kampania nie zaczęła się w tym roku. Ma już swoje „tradycje”, szczególnie na Półwyspie Helskim

Zabić fokę

Na progu wakacji opinię publiczną w Polsce zelektryzowała wieść o martwych fokach na polskim brzegu Bałtyku. Część z nich nie zginęła z przyczyn naturalnych. Młode foki, które dopiero uczą się samodzielnego życia, ginęły w rybackich sieciach. Niektórym z nich mógł pomóc człowiek, o czym świadczyły obrażenia na ich ciele, przywiązane do nich cegły i rozcięte brzuchy.

O tym, że foki nie są lubiane przez rybaków wiemy już od dawna. Sam miałem okazję, i to wielokrotnie, przysłuchiwać się dyskusjom z udziałem osób trudniących się rybołówstwem, które powtarzały, że te morskie ssaki wyjadają im ryby. Można byłoby wręcz wyciągnąć z tych opowiadań rybackich aktywistów jeden wniosek – przez foki łowimy mniej, bo fok jest więcej. Taki ton tej narracji nadały osoby, którym nie podobają się foczy mieszkańcy bałtyckich wód. Wtórowali jej nawet wysocy przedstawiciele resortu gospodarki morskiej, powtarzając mit o niszczycielskiej sile fok na niedawnym spotkaniu Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt.

W tej dyskusji zapomina się jednak o rzeczywistych powodach kurczenia się zasobów. To nie foki, ale stan wód Bałtyku, zmiany klimatyczne, a przede wszystkim połowy na przemysłową skalę wydrenowały nasze morze z ryb. Bałtyk nie jest stawem hodowlanym. Większość gatunków, które w nim są komercyjnie poławiane, nie pochodzi z zarybień. W konsekwencji nie możemy stawiać znaku równości między właścicielem stawu rybnego, który ryby hoduje, a rybakiem, który poławia dziko żyjące gatunki.

Owszem, foki żywią się rybami. W końcu są drapieżnikami. Jednak skoro wciąż żyją w Bałtyku, to oznacza, że są jeszcze w nim ryby. A skoro są ryby, to mają co łowić i rybacy. Nieżyjący już profesor Krzysztof Skóra, wieloletni dyrektor znanej Stacji Morskiej w Helu, często powtarzał: Jeśli nie ma ryb, to nie ma fok. A bez ryb nie będzie tak fok, jak i rybaków.

Wilków będzie tyle, na ile pozwala im siedlisko, czyli „dostępny metraż ich mieszkania”. Swoją liczebność będą same dostosowywać do jego wielkości. A wspomniany metraż zależy przede wszystkim od dostępności obszarów leśnych

O tej oczywistej prawdzie zapominają jednak rybacy, ci, którzy próbują zrzucić winę na foki. Antyfocza kampania nie zaczęła się w tym roku. Ma już swoje „tradycje”, szczególnie na Półwyspie Helskim. To w miejscowościach Mierzei Helskiej pojawiły się plakaty, ostrzegające turystów przed fokami, rzekomo atakującymi ludzi. Co najciekawsze, autorzy grafik zamiast fok umieścili na nich uchatki, które nie występują w Bałtyku.

Oskarżona foka szara

W Morzu Bałtyckim występuję trzy gatunki fok – pospolita, która wbrew nazwie, jest najmniej liczna, foka obrączkowana, która występuje we wschodniej części Bałtyku, i foka szara, która pojawia się najczęściej na polskim wybrzeżu. Ponad wiek temu liczebność bałtyckich fok szarych była szacowana na około 100 tysięcy osobników. Pojawiały się licznie u polskich brzegów naszego jedynego morza. Jednak już wtedy były tępione, co doprowadziło do sytuacji gwałtownego spadku ich liczebności szacowanego w latach 80. na zaledwie 4 tysiące osobników. Dopiero dzięki działaniom ochronnym, które podjęły kraje skandynawskie, fok szarych zaczęło przybywać i dziś może być ich około 30 tysięcy w całym Bałtyku.

Foka szara nie lubi granic państwowych. Jest zwierzęciem wędrownym i pojawia się w różnych miejscach. Kiedy dobija do brzegu, szuka miejsc bezpiecznych i spokojnych, najlepiej odizolowanych do stałego lądu wysepek i łach lub bezludnych plaż. Na polskim wybrzeżu takich miejsc wcale dużo nie mamy. Dziś praktycznie jedyną stałą ostoją foki są łachy w ujściu Przekopu Wisły. To tam można z dużym sukcesem obserwować ze specjalnej platformy widokowej odpoczywające foki. Perspektywa podglądania fok z bezpiecznej odległości przyciąga turystów. W krajach, w których żyją foki, popularny jest tzw. „seal watching”. Jednocześnie foki, jak każdy drapieżnik, pełnią ważną rolę w ekosystemie Bałtyku. Są naturalnymi selekcjonerami dziko żyjących ryb w bałtyckich wodach.

Eksperci uspokajają. Nie ma mowy o foczej inwazji na polskim brzegu. Brakuje na nim odpowiednich siedlisk i zaledwie nieliczne miejsca w Polsce stanowią optymalne miejsce ich wypoczynku i rozrodu. A foki będą się pojawiać, bo żyją w Bałtyku już od 9 tysięcy lat. Jednak ten fakt postanowiła zignorować posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk, mówiąc mediom: „Foki to szkodniki, a Bałtyk nie jest naturalnym środowiskiem dla tych zwierząt”. Jej słowa rozpętały medialną burzę. I w pewnym sensie mogły ośmielić tych, którzy fok chcą się pozbyć. W rezultacie mieliśmy swoisty pokaz siły i ignorowania prawa wynikającego z ochrony gatunkowej fok, którego przejawem były martwe osobniki na polskim wybrzeżu. W samym środowisku rybackim pojawiły się publicznie artykułowane opinie, że foki należy tępić. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku wilków.

Foka przeszkadza rybakom, wilk konkuruje z myśliwymi

Dziś najmocniej wybrzmiewa słowo „szkodnik”. W kontekście ochrony gatunkowej, nawet w resorcie środowiska, zapomina się o korzyściach, jakie mamy z obecności gatunków chronionych. Słyszymy najczęściej o szkodach, o osaczonych przez foki rybakach, o drżących o życie saren i jeleni myśliwych, którzy obawiają się konkurencji ze strony wilka.

Za przykład mitu „szkodnika” służyć ma bóbr, z trudem przywrócony do naszego kraju po tym, jak został doszczętnie wytępiony

Wilcza rodzina nie ma dziś łatwego życia. Atmosfera strachu przed wilkiem jest napędzana umiejętnie na poziomie lokalnym. Wystarczy plotka o wilku biegającym po Sanoku. Lokalne media ostrzegają, przedstawiciel leśników snuje przypuszczenia, że to odrzucony basior, a po paru tygodniach napięcie spada, bo wilk okazuje się psem wilkopodobnym, spacerującym w świetle dnia po sanockich ulicach.

Strach ma wielkie oczy, i dlatego zawsze znajdą się tacy, którzy potrafią go skapitalizować. Dziwnym trafem za mówieniem źle o wilkach stoją bardzo często myśliwi. Przypadek? Bynajmniej! Wilk jest bowiem konkurentem w łowisku. Zjada dzikie zwierzęta, na które chciałby zapolować człowiek. Myśliwi tłumaczą swoją rolę tym, że nie ma dużych drapieżników i przyroda bez strzelby sobie nie poradzi. Kiedy drapieżnik w końcu się pojawia, do mediów trafiają donosy, że wilki zjadły sarnę lub dzika. Tymczasem wilk pełni ważną rolę w przyrodzie. Ogranicza liczebność dzikich zwierząt kopytnych, na które narzekają rolnicy i leśnicy w związku ze szkodami w uprawach rolnych i leśnych. Eliminują również wałęsające się psy, niebezpieczne dla dzikich zwierząt. Wilki takich psów nie tolerują i traktują jako konkurencję. A zatem pełnią kolejną pożyteczną funkcję w przyrodzie, eliminując potencjalnych intruzów. Ale i to przeszkadza, i media znów trzeszczą od informacji o  zagryzionych Azorach.

Każdy taki donos jest okraszany postulatem: czas zezwolić na polowania, poluzować ochronę gatunkową. Bo wilków jest za dużo. Już samo takie sformułowanie – za dużo – nie jest precyzyjne. Jak podkreślał w jednym z moich artykułów dr Robert Mysłajek ze Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”, przyroda nie zna takiego określenia. „Za dużo” jest już uprawianiem polityki. Wilków będzie tyle, na ile pozwala im siedlisko, czyli „dostępny metraż ich mieszkania”. Swoją liczebność będą same dostosowywać do jego wielkości. A wspomniany metraż zależy przede wszystkim od dostępności obszarów leśnych.

Co więcej, nie należy mówić o wilczej inwazji w Polsce. Po dekadach tępienia wilków w PRL, ten duży drapieżnik dopiero wraca do miejsc, w których występował. Szacunki mówią o obecności od 1500 do 2000 wilków w Polsce. Są to zresztą dane niedokładne, bo policzenie zwierząt co do osobnika będzie zawsze obciążone błędem, zwłaszcza jeśli wilki będą liczone przez tych, którzy chcą do nich strzelać, i stosowana będzie metoda całorocznych obserwacji.

A wilki giną

Śmiertelność wilków w pierwszym roku życia jest bardzo wysoka. W dorosłym życiu te zwierzęta nie mają łatwo. Giną w wypadkach samochodowych, od chorób, ale i z rąk ludzi. O wielu sprawach nie dowiadujemy się, bo mogą być skrzętnie tuszowane. Nagłaśniane są przypadki, kiedy zostanie znaleziony skłusowany lub oskórowany wilk. Niestety, od ujawnienia sprawy do ustalenia sprawców jest bardzo długa droga, która często kończy się umorzeniem sprawy. Gdy zabito wilka z rodziny bytującej w rejonie Wigierskiego Parku Narodowego, pomimo wstępnego ustalenia sprawcy, nie można było liczyć na ukaranie winnego. Oficjalnym powodem było zniekształcenie znalezionego w ciele zwierzęcia pocisku.

Coraz częściej przysłuchując się głosom za odstrzałem gatunków chronionych zaczynam zastanawiać się, czy nie staliśmy się świadkami podróży w czasie, do głębokiego PRL

Jak się ma do tego postulat poluzowania ochrony gatunkowej? W tym przypadku zapowiedź taką można było usłyszeć z ust obecnego ministra środowiska, Henryka Kowalczyka. Zapytany przez leśnika na spotkaniu z wyborcami: „Co z innymi zwierzętami uciążliwymi dla obywateli: bobrami, łosiami? Poważny problem zaczyna być z wilkami, żubrami i żurawiami”, minister odpowiedział: „My wprowadziliśmy taką zasadę – RDOS-ie (Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska – przyp. autora) mają sugestię wręcz, żeby bardzo chętnie wyrażać zgody na odstrzały zwierząt chronionych gatunkowo: żubry, łosie, bobry”. I dodał: „Zapewne niedługo taka potrzeba zajdzie również w stosunku do wilków. Ochrony gatunkowej nie mamy zamiaru zdejmować, ponieważ będzie konflikt z Europą, lepiej robić to małymi krokami, a skutecznie, czyli wyrażając zgodę na każdy wniosek dotyczący redukcji tych chronionych gatunków zwierząt”.

Owszem, istnieje możliwość odstrzału gatunków chronionych, ale taką wolę musi wyrazić Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Nie może być tak, że decyzje są podejmowane na zasadzie owej „uciążliwości”. Odstrzał jest ostatecznością, a sugestia ministra jest niczym innym jak zachętą do liberalizacji tego ostatecznego rozwiązania w sytuacjach konfliktowych. Być może jest działaniem obliczonym na pozyskanie poparcia w kręgach, które mają za złe partii rządzącej zmiany w prawie łowieckim. Bez wątpienia wpisuje się w retorykę byłego ministra Szyszki.

Bobry naprawiają Polskę

Za przykład mitu „szkodnika” służyć ma bóbr, z trudem przywrócony do naszego kraju po tym, jak został doszczętnie wytępiony. W debacie o bobrze, częściowo chronionym (a zatem łatwiej jest o zgodę na jego zabicie) padają absurdalne argumenty. Za czasów ministra Jerzego Millera bobry miały być odpowiedzialne za powódź. Nie, bynajmniej nie ludzie, którzy wznosząc wały przeciwpowodziowe stworzyli fałszywe poczucie bezpieczeństwa wśród osób budujących swoje domy na terenach zalewowych, gdzie taka zabudowa nigdy nie powinna powstać. To bobry miały te wały niszczyć, ale minister Miller zapomniał, że rzeka jest żywiołem i przy wysokiej wodzie nie da się jej powstrzymać nawet najwyższymi wałami. W kontrze do tego stwierdzenia padały ważne argumenty. Bobry, dzięki swoim inżynierskim zdolnościom, spowalniają spływ wody w górnych odcinkach rzek, co ma wpływ na zmniejszenia ryzyka powodziowego.

Bobry są również sojusznikami w walce z suszą. Naprawiają to, co zepsuł człowiek, meliorując cały kraj, i wpływając negatywnie na poziom wód gruntowych. Dzięki bobrowym tamom powstają rozlewiska, które wodę zatrzymują i nie dopuszczają do przesuszenia terenu. Niestety, polskie państwo nie było zainteresowane kompensacją za zalane pola rolników w ramach unijnych funduszy. Pomysł upadł, a bóbr pozostaje wrogiem.

„Jeszcze krzywda cię od bobra nie spotkała” – usłyszałem kiedyś od jednego z właścicieli stawów. A jednak z bobrów mamy więcej korzyści, ale wciąż nikt ich nie kalkuluje. A bobrowe rozlewiska, jak mówił biolog, dr Andrzej Czech, ekspert zajmujący się bobrowymi tematami, chronią nas nie tylko przed powodziami, suszą, a jednocześnie są naturalnymi oczyszczalniami, przetrzymując wodę. Zyski z takich usług oddawanych przez bobry szacował na średnio 5 tysięcy euro z hektara w skali roku. Jeśli przyjmiemy, że w Polsce mamy kilkadziesiąt tysięcy takich hektarów, ostateczny rachunek, który powinna nam wystawić przyroda, byłby mnożony przez te tysiące hektarów. Niestety, takich głosów nie słyszymy ze strony resortu środowiska.

Czas na mądre decyzje

Coraz częściej przysłuchując się głosom za odstrzałem gatunków chronionych zaczynam zastanawiać się, czy nie staliśmy się świadkami podróży w czasie, do głębokiego PRL. Wtedy płacono za zabijanie wilka, który był szkodnikiem. Świat przyrody był poddany kaprysom partyjnych funkcjonariuszy. Dziś mamy inne czasy, są metody rozwiązywania konfliktów, a jednak sięga się po rozwiązania niebezpieczne. Stawka, o którą toczy się gra, jest bardzo wysoka. Na szali kładzie się przyszłość systemu ochrony przyrody w Polsce, wypracowany przez lata, który nie wymaga demolki, ale wzmocnienia przepisów.

W ministerialnej szufladzie leżą programy ochrony foki i niedźwiedzia brunatnego w Polsce. Ich zatwierdzenie w wersji, w jakiej zostały złożone i wdrożenie ich zaleceń, opracowanych przez najlepszych ekspertów od tych gatunków, rozwiązałoby wiele konfliktów i pozwoliło na podejmowanie mądrych decyzji, a nie takich w oparciu o emocje czy polityczną wolę. A te powinny dotyczyć wpisania łosia na listę gatunków chronionych, wprowadzenie rekompensat w ramach funduszy rolno-środowiskowych za zalanie i podtopienie gruntów rolnych przez bobry, zatwierdzenie i wdrożenie zaleceń „Programu ochrony foki szarej”, czy wreszcie kompensacja nakładów poniesionych przez rybaków w związku z obecnością fok. Jeśli stanie się inaczej, to ziszczą się zapowiedzi ministra Kowalczyka: już wkrótce obudzimy się w kraju, który zmarnował dorobek polskich przyrodników, przyzwalając na odstrzał charyzmatycznych gatunków.

Zarabianie na obserwacji żywych zwierząt jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż zarobek wynikający z zabicia zwierzęcia

Polska wypracowała dobry system kompensacji za tzw. szkody wyrządzane przez gatunki chronione. Można zrobić jeszcze więcej. Przykładem są zabezpieczenia, które stosuje się do ochrony pasiek przed niedźwiedziami. Sytuacjom konfliktowym można zapobiegać już teraz, rezygnując ze szkodliwych praktyk wynikających z gospodarki łowieckiej i komercyjnej działalności niektórych czatowni fotograficznych, gdzie wysypuje się pokarm, oswajając dzikie zwierzęta z obecnością człowieka. Niedźwiadek, o którym było głośno, bo przychodził do jednego z bieszczadzkich kurników, nie przychodził bez powodu. Żerował na kukurydzy wysypywanej kurom, którą wcześniej żywił się w czasie zimy na okolicznych nęciskach i karmiskach łowieckich. Jeśli chcemy ograniczać ryzyko kolizji z łosiami, pamiętajmy, że skuteczne okazały się praktyki odkrzaczania drogowych poboczy. Liczba takich zdarzeń znacznie spada.

Mimo to wciąż niepewny jest również los łosia, który wciąż jest na liście gatunków łownych, pomimo postulatu objęcia tych zwierząt ochroną gatunkową. Jest to bowiem gatunek szczególnie wrażliwy, który już raz praktycznie utraciliśmy. Z kolei u naszych wschodnich sąsiadów, na Białorusi i Ukrainie, łoś nie ma się już tak dobrze, a polskie łosie stają się odizolowaną populacją. Łoś odgrywa ważną rolę w utrzymaniu mokradeł. Jest dużym roślinożercą i zapobiega zarastaniu cennych przyrodniczo obszarów nieleśnych, ograniczając ich zarastanie przez krzewy i drzewa. Jednocześnie stanowi wyjątkową atrakcję, przyciągając turystów, wspierających swoimi przyjazdami mieszkańców takich miejsc jak rejon Biebrzy czy Polesia. Zarabianie na obserwacji żywych zwierząt jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż zarobek wynikający z zabicia zwierzęcia. Żywego łosia zobaczy wiele osób. Łosia, którego zabije myśliwy, nie zobaczy już nikt więcej.