Ukraińscy radykałowie w służbie Kremla?

Aktualności,

W przynajmniej niektóre antypolskie incydenty na Ukrainie zamieszane są organizacje radykalne. Nie są nimi jednak legalnie funkcjonujące partie, takie jak Prawy Sektor, „Swoboda” czy Korpus Narodowy, lecz nieformalne grupy o niejasnym obliczu ideowym zachowujące kontakty zarówno z ukraińską skrajną prawicą, jak i zwłaszcza z przedstawicielami „Ruskiego Mira”.

Tocząca się dyskusja na temat antypolskich incydentów na Ukrainie jest zaskakująco płytka i w większym stopniu oparta o emocje aniżeli o analizę nielicznych faktów, które są nam wiadome. Informacje bądź poszlaki na temat sprawców poszczególnych wydarzeń znamy w trzech przypadkach. W nocy z 7 na 8 lutego 2017 r. nieznany sprawca pozostawił napis na ścianie konsulatu polskiego we Lwowie. Wideo przedstawiające ten incydent pojawiło się wpierw w skrajnie lewicowej grupie Sail Revolution w sieci społecznościowej VKontaktie, a następnie wraz z wyrazami wdzięczności wobec wykonawcy na stronie organizacji Autonomiczny Opór (Awtonomnyj Opir, AO). Osiem dni później na ogrodzeniu ambasady RP w Kijowie zawisnął portret Stepana Bandery. Odpowiedzialność za to wydarzenie wzięła na siebie organizacja Czarny Komitet (Czornyj Komitet, CzorKom). Wreszcie, 29 marca 2017 r. na trasie Lwów-Rawa Ruska odbył się protest stu pięćdziesięciu osób udających Polaków. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy o ten incydent (który miał stanowić część szerszej operacji wraz z ostrzałem polskiego konsulatu w Łucku) oskarżyła pracującego na rzecz Rosji lidera radykalnej organizacji „Nażdak” Nikołaja Dulskiego. Wszystkie te organizacje znajdują się poza głównym nurtem ukraińskiej skrajnej prawicy. Ten zaś niekoniecznie jest antypolski.

Międzymorze po ukraińsku

Jeszcze dekadę temu część organizacji ukraińskiej skrajnej prawicy tworzyła zgoła fantastyczne projekty geopolityczne. Przy majaczeniach o „walce z Rosją o spuściznę ZSRR” czy „dominacji światowej Ukrainy” nawet postulat odzyskania wszystkich „ukraińskich ziem etnicznych” jawił się jako minimalistyczny. Do dziś zostało z tego niewiele. Wejście na arenę wielkiej polityki wymusiło na nacjonalistach zbliżenie swoich postulatów do rzeczywistości. W podpisanym w połowie marca przez trzy główne siły skrajnej prawicy – „Swobodę”, Prawy Sektor i Korpus Narodowy –  Narodowym Manifeście postulowano „sformowanie nowego wektora ukraińskiej geopolityki”, który stanowić miał tzw. związek bałtycko-czarnomorski. Idea ta swoimi korzeniami sięga okresu międzywojennego. Wówczas to główny teoretyk ukraińskiego nacjonalizmu Dmytro Doncow w pracy Podstawy Naszej Polityki  (Wiedeń 1921) postulował ścisłą współpracę Ukrainy z Polską i Rumunią. Niemal dwie dekady później ukraiński geopolityk Jurij Łypa napisał Doktrynę Czarnomorską (Warszawa 1940), w której szkicował projekt konfederacji obejmującej Ukrainę, Białoruś, Turcję, Bułgarię i Zjednoczony Kaukaz. Połączenie tych dwóch koncepcji doprowadziło do powstania idei stanowiącej niemal wierną kopię Międzymorza. Jedyna różnica polegała na tym, że to nie Polska, lecz Ukraina miała odgrywać w tym sojuszu państw pierwsze skrzypce. Wizja związku bałtycko-czarnomorskiego zaczęła pojawiać się w programach ukraińskich partii nacjonalistycznych pod koniec ubiegłej dekady, a upowszechnieniu uległa po wybuchu wojny ukraińsko-rosyjskiej. Dziś niemal cała skrajna prawica ukraińska nawiązuje do wektora polityki zagranicznej, który zakłada ścisłą współpracę z państwem polskim.

Dziś niemal cała skrajna prawica ukraińska nawiązuje do wektora polityki zagranicznej, który zakłada ścisłą współpracę z państwem polskim

W środowisku ukraińskiej skrajnej prawicy istnieją pewne odmienności w kwestii stosunku do Polski. Podczas gdy orientująca się na wyborców z przygranicznych regionów Galicji Wschodniej i Wołynia „Swoboda” w przeszłości niejednokrotnie posługiwała się skierowaną przeciw Polakom retoryką, to dla pozostałych partii skrajnie prawicowych kwestia ta nigdy nie była szczególnie istotna. Dziś w obliczu antypolskich incydentów „Swoboda” i Prawy Sektor zachowują milczenie, podczas gdy powstały w oparciu o pułk „Azow” Korpus Narodowy już dwukrotnie odcinał się od  tych wydarzeń, potępiając je jako rosyjskie prowokacje. Warto też zauważyć, że chociaż w symbolice niektórych ukraińskich partii nacjonalistycznych pojawiają się znaki o proweniencji nazistowskiej (Czarne Słońce, Wolfsangel), to żadna z nich nie posługuje się ani swastyką, ani symbolem „SS”. Wskazuje to, że osoby, które pozostawiły te znaki na profanowanych polskich miejscach pamięci w Bykowni czy Hucie Pieniackiej, robiły to z myślą o potencjalnych odbiorcach – przede wszystkim w Polsce.

Nie znaczy to, że powinniśmy wykluczać odpowiedzialność ukraińskich nacjonalistów za pojedyncze antypolskie incydenty. Zapewne taki właśnie charakter miało zawieszenie portretu Stepana Bandery na płocie polskiej ambasady (choć nie można wykluczać też prowokacji). Odpowiedzialny za to wydarzenie CzorKom stanowi nieformalną organizację nacjonalistyczną, której lider Bohdan Tycki jest blisko związany z populistyczną Partią Radykalną Ołeha Laszki. Organizacja za swój główny cel uznawała walkę ze „skorumpowanym państwem”, jej aktywiści uczestniczyli też w wojnie ukraińsko-rosyjskiej (m.in. w szeregach batalionu „Ajdar”). Pewne niejasności w działalności CzorKomu się pojawiają, nie jest ich jednak więcej aniżeli w przypadku Korpusu Narodowego czy „Swobody”. I znacznie mniej aniżeli wtedy, gdy mamy do czynienia z „Nażdakiem” i AO.

Człowiek Rosji na Majdanie?

Odpowiedzialny według SBU za organizację blokady na trasie Lwów–Rawa Ruska Nikołaj Dulski to postać dość interesująca. Zdaniem ukraińskich służb pracuje na Rosję od 2015 roku. Niemniej ciąg interesujących wydarzeń z nim związanych zaczyna się wcześniej. Jak sam twierdzi, na przełomie 2013/2014 roku brał udział w wydarzeniach na Majdanie w szeregach Białego Młota. Organizacja ta stanowiła najbardziej radykalną część Prawego Sektora, jednak już w marcu 2014 roku została z niego wykluczona w związku z podejrzeniami o zabójstwa pracowników drogówki. Pół roku później Dulski stał już na czele dwóch innych kijowskich grup ekstremistycznych: „Nażdaka” oraz stanowiącej jego młodzieżowe skrzydło „Wyroku Modowego”. Organizacje te zajmowały się walką z nielegalnym hazardem oraz akcjami nakierowanymi na zachowanie „moralności” i „zdrowego stylu życia”. Pod tymi  deklaracjami kryły się działania, w których nieraz uciekano się do przemocy fizycznej. Ofiarami byli handlarze narkotyków, pedofile, a także homoseksualiści i osoby „źle prowadzące się”. W odróżnieniu od ukraińskich formacji nacjonalistycznych „Nażdak” nie stworzył  batalionu ochotniczego (choć rzekomo taki plan istniał). Wytłumaczenia takiego stanu rzeczy można szukać w ideologii „Nażdaka”, która jest nad wyraz prosta i stanowi mieszankę wręcz obrzydliwego antysemityzmu, rewolucjonizmu i – co w tym kontekście najważniejsze – elementów panslawistycznych. W praktyce prowadziło to do wysuwania postulatów wspólnej walki mieszkańców Ukrainy i „Noworosji” przeciwko „żydowskim” oligarchom.

Pozostawiony na ścianie lwowskiego konsulatu RP napis „nasza ziemia” nie został ukończony. Jego pełna wersja miała mieć postać: „nasza ziemia, nasi bohaterowie”

W ostatnich miesiącach ubiegłego i na początku obecnego roku Dulski kilkukrotnie pojawił się w głównych kanałach telewizji rosyjskiej jako „działacz społeczny”. W niektórych wystąpieniach uwiarygadniał kremlowską wersję wydarzeń na Majdanie, zgodnie z którą za masakrą na ulicy Instytuckiej w lutym 2014 roku stać miała ówczesna opozycja. W innych rozważał perspektywy wyczekiwanych przez Moskwę nowych wystąpień rewolucyjnych w Kijowie. Szerszą uwagę ukraińskich mediów lider „Nażdaka” przykuł stosunkowo późno, bo dopiero w lutym bieżącego roku. Wpierw szerokim echem odbił się fakt, że Dulski w sieciach społecznościowych nawoływał do przynoszenia broni na antyrządowy protest z okazji trzeciej rocznicy Majdanu. Następnie zajmujący się zbieraniem danych o działaczach prorosyjskich portal „Myrotworec” powiązał lidera „Nażdaka” z organizacją nieudanego napadu na przewodniczącego ukraińskiego IPN Wołodymyra Wiatrowycza.

Aby nie było zbyt prosto – „Nażdak” miał niejednoznaczne stosunki z ukraińską skrajną prawicą. Zdaniem portalu „Bukwy” jedną z osób stojących za powstaniem organizacji był Ihor Mosijczuk, deputowany Partii Radykalnej Ołeha Laszki, wcześniej działacz kilku ugrupowań nacjonalistycznych (przy tym jego kontakty z organizacją uległy zerwaniu po przejęciu kierownictwa przez Dulskiego). Co interesujące, w ukraińskich mediach można znaleźć też informacje, że brat lidera „Nażdaka” Ołeksandr jest adwokatem, który bronił w sądzie podejrzanych o zabójstwo prorosyjskiego dziennikarza Ołesia Buzyny aktywistów nacjonalistycznych: „Swobody” i C14. Sam Dulski w niejednokrotnie krytykował „Azow”, Prawy Sektor czy „Swobodę” jako rzekomo koncesjonowanych nacjonalistów, ściśle współpracujących z władzami. Jednocześnie sam utrzymywał kontakty z marginalną organizacją Rewolucyjne Siły Prawicowe. W maju 2016 roku lider „Nażdaka” został pobity przez członków cywilnego korpusu „Azow”, trafił do szpitala, a następnie prawdopodobnie wyjechał z Ukrainy.

Narodowi komuniści w nacjonalistycznym Lwowie

Pozostawiony na ścianie lwowskiego konsulatu RP napis „nasza ziemia” nie został ukończony. Jego pełna wersja miała mieć postać: „nasza ziemia, nasi bohaterowie” i stanowić odpowiedź na słowa Jarosława Kaczyńskiego, iż „Ukraina z Banderą do Europy nie wejdzie”. Autonomiczny Opór, który sam daje podstawy, aby łączyć go z tym incydentem, jest organizacją specyficzną. I to pod wieloma względami. Jego ideologia łączy poglądy skrajnie lewicowe z narodowym kanonem historii. AO opowiada się za zniszczeniem własności prywatnej, „narodowładztwem” oraz elementami gospodarki planowej. Podobnie jak „Swoboda” czy Korpus Narodowy organizacja nie wiąże losu Ukrainy z Zachodem ani Wschodem, ale zamiast konkretnego postulatu osi bałtycko-czarnomorskiej podnosi mętne hasła „wielosektorowości” czy współpracy z uciskanymi narodami świata. Ukraińska Powstańcza Armia i Stepan Bandera traktowani są jak bohaterowie, ale za to ich idee uznaje się za… socjalistyczne (sic!).

Autonomiczny Opór łączony był też z liderem prorosyjskiej organizacji społecznej „Ukraiński Wybór” Wiktorem Medwedczukiem, człowiekiem bliskim samemu prezydentowi Federacji Rosyjskiej

AO łączony był też z liderem prorosyjskiej organizacji społecznej „Ukraiński Wybór” Wiktorem Medwedczukiem, człowiekiem bliskim samemu prezydentowi Federacji Rosyjskiej (córka Medwedczuka jest chrześnicą Władimira Putina). W ukraińskich mediach działaczy AO kojarzono z kompanią adwokacką Medwedczuka Bi. Aj. Em., a  nawet oskarżano (chyba z pewną przesadą) o udział w biznesowych konfliktach we Lwowie w roli swoistej bojówki prorosyjskiego polityka. Sam AO te oskarżenia zdementował. Jaka by nie była prawda, warto zaznaczyć, że programy AO i „Ukraińskiego Wyboru” w kwestii „narodowładztwa” (a więc decentralizacji państwa) są zadziwiająco zgodne. Kolejną niejednoznaczną figurą bliską AO jest Ołeh Wernyk, trockista, lider organizacji „Obrona pracy”, który w przeszłości (do grudnia 2013 roku) był kierownikiem ukraińskiego oddziału zajmującego się obserwacją wyborów prorosyjskiej organizacji CIS–EMO (Commonwealth of the Independent States – Election Monitoring Organization)

Ale chyba najbardziej zaskakująca jest historia AO. Organizacja powstała w 2009 roku jako swoista przykrywka dla części aktywistów zdelegalizowanej neonazistowskiej (sic!) Ukraińskiej Narodowej Partii Pracy (Ukrajinśka Nacional-Trudowa Partija, UNTP).  Wykorzystano tu popularny w krajach Europy schemat, w którym z uwagi na ustawodawstwo uniemożliwiające funkcjonowanie partii neonazistowskiej ta ostatnia podszywa się pod ruch formalnie antyfaszystowski. Jeżeli można wierzyć stronie Prawego Sektora, to założyciel AO Jewhen Herasymenko urodził się w Pietropawłowsku Kamczackim w rodzinie milicjantów, a na Ukrainę trafił dopiero w 2003 roku. Rok przed powstaniem ruchu autonomicznych nacjonalistów jeszcze jako lider UNTP był współautorem pracy o wiele mówiącym tytule Narodowy Socjalizm jakim on jest – walka trwa. Co nieszczególnie zaskakuje – napisanej po rosyjsku.

Podczas gdy „Swoboda” w przeszłości niejednokrotnie posługiwała się skierowaną przeciw Polakom retoryką, to dla pozostałych partii skrajnie prawicowych kwestia ta nigdy nie była szczególnie istotna

AO stworzył na Ukrainie kilka ośrodków, jednakże zdecydowanie najbardziej aktywny z nich znajdował się we Lwowie. W mieście tym organizację łączyły bliskie relacje ze „Swobodą”. Szczególną rolę odgrywał lwowski poseł tej partii Jurij Mychałczyszyn będący kimś na kształt intelektualnego przewodnika „autonomicznych nacjonalistów”. W tym czasie opublikował on dwa zbiory artykułów o nazwie Watra, w których oprócz klasyków ukraińskiego nacjonalizmu znalazło się też miejsce na „twórczość” Josepha Goebbelsa i Alfreda Rosenberga. Po sukcesie „Swobody” w wyborach parlamentarnych jesienią 2012 roku drogi obydwu organizacji zaczęły się rozchodzić. AO w coraz większym stopniu zaczął akcentować idee sprawiedliwości społecznej i skręcać w kierunku skrajnej lewicy. Pytanie o to, czy ta ewolucja była naturalna, czy sterowana, pozostaje przedmiotem sporów, które raczej nie zostaną rozwiązane.

Miejsce spotkania w rosyjskiej telewizji

We wrześniu 2016 roku na kanale YouTube sympatyzującego z Rosją ukraińskiego dziennikarza Anatolija Szarija ukazał się specyficzny reportaż. Pewien człowiek podający się za dziennikarza wybrał się do ukraińskiej szkoły w leżących na pograniczu Warmii i Mazur Bartoszycach. Wpierw przeszukał bibliotekę, w której znalazł dwie „banderowskie” książki. Następnie przeprowadził rozmowę z dyrektorką placówki Lubomirą Tchórz na temat relacji polsko-ukraińskich w okresie II wojny światowej, którą nagrał (najprawdopodobniej z ukrycia). Nagranie to udostępnił portal Kresy.pl, a jego rezultatem była interpelacja posłów Kukiz’15 w sprawie kontroli treści programowych w szkołach mniejszości narodowych. O ile materiał pokazuje rzeczywisty problem, jakim jest sentyment ukraińskiej mniejszości wobec UPA, to jego okoliczności noszą znamiona antyukraińskiej prowokacji.

Autorem omawianego nagrania był Tomasz Maciejczuk, człowiek posiadający pięcioletni zakaz  wjazdu na Ukrainę od SBU za prowadzenie działalności antyukraińskiej. O Maciejczuku w polskich mediach napisano już sporo i przytaczanie tej historii nie miałoby większego sensu, gdyby nie jeden zasługujący na uwagę fakt. Otóż 8 lutego na kanale rosyjskiej telewizji NTW doszło do ostrej wymiany zdań na temat ukraińskiego nacjonalizmu między Maciejczukiem, a… Nikołajem Dulskim. Program, w którym panowie mogli wymienić poglądy, nazywa się bardzo wymownie Miejsce Spotkania (ros. Miesto Wstrieci). Fakt, że rosyjska telewizja państwowa staje się platformą, która umożliwia „dialog” osobom zaangażowanym w nakręcanie wzajemnego antagonizmu po obydwu stronach polsko-ukraińskiej granicy, jest niepokojący. I każe się przyglądać działalności środowisk skrajnych po obydwu stronach granicy nie przez pryzmat „banderyzmu” czy polskiego nacjonalizmu, lecz przede wszystkim możliwej rosyjskiej inspiracji.