Newsletter

TW Dekonstruktor

Naprawdę dobrze wygląda postmodernizm dopiero w aktach tajnej policji

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Dramatyczne doświadczenia w rodzaju nieszczęśliwej miłości czy rozpadu rodziny nieraz, zbanalizowane, stają się sensacyjką lub przedmiotem konwersacji towarzyskiej. Jak to mówią, komu Anna Karenina, komu Pudelek. Nie inaczej bywa z brzemieniem, jakim jest przyjęcie roli „tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa”, czyli TW, kabla, gumowego ucha. W górnych i chmurnych latach 80. wszyscy wertowali poradnik „Jak rozmawiać z SB” (wiele podziemnych wydań znakomitego dzieła Czesława Bieleckiego) i ekscytowali się, że ponoć kiedyś, za Stalina, bywali donosiciele, w końcu pisał o nich sam Marek Hłasko, ale teraz?! A potem przyszła wolność, o teczkach zaczęło być głośno, obaliły nawet rząd Olszewskiego, który sam chciał był obalić teczkowy układ, i ich cień wisiał nad całą dekadą lat 90.

A potem się jakoś rozmył, jak to z cieniami bywa. Jeszcze o Maleszce głośno było przez chwilę, jeszcze o liście Wildsteina, a potem się skończyło. Ci, którzy mieli najwięcej za pazurami, wzruszyli tylko ramionami i poszli robić swoje telewizje czy inne tam cukrownie i nikt im nie podskoczy; „centralnie mam na to wywalone” – parskają, albo i nie parskają, bo nie chce im się z nami gadać. Daniel Passent poucza, Michał Boni udrapował się w szaty udręczonej niewinności, i tyle.

Tak, to myśmy siedzieli nad tymi życiorysami, nie kupując ani rozdawanych za bezdurno rozgrzeszeń młodziaków z Gazety Wyborczej, ani pohukiwań klubistów z Gazety Polskiej, rozdarci między świadomością osaczenia, jakiego doświadczał każdy przesłuchiwany, a gorzkim żalem, że żaden z tych TW nie zdobył się na wyznanie po roku 1989, kiedy już było wolno

Piszę to dalibóg nie po to, bym wyśmiewał się, wzorem niezmordowanych publicystów Czerskiej, z „teczkomanii”; uważam, że teczki istnieją i zachowają swój ołowiany ciężar do chwili, gdy umrze ostatni TW lub może nawet jego synowie. Setki lokalnych układów, nieudanych śledztw, niezasłużonych sukcesów lub porażek biorą swój początek z pożółkłej kartki z długopisową sygnaturą; tyle że temat ten przestał być, jak to mawiają publicyści, „społecznie nośny”, nawet klubistom „Gazety Polskiej” znudziło się wałkowanie sprawy Bolka, bo ile w końcu można rzucać grochem o mur. Ciekawość dramatów i dylematów TW stała się czymś należącym do tej samej kategorii co brydż czy uczęszczanie na poranki w filharmonii: ostentacyjnie anachroniczną rozrywką inteligenckich niedobitków. Kogo innego interesowałoby, że TW okazał się, zdaniem jego kolegów z SKS, jeden z najbardziej rzutkich podziemnych wydawców, Henryk Karkosza? Kto inny wczytywałby się w „Wielką odmowę”, fascynującą książkę-śledztwo Dariusza Rosiaka traktującą o ojcu Mieczysławie Krąpcu, KUL-owskim tytanie?

Tak, to myśmy siedzieli nad tymi życiorysami, nie kupując ani rozdawanych za bezdurno rozgrzeszeń młodziaków z „Gazety Wyborczej”, ani pohukiwań klubistów z „Gazety Polskiej”, rozdarci między świadomością osaczenia, jakiego doświadczał każdy przesłuchiwany, a gorzkim żalem, że żaden z tych TW nie zdobył się na wyznanie po roku 1989, kiedy już było wolno. Żaden, nawet mój mistrz z Wydziału Polonistyki UW, który ongiś ze swoją krótko przystrzyżoną brodą, zamaszystymi ruchami i plecakiem pełnym bibuły wydawał nam się, zapatrzonym uczestnikom jego privatseminarium, skrzyżowaniem Stefana Bobrowskiego z Mirosławem Chojeckim: a przecież podpisał, psiakrew, pewnego dnia przeryłem się przez piwniczne pokłady pleśni i kurzu i czerwonymi oczami sprawdziłem datę w „Notatniku akademickim” formatu A4 sprzed trzydziestu lat: tej wiosny, kiedy tłumaczył nam meandry myśli Miłosza, już podpisał.

Jeśli jednak zainteresowanie polskimi TW jest dziś zajęciem cokolwiek niszowym, to ciekawość zagranicznych TW jest niszą w niszy. Fakt, że w mediach w ogóle pojawiła się notka o jakiejś bułgarskiej pisarce, która kiedyś współpracowała z tamtejszym Komitetem Bezpieczeństwa Państwowego („Drżawna Sigurnost”) dowodzi sam w sobie istnienia silnej mafii humanistów: kogo takie rzeczy obchodzą?

A jednak niektórych zatchnęło.  Barthesistka! „La Révolution du langage poétique”! Tą swoją „intertekstualność” wprowadziła do obiegowej mowy o książkach na wiele lat. No i „Czarne słońce melancholii”! Smakoszka abiektów, wykluczenia i transgresji, tożsamości wijących się jak człowiek-guma w tancbudzie! Tak, to ona: wąskousta, cierpka, osobna Julia Kristeva, papieżyca postmodernizmu, bożyszcze Kingi Dunin. TW „Sabina”, ale nie, kiedy podpisywała zobowiązanie, nie powstała jeszcze „Nieznośna lekkość bytu”, więc ta rozkoszna dwuznaczność nie stąd, intertekstualność z Kunderą jest fałszywa.

No właśnie, kiedy podpisywała? Pierwsze dokumenty w jej dość chudej teczce nr 8230/10-2683 LD pochodzą z sierpnia 1964 roku; w niecałych dziesięć lat później towarzysze uznają, że „osunęła się na pozycje prochińskie” (okropność, co się zdarza niektórym na Sorbonie!). Między tymi dwiema datami smacznych dokumentów, przynajmniej tych ujawnionych, niewiele: ot, relacje oficera prowadzącego, świstki, pokwitowania. I to poczucie nieoczekiwanego zderzania się dwóch światów, kiedy w indeksie osobowym teczki widzimy zapisane cyrylicą, znane nam skądinąd nazwisko: Ролан Барт.

Ale żal, że nie uznała za stosowne powiedzieć o tym przez ćwierć wieku po upadku komuny, pozostaje

Mało wiemy o Bułgarii w czasach komunizmu, o ludowym totalizmie podszytym tradycyjną sympatią dla Rosjan, o braku jakiejkolwiek porównywalnej z polską odwilży za rządów Czerwenkowa i Żiwkowa, w czasach, kiedy dorastała Julia. Dzieciństwo córki człowieka mało, że bezpartyjnego – świeckiego „kościelnego” przy sofijskiej cerkwi, w dodatku uczennicy funkcjonującego na mocy kaprysu liceum sióstr szarytek przy Ośrodku Kultury Francuskiej musiało być tak pełne prywacji i szantaży, że osaczanie, którego świadectwem jest teczka nr 8230 najpewniej nie było ani pierwsze, ani najstraszniejsze. Myślę o tej rozmowie, na jaką zaproszono Kristevą w upalnym sierpniu 1964 r., cała Sofia w zapachu dojrzewających melonów i parujących ścieków, wyśnione, nieosiągalne stypendium w CNRS o krok, o pragnieniu, by wyrwać się, bodaj na rok się wyrwać – i nie ma we mnie świętego oburzenia, że podpisała.

Ale żal, że nie uznała za stosowne powiedzieć o tym przez ćwierć wieku po upadku komuny, pozostaje. I dlatego, mając na względzie, że piszę o jednej z bohaterek sławnego traktatu Alana Sokala „Bzdury modne”, traktującego o nieodpowiedzialnym żonglowaniu pojęciami i terminologią przez postmodernistycznych intelektualistów, czerpię radość z wyobrażenia sobie rozmowy TW „Sabiny” z jednym z jej oficerów prowadzących – ot, powiedzmy, z por. Asenem Lewczewem z Zarządu VI, przysłanym do Paryża w maju 1973:

– Coś niejasne ostatnio raporty, towarzyszko profesorko. Powiedzcie, jak tam nastroje na tej waszej Sorbonie? Coś nie spieszy się kadrze naukowej do rewolucji?

– Literacka semiotyka musi oprzeć się la logice poetyckiej, w której pojęcie „mocy kontinuum” obejmuje przedział od 0 do 2.

– Słuchajcie, mówcie jaśniej. Co z tym Bachtinem, czytają go białogwardziści?

– Biorąc pod uwagę, że sama semiotyka jako taka jest ściśle związana z fazą pre-edypalną rozwoju, z lacanowską „niedojrzałością do fazy spotkania z lustrem”…

– Dobrze, zostawmy to. Chcecie, żeby listy do matki dochodziły? O co wam chodzi z tą ludycznością?

– Ciało matki, proszę mi pozwolić zauważyć, stanowi jako takie zagrożenie dla tożsamości podmiotu; przypomina o niezróżnicowanej, „semiotycznej” fazie rozwoju podmiotu, trwaniu zaprzeczonym czy może raczej wy-odrębnionym, w którym nie pojawia się koncept jaźni-jako-takiej.

– Ostatni raz was upominam: jaśniej! Co z tym „Tel Quel”? Mieliście iść po marksistowskiej linii?

– Alienacja, której upostaciowieniem jest abstraktyzacja i hiperbolizacja masowych wizerunków kultury jest, jak to widzimy, rodzajem przemocowej operacji syntaktycznej, mającej na celu abiektyzacje, napiętnowane tego co nieokreślone lub wymykające się przymkniętym, patriarchalnym normom rzeczowym.

– Co wy mi pierdolicie, Kristeva?!

– Relacja, o której mówicie, towarzyszu, jest przeze mnie obecnie badana w ramach refleksji nad zagadnieniem tzw. analności jako stłumionego składnika męskiej tożsamości. W istocie, nagłośniona fallocentryczność stanowi jedynie ułamek spektrum seksualności maskularnej, która bywa rewersywna na zasadzie dopełniającego zaprzeczenia epoché.

I tak godzinami. Czy można się dziwić determinacji młodego porucznika? Nie zaskakuje uznanie jego przełożonych, dwukrotne odznaczenie go Orderem Cankowa z cepami i nominowanie w generały, na którym to stanowisku doprowadził do „podjęcia dialogu z opozycją demokratyczną” i wolnych wyborów, żeby wreszcie nie musieć tego wszystkiego słuchać. Ale i Kristevej, być może, należy się jakieś odznaczenie za udział w drodze Bułgarii do królestwa wolności?