Nowa flota Trumpa

Aktualności,

USA przebudowują swoją marynarkę wojenną. Nadchodzą czasy konfrontacji z mocarstwami, które trzeba będzie pokonać zdolnościami bojowymi najprawdopodobniej na ich własnym podwórku

W cieniu przygotowań do spotkania na szczycie USA–Chiny na Florydzie pomiędzy Donaldem Trumpem a Xi Jinpingiem, które odbyło się w początkach kwietnia tego roku, Trump podjął w marcu decyzje dotyczące przyszłości floty amerykańskiej do roku 2030.

Prezydenckie decyzje poprzedziła ustawa (2016 National Defense Authorization Act) z roku 2015, której ustęp 1067 nakazywał Sekretarzowi Obrony zlecenie trzech niezależnych analiz/raportów mających na celu zdefiniowanie pożądanej architektury floty amerykańskiej na docelowy rok 2030 przy uwzględnieniu poważnej zmiany sytuacji geopolitycznej wynikającej z narastającej rywalizacji wielkich mocarstw w Eurazji i na wodach ją okalających.

Skutkiem powyższych analiz jest zaakceptowany przez Trumpa program rozbudowy floty, zmiany jej dyslokacji oraz przygotowania nowych koncepcji operacyjnych użycia jej komponentów. Nie ma wątpliwości, że nowa flota szykowana jest przede wszystkim do konfrontacji symetrycznej o dużej intensywności z rosnącym konkurentem na Pacyfiku, jakim stają się Chiny.

Jak Brytyjczycy

Niezależnie od tego, przeciw komu flota 2030 (tak ją nazwijmy) ma być szykowana, obecna sytuacja niejako przywołuje w pamięci wielką reformę królewskiej floty brytyjskiej, którą przeprowadzał admirał Jacky Fisher na zlecenie Admiralicji Brytyjskiej na początku XX wieku. Fisher musiał stawić czoła kilku niekorzystnym dla imperium i jego floty wyzwaniom naraz. Dokonywała się rewolucja w technologii, która zmieniała dotychczasowe sposoby działania floty, niwelując utrwalone przewagi floty brytyjskiej wobec konkurentów. Co więcej, ambitne Niemcy rozpoczęły budowę własnej wielkiej floty, co z kolei zmusiło Fishera do przeprowadzenia trudnej i krytykowanej wówczas reformy bazowania i dyslokacji brytyjskich okrętów, generalnie bliżej macierzystych wysp brytyjskich, tak by szybko móc neutralizować zagrożenie z blisko położonych Niemiec. Fisher doprowadził do zmniejszenia zaangażowania floty na odległym Pacyfiku, odwołał część floty z Oceanu Indyjskiego i Gibraltar oraz bazy na wyspach brytyjskich po raz pierwszy od bez mała kilkudziesięciu lat stały się głównymi bazami floty. Co najważniejsze, Brytyjczycy musieli powyższą reformę przeprowadzić w sytuacji, gdy rząd podjął się wprowadzenia obiecanych reform społecznych (zasiłki, emerytury, renty, prawa robotnicze, itp.) wymagających wielkich nakładów na cele krajowe z istotnym uszczupleniem wydatków na siły zbrojne. Legendarnemu admirałowi Fisherowi w tych jakże trudnych warunkach reforma się jednak udała i z nową flotą imperium brytyjskie zdołało przetrwać z sukcesem obie wojny światowe.

W razie wybuchu wojny Siły Odstraszania będą miały za zadanie przez kilka dni przetrwać w oczekiwaniu na przybycie głównych Sił Manewrowych

Z punktu widzenia interesów marynarki wojennej USA podjęte przez Trumpa decyzje mają także daleko idące konsekwencje. W ciągu bowiem następnych 15 lat troską planistów floty mają przestać być zagrożenia terrorystyczne i asymetryczne, a staną się nimi zagrożenia wynikające z rywalizacji między najważniejszymi mocarstwami. To wymusza zmiany dotyczące architektury floty.

Jest to bezpośrednia konsekwencja rozwoju zdolności antydostępowych przeciwnika zwanych w żargonie wojskowym A2AD (anti-acces/area-denial), utrudniających flocie i lotnictwu pokładowemu USA prowadzenie działań blisko przeciwnika. Celem floty 2030 będzie prowadzenie operacji przeciw mocarstwom i państwom dysponującym poważnymi zdolnościami bojowymi.

Siły Odstraszania i Manewrowe

Wszystko wskazuje na to, że US Navy zostanie podzielona na Siły Odstraszania (Deterrence Force) dyslokowane poszczególnymi eskadrami blisko potencjalnego zagrożenia w konkretnych (geograficznie zawężonych wobec dzisiejszych teatrów odpowiedzialności) regionach świata, np. w Zatoce Perskiej czy na Północnym Atlantyku, oraz na główne siły uderzeniowe floty, tzw. Siły Manewrowe (Maneuver Force), działające wyłącznie w regionie Indo-Pacyfiku i złożone przede wszystkim z lotniskowcowych grup bojowych i to zawsze co najmniej w tandemie dwóch współdziałających lotniskowców. Siły Odstraszania w regionach będą w porównaniu do aktualnej obecności amerykańskiej nieduże, ale znajdować się mają blisko potencjalnego przeciwnika i sama ich obecność ma za zadanie tamować jego zapędy. W razie wybuchu wojny Siły Odstraszania będą miały za zadanie przez kilka dni przetrwać w oczekiwaniu na przybycie głównych Sił Manewrowych, które mają wchodzić do konfliktu niejako spoza „linii horyzontu”, czyli spoza zasięgu systemu świadomości sytuacyjnej przeciwnika, mogąc w ten sposób nie tylko uniknąć zniszczenia z zaskoczenia w wyniku początkowych ataków, ale także wybrać moment i miejsce oraz cel uderzenia floty USA. Siły Manewrowe będą szkolić się do pełnoskalowej wojny z potężnym mocarstwem, w tym ćwiczyć złożone operacje lotnicze całych współdziałających ugrupowań lotniskowców.

Siły Odstraszania mają się przede wszystkim składać z niszczycieli, okrętów podwodnych, fregat oraz w niektórych regionach z okrętów amfibijnych korpusu piechoty morskiej (a w przyszłości z mających je najprawdopodobniej zastąpić kieszonkowych lotniskowców nowego typu), tak by uniemożliwić dokonanie zmian status quo na zagrożonym obszarze. Ale to Siły Manewrowe nadchodzące spoza „linii horyzontu” będą miały decydującą moc bojową do pokonania przeciwnika w starciu o wysokiej intensywności, w tym również przy założeniu długotrwałych działań wojennych. Z dotychczasowej „obecności” nacisk ma być położony na „efektywność”. Dawna „obecność” wystarczała do odstraszania regionalnych graczy takich jak Irak, Serbia, Syria czy Libia. Teraz nadchodzą nowe czasy konfrontacji z mocarstwami i trzeba będzie je pokonać nie samą obecnością, lecz realnymi zdolnościami bojowymi najprawdopodobniej na ich własnym podwórku.

W związku z tym, że na współczesnym polu walki wygrywa ten, kto widzi dalej i szybciej oraz może to wykorzystać do uderzenia na przeciwnika, opracowana jest koncepcja tzw. „wojny manewrowej w spektrum elektromagnetycznym”

Siły Odstraszania natomiast poza zadaniem przetrwania początku intensywnej wojny będą miały istotne znaczenie polityczne, ponieważ mają być sygnałem dla sojuszników, że Ameryka ich wspiera i jest obecna przy nich w razie napięcia. W warunkach pokoju Siły Odstraszania będą pełniły ponadto misje patrolowe oraz pomocy humanitarnej i pomocy w walce z klęskami żywiołowymi, przyczyniając się do akcentowania pozycji międzynarodowej USA.

Strategiczne nowinki

Zostaną najprawdopodobniej zachowane dwa rodzaje wysuniętej obecności floty w Eurazji: bazy zamorskie, gdzie załogi żyją z całymi rodzinami (jak dziś w Hiszpanii i Japonii), oraz wysunięte bazy, gdzie dokonywać się będą rotacje załóg z kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, ale same okręty pozostają niezmiennie w wysuniętych bazach, zmieniając tylko załogi (jak dziś okręty LCS w Singapurze i okręty podwodne z rakietami manewrującymi).

Zmienić się mają cykle używania okrętów, gdyż obecny schemat jest nie do utrzymania, bowiem flota jest przeciążona obowiązkami i nie nadąża z remontami. Podział w tym aspekcie będzie także pomiędzy eskadrami Sił Odstraszania, które będą krócej na patrolach. Oszczędność czasowa ma pochodzić z działania na znacznie mniejszym geograficznie obszarze niż dziś i z mniejszym spektrum zadań. Dzisiaj flota jest zbyt uniwersalna i to ją zużywa sprzętowo i moralnie. Natomiast Siły Manewrowe szykujące się na większy konflikt na ogromnym obszarze będą odpowiednio trenowały, z większą intensywnością i z większym współdziałaniem z sojusznikami.

Nowa flota ma mieć około 380 okrętów (340 według kryteriów floty tzw. battle force ships), ponadto mają wejść do służby nowe drony-okręty oraz okręty patrolowe bazowania lądowego. Dziś US Navy ma mniej niż 300 okrętów w linii. Zbudowanie, operowanie oraz utrzymanie proponowanej floty ma kosztować do 20 proc. więcej niż obecnie. Zdaje się, że prezydent Trump na zwiększone wydatki przystał. Przemysł stoczniowy powinien poradzić sobie z wyzwaniem zwiększenia tempa produkcji okrętów, choć Marynarka Wojenna będzie musiała zmodyfikować swoje plany zamówień, by osiągnąć zakładaną liczbę okrętów i planowany skład floty. Niezbędna będzie znaczna rozbudowa także floty zaopatrzeniowej, (Combat Logistics Force) bardzo ważnej w razie wojny dla konwojów i obsługi floty bojowej.

W Marynarce Wojennej mają być wprowadzone nowe koncepcje operacyjne. Jeśli chodzi o obronę powietrzną, to Amerykanie mają do czynienia z tzw. problemem asymetryczności, tzn. działają daleko od swoich baz macierzystych, więc są zmuszeni transportować swoje ofensywne i defensywne środki bojowe (przede wszystkim rakiety) na ogromne odległości, a rosnące zagrożenia z powietrza powodują, że większość amunicji zużywa się do zwalczania właśnie tych zagrożeń. Nowa koncepcja zakłada zwiększenie gęstości obrony kosztem dystansu przy uzyskaniu w ten sposób większych zapasów na konieczne w symetrycznej wojnie morskiej bronie ofensywne. Nacisk zostanie zmieniony z obecnego zwalczania celów powietrznych z dużych odległości na średnie (10–30 mil morskich) i krótkie (mniej niż 10 mil morskich). Są to środki stosunkowo tanie, a użyte masowo pomimo mniejszej skuteczności jednostkowej zwiększają całościową efektywność obrony floty. Ponadto trwają prace nad udoskonalonymi laserami, systemami wojny elektronicznej, broniami wysokiej częstotliwości radiowej i to wszystko w ramach obrony w linii horyzontu na bliską odległość do 10 mil morskich. W zamierzeniu ma to spowodować zaoszczędzenie kontenerów rakietowych na broń ofensywną. Bardzo drogie i duże rakiety SM-2 i SM-6 będą mogły być za to użyte wobec tych szczególnie niebezpiecznych samolotów przeciwnika, które z dużych odległości odpalają rakiety manewrujące przeciw okrętom amerykańskim.

Na ważnym dla Polski Atlantyku Amerykanie przewidują, że ze względu na brak głębi strategicznej państw bałtyckich istotna będzie szybkość reakcji w razie agresji Rosji

W związku z tym, że na współczesnym polu walki wygrywa ten, kto widzi dalej i szybciej oraz może to wykorzystać do uderzenia na przeciwnika, opracowana jest koncepcja tzw. „wojny manewrowej w spektrum elektromagnetycznym”. Ma ona na celu zrolowanie w nowoczesnej bitwie zwiadowczej, która będzie się toczyć właśnie o to, kto widzi dalej i szybciej, systemu świadomości sytuacyjnej przeciwnika i ochronę własnego. To zasadnicza nowość na przyszłym polu walki.

Ponadto wprowadzana jest od jakiegoś czasu w Marynarce Wojennej koncepcja tzw. „Rozproszonej Śmiercionośności” (ang. „Dispersed Lethality”), czyli system współpracy pomiędzy geograficznie oddalonymi dronami i samolotami a okrętami i środkami bojowymi, gdzie każdy element systemu współpracuje, ale ma autonomię i przekazuje dane niezbędne do namierzania i naprowadzania na systemy przeciwnika jak w swoistej sztafecie sportowej bez narażania się na wykrycie czy zniszczenie. W tej koncepcji ćwiczone są w szczególności scenariusze na Morzu Południowochińskim bez udziału lotniskowców, narażonych na zniszczenie w obszarze/bastionie chińskiego A2AD.

Większe siły na Pacyfik

Co to oznacza dla naszego bezpieczeństwa? Jeśli chodzi o konkretną dyslokację Sił Odstraszania, to na ważnym dla Polski Atlantyku Amerykanie przewidują, że ze względu na brak głębi strategicznej państw bałtyckich istotna będzie szybkość reakcji w razie agresji Rosji. Wiarygodność USA i NATO będzie polegała na szybkiej odpowiedzi. Zadania dla floty będą dwojakie: pomóc powstrzymać inwazję oraz unieszkodliwić system dowodzenia sił rosyjskich. Jako jedyna z regionalnych eskadr Sił Odstraszania właśnie eskadra na Północnym Atlantyku ma mieć w składzie lotniskowiec ze skrzydłem lotniczym. Lotnictwo pokładowe ma być w planach skonfigurowane do zadań zwalczania lotnictwa rosyjskiego na dużych dystansach, w tym rosyjskich bombowców, oraz do bezpośredniego wsparcia pola walki. Plan nowej architektury floty 2030 zakłada wariantowo, że jeśliby siły rosyjskie nie były modernizowane do roku 2030 tak, jak są modernizowane dziś, albo państwa bałtyckie nie byłyby już zagrożone, to Siły Odstraszania na Atlantyku również nie będą potrzebowały lotniskowca. Na Bałtyku przewiduje się też rotacyjną obecność jednej fregaty, samolotu patrolowego P8 Posejdon oraz dronów podwodnych i nawodnych, z  naciskiem na wojnę minową.

Bezsporna jest gotowość Waszyngtonu do zwiększenia wydatków na flotę oraz skupienie atencji i zasobów do prowadzenia nowoczesnej wojny na Pacyfiku

Oczywiście największe siły przeznaczone są na Pacyfik, w tym potężne Siły Manewrowe prawdopodobnie nadchodzące na pole walki spoza Hawajów, a następnie w przypadku długiej wojny – rezerwy z kontynentalnych USA w ramach Joint Force. Skrzydła powietrzne lotniskowców Sił Manewrowych mają być zoptymalizowane do prowadzenia długodystansowych operacji powietrznych w kontestowanych warunkach na pełnym oceanie.

Zakładany skład floty 2030 to 12 lotniskowców (wyporność 100.000 ton, do 90 statków powietrznych każdy), co ogłosił zresztą sam prezydent Trump podczas swojego wystąpienia na przechodzącym próby morskie nowym lotniskowcu USS Ford. Dziś flota ma 11, a w rzeczywistości jedynie 10 lotniskowców. To w praktyce oznacza, ze jeden lotniskowiec ma być wprowadzany do służby co cztery lata, a nie co pięć, jak dotąd i jest to duże wyzwanie dla przemysłu stoczniowego. Po uwzględnieniu naturalnego wycofywanie ze służby kolejnych obecnie służących okrętów, oznacza to, że w latach 2017 – 2046 stocznie amerykańskie mają zwodować osiem nowych lotniskowców zamiast dotąd planowanych sześciu.

Nowe zadania

Dodatkowo plan zakłada wprowadzenie do służby nawet do 10 jednostek mniejszych (decyzje nie zostały ostatecznie jeszcze podjęte), tzw. kieszonkowych  lotniskowców/okrętów amfibijnych o wyporności 40–60 tys. ton, które będą mogły bazować do 25 samolotów F-35B. Na okrętach nowego typu będą katapulty i liny hamujące, a wielkość ich będzie porównywalna do lotniskowców klasy Midway z czasów Zimnej Wojny. Zatem będą to dość duże okręty o sporym potencjale bojowym, uzupełniające działania 12 superlotniskowców. W myśl powyższego nowy typ okrętu ma pozwolić na działania z jego pokładu samolotów do walki elektronicznej i samolotów wczesnego ostrzegania, które potrzebują większych pokładów.

Takie są plany. Zobaczymy, czy i jak zostaną wprowadzone w życie. Cokolwiek by o nich nie powiedzieć, to wskazują jednoznacznie, gdzie Amerykanie upatrują wyzwań i jakiego rodzaju mogą to być wyzwania. Co warte odnotowania, bezsporna jest gotowość Waszyngtonu do zwiększenia wydatków na flotę oraz skupienia atencji i zasobów do prowadzenia nowoczesnej wojny na Pacyfiku.