Unijnym centralizmem w narodowe podniety

Zwolennicy unijnej federacji próbują centralizować europejski proces wyborczy i naszą dyskusję o Unii Europejskiej. Zyskać mają środowiska federalistyczne

Europejskiej polityce brak podniet. A to przekłada się na niską frekwencję w wyborach europejskich i niskie zainteresowanie polityką unijną w ogóle. Nawet to, co zapala Polaków w sprawach unijnych, ma swój wyraźny kontekst narodowy. Spór wokół wyboru Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej czy konflikt ministra Jana Szyszko z Komisją Europejską o wycinki w Puszczy Białowieskiej ciekawiły ludzi ze względu na znaczenie dla polityki krajowej. Tak jest też z innymi tematami.

Trudno mieć pretensje do Polaków o takie podejście. Wszak niewykluczone, że to proces naturalny, obecny także w innych krajach członkowskich, a o przyczynach tego mógłby napisać socjolog lub psycholog społeczny w osobnym tekście. Pozostawiam to na boku, bo dla tego tekstu co innego jest kluczowe. Jest to mianowicie fakt, że unijni zwolennicy rozwiązań federacyjnych próbują ten proces przełamać nie poprzez zaufanie do narodowych liderów i bliski kontakt z wyborcami w swoich okręgach wyborczych, otwartą rywalizację z krytykami, ale poprzez centralistyczne decyzje urzędnicze, na które mają większy wpływ. Zakładają bowiem, że wzniecą w obywatelach UE więcej zainteresowania polityką unijną i ogólnoeuropejską, jeśli zaaplikują tej polityce więcej podniet. A te wiążą się z większą liczbą sporów personalnych, emocjonalnych przemówień i władzy, która przynależy Brukseli. Zabiegi te możemy obserwować na trzech polach, które stanowią: zmiana europejskiej ordynacji wyborczej i wprowadzenie tzw. „listy transnarodowej”; zmiana regulacji o sposobie finansowania europejskich partii politycznych na takie, które promują partie euro-entuzjastyczne oraz nowy podział miejsc w Parlamencie Europejskim po Brexicie.

Więcej kłótni i widoczności

Pomysł na wspólną listę wyborczą dla całej UE opcja federalna forsuje od lat. Jeszcze w kadencji 2009-2014 powstał pierwszy raport z inicjatywy PE w tej sprawie, a tuż po rozpoczęciu nowej kadencji naciski na rządy państw członkowskich wzmocniono. To właśnie rządy – na wniosek parlamentu – definiują prawo wyborcze Unii Europejskiej. Naciski przybrały formę drugiego raportu PE, w którym jest wyraźny polski wątek. Współsprawozdawcą, a więc jednym z głównych autorów, jest prof. Danuta Hübner z Platformy Obywatelskiej (Europejska Partia Ludowa).

Plan przeniesienia pieniędzy od partii eurosceptycznych do partii euroentuzjastycznych jest prosty i polega na zmianie proporcji w mechanizmie kwotowym

Utworzenie wspólnego okręgu wyborczego, w którym listy otwierałyby nazwiska kandydatów każdej z europejskich partii politycznych na urząd szefa KE – unijnej władzy wykonawczej – jest w praktyce nadzieją na to, że politykom unijnym łatwiej byłoby wejść do „narodowych domów”, a więc byłoby im bliżej do „narodowych podniet”. Tak oto osławiony w debatach na temat Polski belgijski polityk liberalny Guy Verhofstadt mógłby prowadzić samodzielną kampanię wyborczą np. na terytorium Polski. W tej chwili musi się zdawać na lidera swojego zaprzyjaźnionego ugrupowania, a więc szefa Nowoczesnej. Choć może wspierać jej kampanię i pojawić się na billboardach, to nie może być obecny w debacie tłumaczonej równolegle na wszystkie języki i nie może zabiegać o własnych wyborców. Lista transnarodowa to zmieni. Sprawiłaby, że w takich krajach jak Polska, Irlandia czy Hiszpania mógłby zabiegać o głosy dla siebie, a jego wynik dałby mu mandat do reprezentowania „liberałów wszystkich krajów”.

Jest rzeczą oczywistą, że takie listy byłoby łatwiej sformułować partiom euroentuzjastycznym, które widzą w niej sens. Politycy, którzy w swojej misji koncentrują się na narodowej opinii publicznej, mogliby nie dogadać się z kolegami zza granicy i zmniejszyć swoje szanse. Osobną kwestią pozostaje, jak dużo mandatów do PE ma być dystrybuowanych w liście ogólnoeuropejskiej, a ile pozostawić na tradycyjne mandaty krajowe.

Sukces na polu reformy prawa wyborczego oznaczałby dla federalistów jeszcze kilka innych rozwiązań, m.in. wspólny kalendarz wyborczy (ten sam koniec głosowań), logo europejskich partii politycznych na kartach do głosowania, a nawet harmonizacja biernego prawa wyborczego i zmniejszenie go do progu 16 roku życia.

Kosztowny spektakl europejski

Na to wszystko jednak potrzeba pieniędzy. Prowadzenie transnarodowej kampanii wyborczej i produkcja materiałów wyborczych w wielu językach musi być kosztowna. To w ogóle uniwersalna potrzeba, więc działania w tym zakresie prowadzone są niezależnie od starań o listę transnarodową, ale na pewno nabierze ona jeszcze więcej mocy, gdy oba postulaty uda się zrealizować.

W największym skrócie: plan przeniesienia pieniędzy od partii eurosceptycznych do partii euroentuzjastycznych jest prosty i polega na zmianie proporcji w mechanizmie kwotowym. Do tej pory cała pula partyjnej dotacji dla europejskich partii politycznych była dzielona według wzorca:

95-5. 95% środków było rozdzielanych po równo dla wszystkich partii, którym udało się przejść przez proces rejestracji (niełatwy), a 5% puli rozdawano według sukcesu wyborczego, tzn. liczby mandatów zdobytych w wyborach do PE. Po latach zorientowano się jednak że taki system promuje i pozwala istnieć największym partiom eurosceptycznym dowodzonym przez Nigela Farage’a i Marine Le Pen. UE wychowywała więc na własnej piersi tych, którzy stworzyli ideę Brexitu i de facto doprowadzili ją do sukcesu, a we Francji co chwilę zapalają opinię publiczną podsycając antyunijne nastroje. To, że Marine Le Pen transferowała wiele środków z tej dotacji na potrzeby rynku krajowego, wie już dziś cała opinia publiczna. Ale oprócz formalnych oskarżeń o nadużycia finansowe postanowiono jeszcze zmienić ogólny system finansowania. Nowa propozycja zakłada formułę 85-15. A więc zdecydowanie więcej zależeć będzie od wyniku wyborczego. Przed unijnymi instytucjami – Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i Radą Unii Europejskiej – jeszcze proces trylogu (negocjacje wszystkich trzech instytucji), a w kuluarach mówi się o możliwym kompromisie 90-10, ale tak czy inaczej zmiany są raczej pewne. Dla pełnego obrazu zmian w systemie finansowania działalności politycznej na poziomie unijnym dodać należy wyraźne zaostrzenie przepisów wykonawczych i częstsze kontrole wydatkowanych środków. Zajmują się tym odpowiednio: europarlamentarni kwestorzy i Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF).

Istnieje kilka poważnych propozycji matematycznych do obliczania liczby mandatów w PE, w tym jedna z Polski (tzw. kompromis jagielloński), ale Brexit pokrzyżował wszystko

Ofiarami kontroli tej ostatniej instytucji padają także polscy politycy, w tym z szeregów Prawa i Sprawiedliwości, o których rozpisywał się swojego czasu prowadzony przez Tomasza Lisa „Newsweek”. Choć w przeciwieństwie do Marine Le Pen w Polsce nic nikomu nie udowodniono, opinia publiczna ma o czym rozmawiać. Zauważyć należy, że przede wszystkim pod lupą są politycy „kłopotliwych” rządów lub frakcji.

A niewinność mainstreamu nie jest tak oczywista. W kuluarach Parlamentu Europejskiego opowiada się, że partie unijnego mainstreamu również musiały zwrócić wiele niewłaściwie wydanych środków, ale im urzędy unijne pozwalają na takie księgowanie tych zwrotów, które nie będzie kłopotliwe przed ich europejską i krajową opinią publiczną.

Proporcjonalność degresywno-wybiórcza

W trzeciej odsłonie tego sporu o przyszłość Unii i jej 27 państw chodzi o to, ile każde z nich dostanie miejsc w PE. To co innego niż lista transnarodowa. Tutaj chodzi o tradycyjne mandaty, czyli liczbę europosłów wybieranych z danego kraju. Wbrew pozorom to ważne, jeśli spojrzymy na kontekst. Od liczby posłów ma bardziej niż dotychczas zależeć, ile pieniędzy na działalność dostaną poszczególne rodziny polityczne. Po Traktacie z Lizbony PE może odgrywać rzeczywistą rolę w ważnych decyzjach (vide: powołanie składu KE), i liczba posłów we właściwych frakcjach jest istotna. A poza wszystkim: czy to nie wygadani i utalentowani posłowie-politycy dodają lub odejmują podniet polityce europejskiej? Warto spojrzeć wstecz i prześledzić karierę polityczną Nigela Farage’a, by dostrzec, że jego misji nie towarzyszyła w UK żadna odpowiednia emocja polityczna, właśnie poza niechęcią do UE i zrealizowaną doktryną Brexitu. Kto pamięta kontekst decyzji Davida Camerona o rozpisaniu referendum (de facto była to obietnica wyborcza, która miała osłabić wynik wyborczy UKIP-u) dostrzeże, że nawet jeden poseł może czynić różnicę. A mandatów do podziału po Brytyjczykach jest aż 73.

Traktaty o sposobie podziału mówią tylko tyle i aż tyle, że matematyczna zasada podziału mandatów powinna być degresywnie proporcjonalna, maksymalna liczba miejsc dla jednego kraju może wynosić 96, a minimalna – 6 (art. 14 TUE). Ten przepis zmniejsza pole negocjacji, ale jednocześnie pozostawia sporo miejsca dla politycznych decyzji.

Istnieje kilka poważnych propozycji matematycznych dotyczących obliczania liczby mandatów w PE, w tym jedna z Polski (tzw. kompromis jagielloński), ale Brexit pokrzyżował wszystko. Pierwszy spór toczy się o to, czy w ogóle dzielić miejsca po Brytyjczykach (parlament w mniejszym składzie mógłby działać równie sprawnie). Ci, którzy chcieliby rozdawać całą brytyjską pulę pewnie ustąpią na rzecz – jak to często bywa w polityce unijnej – kompromisu. W myśl aktualnego projektu decyzji, łączna liczba miejsc w PE po Brexicie miałaby wynieść 700. W liczbie tej chodzi raczej o prostotę obliczeń niż polityczny lub matematyczny namysł. Dzielimy więc tylko 22 mandaty, wobec czego trudno właściwie rozdzielić wszystkich zainteresowanych. Sprawozdawcy trzymali się co prawda zasady, że żadne z państw nie powinno tracić, ale każdy analityk wie, że gdy jedni idą do przodu, a drudzy stoją w miejscu, to de facto ci drudzy tracą.

To co byłoby dla Polski bardzo korzystne w tej chwili, to silna reprezentacja partii centrowej z odpowiedzialnymi liderami

W projekcie decyzji zyskuje więc Hiszpania (+4 mandaty), gdzie trudniej o eurosceptycznych posłów, a stoi w miejscu Polska, gdzie nie tylko rząd jest eurosceptyczny – w 2014 roku to z Polski przybyło wielu eurosceptycznych posłów (mało kto pamięta, że lista Korwin-Mikkego otrzymała 4 mandaty, z których kilka pomaga dzisiaj istnieć frakcjom największych eurosceptyków). Zyskuje Francja (+4) i Włochy (+3), a stoi w miejscu Rumunia, Grecja i Węgry. Z Europy Środkowej zyskuje tylko Słowacja (+1 mandat). Trudno w tym podziale dostrzec wyraźną metodę matematyczną, choć wszystkie wymagania traktatu teoretycznie są spełnione.

W tych wszystkich sprawach chodzi o sprawy rudymentarne dla ambitnego życia politycznego: o problem stronniczości urzędów i funkcjonariuszy powołanych do obsługi wszystkich opcji politycznych oraz o to, jak najsilniejsi gracze widzą szeroką debatę europejską. Czy dopuszczają krytykę i na jakich zasadach, gdzie sięga granica opozycyjności i jakimi środkami zamierzają z nią walczyć? W tym sensie kryzys największych partii jest przyczyną sukcesu przeciwników Unii.

Myślenie życzeniowe

Pojawia się pytanie: czy Polska mogłaby więcej zyskać na tych zmianach i negocjacjach, gdyby rządziło PO? Trudno o łatwą odpowiedź. PO mogłoby teoretycznie wywalczyć więcej nowych miejsc w PE, bo najwięksi gracze chcieliby ich sukcesu w kraju, a taki prezent mógłby im pomóc. Ale czy w dłuższej perspektywie udałoby im się wypracować trwale mocniejszą pozycję w mechanizmach decyzyjnych UE? Przeszłość pokazuje, że ta formacja stawiała raczej na kontakty osobiste i przyjaźń z politykami unijnego mainstreamu niż na strategiczne rozwiązania ustrojowe, które będą służyły wszystkim opcjom politycznym. Mam więc wątpliwości, czy ugraliby dużo więcej.

Z faktu, że Guy Verhofstadt lub Donald Tusk będą mogli zabiegać o głosy wyborców poza swoimi ojczyznami, nie musi wynikać samo zło

To co byłoby dla Polski bardzo korzystne w tej chwili, to moim zdaniem silna reprezentacja partii centrowej z odpowiedzialnymi liderami. Takimi, którzy mogliby być realnymi przywódcami frakcji w PE (prof. Legutko jako współprzewodniczący EKR w praktyce ma nikłe przełożenie na politykę całej frakcji), aktywnymi graczami w rozmowach w Radzie UE (przynajmniej na poziomie ministrów w koalicyjnym rządzie RP). Taka partia o mocnym zapleczu eksperckim mogłaby przygotować właściwie dobrane argumenty, których nie paliłyby inne, mało rozsądne unijne zabiegi. Ale tu muszę się zatrzymać w swoich marzeniach. Nie tylko bowiem takiej partii na forum unijnym nie mamy, ale partia taka na naszej scenie politycznej w ogóle nie istnieje. A elektorat centrum – jak wynika z analiz socjologicznych – jest w Polsce w defensywie. Wracamy zatem do pierwszych myśli tego tekstu. Podniety polityczne leżą poza centrum, a ich niewłaściwe podsycanie wydaje się dzisiaj w interesie głównych graczy w Polsce. Zarówno polityków jak i dziennikarzy, liderów opinii publicznej.

Uważam, że politycy federalni są w swoich planach życzeniowi. Nie można tworzyć ordynacji wyborczej i procesów społecznych z pominięciem natury społecznej obywateli, ich kultury i języka. Tak samo jak nie da się też odgórnie stworzyć ogólnoeuropejskiego rynku medialnego. Tytuły takie jak Euractiv czy Politico są popularne tylko w świecie unijnych instytucji w Brukseli, bo tam ludzie żyją tym na co dzień. Więcej skuteczności widzę raczej w silnym finansowaniu programów unijnych w mediach narodowych i zapraszaniu krajowych dziennikarzy do Brukseli i Strasburga na koszt Unii. Z tych grantów korzystają także dziennikarze i redakcje eurosceptyczne i antyunijne.

Z faktu, że Guy Verhofstadt lub Donald Tusk będą mogli zabiegać o głosy wyborców poza swoimi ojczyznami, także nie musi wynikać samo zło. Być może rzeczywiście obywatele lepiej zrozumieją sens ogólnoeuropejskiej debaty, a politycy mocniej doświadczą prawdziwych nastrojów w całej UE. Ale sposób, w jaki zmiany są forsowane i sztuczność tego rozwiązania dla ogólnej kultury politycznej europejskich narodów nie wróży szybkiego sukcesu i może zaszkodzić Unii jako wspólnocie państw.

Stały współpracownik Nowej Konfederacji. Politolog i organizator, na co dzień pracuje w Parlamencie Europejskim w Brukseli. Ukończył studia politologiczne na Uniwersytecie Wrocławskim i Wolnym Uniwersytecie w Brukseli (ULB). Szef zespołu Europosła Kazimierza M. Ujazdowskiego i W-ce Prezes Zarządu wrocławskiej Fundacji „Młoda Rzeczpospolita”, członek Zarządu European Christian Political Youth

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz