Newsletter

Fenomen piękna

Książka „A piękno świeci w ciemności” to fascynujące rozważania o sztuce sakralnej, które snuje historyk sztuki i teolog bp Michał Janocha w rozmowie z Ewą Kiedio

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Książka „A piękno świeci w ciemności” to fascynujące rozważania o sztuce sakralnej, które snuje historyk sztuki i teolog bp Michał Janocha w rozmowie z Ewą Kiedio

Wywiad-rzekę z biskupem Michałem Janochą redaktor Ewa Kiedio rozpoczyna cytatem z Dostojewskiego: „Piękno zbawi świat”, pytając, co to jest to piękno, które zbawia świat. Biskup odpowiada, że w kulturze bizantyńskiej, z której wyrasta Ruś, a z niej jej syn, słynny pisarz, piękno zawsze wiązało się z Bogiem, było jednym z jego imion, tak jak Prawda i Dobro. Książka „A piękno świeci w ciemności” to fascynujące rozważania o sztuce sakralnej, które snuje bp Michał Janocha, historyk sztuki i teolog, w rozmowie z Ewą Kiedio z kwartalnika i wydawnictwa „Więź”.

Wschód widzi w pięknie Boga. Co stało się z nami (z kulturą Zachodu), że postrzegamy piękno tylko jako kategorię estetyczną? W Starym Testamencie, w Księdze Mądrości wyrażony jest żal na ułomność ludzi, którzy nie rozpoznali Boga w pięknie świata przez Niego stworzonym, bo owo piękno „zatrzymało ich na sobie”. Nazwali bóstwami dzieła natury, a nie poznali wielkości ich Stwórcy. W historii świata niejednokrotnie dawaliśmy zwieść się urodzie powierzchownej, nie dostrzegając głębi.

W rozważaniach o pięknie pierwsze pytanie, jakie powinniśmy sobie zadać, to pytanie o cel sztuki. Wydaje się, że jej podstawowym zadaniem jest niesienie oczyszczenia, ukojenia, zachęty do refleksji nad rzeczami wyższymi. Jeśli artysta otwarty jest na prawdę i dobro, to jego twórcze działanie można porównać z modlitwą, a co za tym idzie, z drogą do Boga. Piękno powinno nierozerwalnie łączyć się z prawdą i dobrem, wtedy pozostanie kategorią metafizyczną, zapewniając ludziom głębokie przeżycia.

Człowiek to ikona Boga

Przez całe średniowiecze piękno uważano za kategorię teologiczną. Praktycznie cała sztuka, która powstała w Bizancjum i średniowiecznej Europie, była sztuką sakralną, tworzoną na chwałę Boga i wspierającą wiernych w kontakcie z Nim. Dominowało wówczas malarstwo ikonowe, w którym postać znajdowała się w punkcie centralnym, zwrócona frontalnie do widza, silnie skupiając uwagę na swoim spojrzeniu. Sztuka sakralna musiała być figuratywna. Determinuje to podstawowy dogmat chrześcijaństwa – Tajemnica Wcielenia. W Chrystusie Bóg otrzymał ciało człowieka, dlatego człowiek stał się najważniejszym bohaterem sztuki chrześcijańskiej. Odrzucono wówczas część treści pierwszego przykazania Starego Testamentu: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!”. Przed narodzinami Jezusa, gdy Bóg był tylko niewidzialny, tworzenie obrazów odzwierciedlających rzeczywistość, którą stworzył, umniejszałoby Jego dzieło, bo niejako „zamknęłoby to, co powinno być nieskończone” – mówi bp Janocha. Dodatkowo Żydzi chcieli uchronić się w ten sposób przed bałwochwalstwem, czyli oddawaniem czci posągom i obrazom, które przecież samym Bogiem nie są. Jednak Chrystus był „zrodzony, a nie stworzony”. Miał materialną, namacalną, ludzką postać, co naturalnie pozwoliło na tworzenie jego wizerunków. Bóg uniżył się, przybierając postać człowieka. Zatem chrześcijanie w zupełnie spontaniczny sposób poczęli tworzyć wizerunki Chrystusa i poprzez nie oddawali mu cześć. Biskup Janocha porównuje to do noszenia w portfelu i całowania fotografii bliskiej osoby. Oglądanie zdjęcia osoby kochanej przenosi nasze myśli do niej samej. Podobnie ikona wspiera modlitwę.

Wydaje się, że biskup Janocha opowiada o ikonie z większą czułością niż o sztuce sakralnej Zachodu

Biskup Michał Janocha mówi o sobie, że ma prawosławną duszę. Wydaje się, że opowiada o ikonie z większą czułością niż o sztuce sakralnej Zachodu. A jego rozmówczyni często odwołuje się do rosyjskich filozofów. Biskup zwraca uwagę, że sakralne malarstwo Wschodu zawsze niesie nadzieję, bo w scenach ukrzyżowania „czuje się już chwałę zmartwychwstania”. Zauważa także, że malowanie (pisanie) ikony to akt wiary. Powinien on być związany z modlitwą i postem. Bowiem sprawdza się prosta prawda, że wyciszenie, życie w zgodzie z przyrodą i w ascezie, bardzo wpływa na jakość sztuki. Paradoksalnie rozmówca podważa także stereotyp, że ikonopisarz powinien prowadzić przykładne życie. Biskup utrzymuje, że zna wiele wspaniałych ikon, a także innych dzieł sakralnych stworzonych przez ludzi kroczących krętą drogą. Zdaje sobie także sprawę z tego, że wiele osób uważających się za wierzące jest w rzeczywistości dalej od Kościoła od tych, którzy deklarują się jako niewierzący. Dlatego tworzenie sztuki powinno być po prostu szczere i realizowane w skupieniu.

W ikonie jest coś niewytłumaczalnie duchowego. Biskup przytacza historię, kiedy to po wojnie otwarto w Japonii wystawę europejskiej sztuki sakralnej. Galeria podzielona była na sztukę zachodnią i wschodnią. Zwiedzający ją Japończycy, wywodzący się z całkowicie innego kręgu kulturowego, niemający europejskiego systemu skojarzeń, zachwycali się emocjami i realizmem dzieł zachodnich, ale zgodnie odczuwali, że w prawosławnych ikonach jest coś świętego.

Piękno cielesne przyćmiewa piękno duchowe

W Europie Zachodniej już z nurtem franciszkanizmu podejście do przedstawiania scen religijnych zaczęło się zmieniać. Rozpowszechniające się idee głoszące afirmację życia wraz z jego emocjonalnymi aspektami poczęły przenosić się do sztuki. W malarstwie i rzeźbie przedstawiane postacie zyskiwały coraz wyraźniejsze rysy psychologiczne i emocjonalne. Jednak to dopiero renesans, niczym zbuntowany nastolatek (jak porównuje bp Janocha), zrywając ze swym ojcem – średniowieczem – obrócił się przeciwko niemu, wyśmiewając wszystko, co ten osiągnął. Zafascynowany starożytną Grecją przejął jej zachwyt nad pięknem, nie tyle materialnym, co wręcz cielesnym. W Grecji klasycznej urodę ciała ludzkiego wyniesiono ponad wszystko. W ówczesnej sztuce o wiele mniej uwagi poświęcano chociażby twarzom, których wyraz może przekazywać stan ducha. W malarstwie renesansowym przeniesiono siłę ciężkości z twarzy na ciało, którego wizerunek nie mógł już, tak jak ikona, odzwierciedlać świata wewnętrznego postaci.

W późniejszych czasach Zachód wyspecjalizował się w opowiadaniu emocjami i przedstawianiu ich, jednak to sprawiło, że coraz silniej przywiązywaliśmy się do spraw doczesnych, zapominając o duchowych. Po rozdziale Kościoła Powszechnego na początku drugiego tysiąclecia prawosławna cerkiew pozostała wierna bizantyńskiemu kanonowi, nie włączając się w tryby „przyspieszenia czasu”, które rozkręcił renesans. Kultura Wschodu, podobnie jak egipska, jest silnie skodyfikowana, poczynając od etykiety, przez język, na sztuce kończąc. Taka dyscyplina ogarniająca wszystkie aspekty życia, porządkuje je i częstokroć przywraca zgubiony sens. A dodatkowo silnie konserwuje tradycje. Wschód jest do tego przyzwyczajony i po dziś dzień tradycja jest tam czymś ważnym, codziennym i oczywistym.

Jeśli artysta otwarty jest na prawdę i dobro, to jego twórcze działanie można porównać z modlitwą, a co za tym idzie, z drogą do Boga

My, Polacy, nie tylko stojąc na granicy świata Wschodu i Zachodu, ale wręcz będąc tą granicą, także jesteśmy bardzo tradycyjni. To wyróżnia nasz Kościół od innych krajów, także katolickich. Wystarczy spojrzeć na obrzędy związane z obchodami świąt. Są one tak mocno zakorzenione w polskiej kulturze, że obchodzą je praktycznie wszyscy mieszkańcy naszego kraju, nawet jeśli są niewierzący.

Twórcy epoki renesansu i późniejszych okresów spłodzili wspaniałe dzieła, jednak przestały one być adorowane. W tych czasach artyści wysunęli się na plan pierwszy. Poznaliśmy ich nazwiska, stały się one szalenie popularne. Do „Madonny” Rafaela ustawiają się kolejki, ale nikt nie oddaje jej przecież czci. Inaczej było z twórcami sakralnej sztuki średniowiecza. Ich nazwiska skryte były w cieniu cechów rzemieślniczych, do których należeli. Dzieła oraz to, co przekazywały, były wówczas najważniejsze. Mimo tej zmiany sztuka sakralna dominowała aż do końca XVIII wieku. Szczególny jej rozkwit obserwujemy w okresie baroku, gdy Kościół musiał bronić się przed reformacją.

Bp Michał Janocha zauważa, że momenty załamania Kościoła i herezji ostatecznie wspierały go i odbudowywały, bo zmuszały do ponownego przemyślenia tego, co powinno być dla Kościoła najważniejsze. Podczas Soboru Trydenckiego w 1563 roku postanowiono wprowadzić do świątyń katolickich „sztukę totalną” – działającą mocno na wszystkie zmysły. Zaczęły powstawać wtedy wybitne obrazy, rzeźby i wspaniała muzyka. Z pewnością sztuka baroku zdominowała architekturę sakralną w Polsce.

Koniec duchowości. Co dalej?

Upadek sztuki sakralnej rozpoczął się na dobre wraz z laicyzacją społeczeństwa na przełomie XVIII i XIX wieku. Niebagatelny wpływ na ten proces miała Rewolucja Francuska, której przywódcy, chcąc zniszczyć Kościół, niszczyli także sztukę sakralną. Przemiany społeczne, polityczne i kulturowe następnych dekad sprawiły, ze Kościół zaczął tracić swą moc oddziaływania, również tę polityczną. A najwspanialsze dzieła artystyczne powstawały już poza nim i dotyczyły tematyki świeckiej. Laicyzację kontynuował potem komunizm, propagowany już od połowy XIX wieku, który po Rewolucji Październikowej 1917 roku konsekwentnie niszczył Kościół i Cerkiew przez kolejne dziesiątki lat. W XIX i XX wieku świat zdecydowanie przyspieszył, zmiany zachodziły na wszystkich płaszczyznach życia. Zmieniały się struktury społeczne, obyczajowość, a życie codzienne zdominowały coraz to nowsze zdobycze technologii. Ludzie zaczęli żyć bardzo szybko, przez wzrost dobrobytu skupili się na sprawach materialnych. Kościół musiał się do tego ustosunkować i spróbować znaleźć dla siebie nową drogę.

Podczas przełomowego Soboru Watykańskiego II (1962 – 1965), oprócz opracowania nowego sposobu sprawowania liturgii, odniesiono się także do spraw sztuki. Zdecydowano, że skoro tak diametralnie się zmieniła, a zmiany te są powszechnie akceptowane, trzeba je także wprowadzić do życia religijnego. I tu hierarchowie pomylili się. Okazało się, że mimo wszystko ludzie cenili w Kościele tradycję. Gdy we wnętrzach katolickich świątyń zaczęły pojawiać się dzieła abstrakcyjne, wierni nie wiedzieli, jak się do nich odnieść, nie czuli poprzez nie porozumienia z Bogiem. Bp Janocha uważa, iż była to rewolucja, której przecież Kościół nie znosi. Być może przez to kolejni wierni odsunęli się od religii. „Sztuka abstrakcyjna nigdy nie stanie się nośnikiem nauki Ewangelii, jeśli zabraknie postaci Chrystusa, to zaprzeczymy tajemnicy Wcielenia” – podsumowuje biskup.

Malarze awangardowi początku XX wieku fascynowali się ikoną, bo posiadała ona w swoim kanonie motywy abstrakcyjne, które jednak zawsze były na poślednim miejscu wobec przedstawień figuratywnych. Sztuka abstrakcyjna jest szalenie subiektywna. Każdy odbiera ją inaczej, w zależności od tego, z jakim bagażem własnych doświadczeń i myśli do niej podchodzi. Mnóstwo ludzi nie poczuje przy niej nic. Natomiast dobra sztuka figuratywna broni się sama. Potrafi być pięknem obiektywnym, takim jak postrzegali je starożytni Grecy. Bp Michał Janocha uważa, iż gdyby „twierdzić, że piękno jest kategorią subiektywną, to w ogóle nie można by mówić o pięknie, bo nie mielibyśmy wspólnego punktu odniesienia”. Mówi również, że wybitne dzieła potrafią przemawiać samą swoją formą, bo piękno jest ponadczasowe. I nie zawsze też treść musi być zdefiniowana, bo gdyby można było ją przekazać słowami, to właściwie forma – piękny obraz – byłaby już niepotrzebna.

Do „Madonny” Rafaela ustawiają się kolejki, ale nikt nie oddaje jej przecież czci. Inaczej było z twórcami sakralnej sztuki średniowiecza. Ich nazwiska skryte były w cieniu cechów rzemieślniczych

Dziś bardzo ważna jest jakość sztuki, bo żeby zrozumieć i docenić piękno sztuki lub architektury nowoczesnej, trzeba obcować z tą dobrą, której niestety w Polsce jest niewiele. Przez lata upadku Kościoła, które pokrywają się z najciemniejszymi okresami naszej historii, nie było możliwości, by tworzyć dobrą sztukę sakralną. Dodatkowo brakuje u nas powszechnej edukacji na temat sztuki i jej historii. Gusta można kształtować, ludzie powinni od urodzenia być otaczani pięknem szczerym i profesjonalnym. W seminariach powinno się uczyć historii sztuki, by uwrażliwić na nią młodych kleryków. Będą oni w przyszłości dbać o swoje parafie, a wierni, przebywając w kościele, będą przecież chłonąć to, co on im oferuje.

Dziś, żyjąc w kulturze obrazu, w duchu materializmu, a w dodatku w bardzo szybkim tempie, tęsknimy czasem za ascezą, stonowaniem i wyciszeniem. Tego także szukamy w kościele. Ciekawe jest to, że podczas Soboru Watykańskiego II, gdy postulowano uproszczenie sztuki sakralnej w duchu nowoczesności, protestowali przeciwko temu biskupi polscy oraz ci z krajów trzeciego świata, którzy żyjąc w biednych społeczeństwach, odczuwali brak przepychu i bogactwa. Dziś rozumiemy owe postulaty zachodnich Europejczyków sprzed lat. Jednak ks. bp Michał Janocha uważa, że sztuka sakralna powinna być dzisiaj rodzajem syntezy nowoczesności z tradycją, tak jak całe chrześcijaństwo „rozdarte jest między krzyżem a zmartwychwstaniem, między Wielkim Piątkiem a Niedzielą Paschalną, między naszą kruchą doczesnością i pragnieniem nieba. Sztuka religijna zawsze będzie starała się wyrazić jedno i drugie”.

Czym jest piękno? To pytanie zawsze zadawał bp Michał Janocha swoim studentom. W Polsce odpowiedzi bywały rożne, lecz gdy wykładał na Wschodzie, zawsze słyszał, że jest ono związane z Bogiem.