Szklanka napełniona do połowy

W exposé Czaputowicza wśród ideologicznych mgieł przesłaniających „dobrej zmianie” realia stosunków międzynarodowych pojawiły się prześwity, przez które przeziera rzeczywistość. Izolacja od niej jednak trwa.

Szklanka napełniona do połowy jest albo do połowy pełna, albo do połowy pusta. Podobnie jest z tzw. exposé ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza. Optymista z radością odnotuje, że wśród ideologicznych mgieł i oparów szczelnie dotąd przesłaniających „dobrej zmianie” realia stosunków międzynarodowych, pojawiły się nieliczne prześwity, przez które przeziera rzeczywistość. Pesymista temu nie zaprzeczy, ale powie, że izolacja od rzeczywistości wciąż trwa, opary są gęste i obóz władzy nadal będzie się potykać.

Na początku zaznaczę, że nie będę krytykował ministra za to, że – wbrew faktom – twierdził, że pozycja międzynarodowa Polski jest silna i w ogóle byczo jest. Minister spraw zagranicznych nie jest od tego, żeby mówić, że nie jest byczo; od tego jest opozycja i ona w tym przypadku ze swego obowiązku się wywiązała.

Szklanka jest do połowy pełna dlatego, że minister Czaputowicz uznał Niemcy za naszego głównego gospodarczego i politycznego partnera w Europie. W porównaniu z pierwszym exposé jego poprzednika, który uznawał Niemcy wyłącznie za partnera gospodarczego, to milowy krok w stronę rzeczywistość. Ale minister poszedł jeszcze dalej, stwierdzając, że „przyjazne relacje z Niemcami są warunkiem powodzenia wszelkich pozytywnych projektów zgłaszanych na forum Unii Europejskiej”. Innymi słowy, jeżeli w Unii chcemy coś osiągnąć, to kotów z zachodnim sąsiadem drzeć nie możemy. Jak na „dobrą zmianę” to dużo.

Szklanka jest do połowy pełna także dlatego, że minister sformułował wreszcie realistyczną doktrynę polityczną w sprawie Białorusi, czego jego poprzednicy – także za rządów PO-PSL – nie zrobili. O ile o Ukrainie mówił, że Polsce zależy na tym, by była niepodległa i demokratyczna, to w przypadku Białorusi demokracja odpadła i pozostała niepodległość. Jedyny postulat czysto polityczny pod adresem prezydenta Łukaszenki dotyczył traktowania mniejszości polskiej i jej zrzeszeń. To sygnał, że Polska rezygnuje ze wspierania opozycji demokratycznej na Białorusi i skupia się na rozwiązaniu problemu polskiej mniejszości, zwłaszcza na zakończeniu represji władz wobec odłamu Związku Polaków na Białorusi kierowanego przez Andżelikę Borys. Realizm godny pochwały.

Trzecim przejawem realizmu była zasygnalizowanie – na konferencji prasowej – możliwości dokonania pewnych zmian w ustawach regulujących system wymiaru sprawiedliwości w celu kompromisowego zakończenia sporu z Komisją o stan praworządności (art.7 TUE). Enigmatyczne zdanie, że „po pewnym czasie będzie można dokonać oceny skuteczności wprowadzonych reform” stanowi wprawdzie słaby, ale zawsze, sygnał o możliwym uelastycznieniu stanowiska polskiego rządu. Dotąd takich sygnałów nie było. Ten enigmatyczny sygnał zamienił się dzień po w twardą deklarację dotyczącą nowelizacji ustawy o SN i ustroju sądów powszechnych, która wychodzi naprzeciw części postulatów Komisji Europejskiej.

I tyle o szklance do połowy pełnej, teraz będzie o do połowy pustej.

Stwierdził pan minister, że: „źródłem atrakcyjności Polski i zarazem zdolności jej skutecznego oddziaływania na procesy decyzyjne, czy to jako sojusznika w ramach NATO, czy też partnera w strukturach Unii Europejskiej, jest jej zdolność do artykułowania interesów państw naszego regionu i działania w roli ich adwokata. Odbywać się to może przy pełnym poszanowaniu podmiotowości politycznej naszych partnerów z sąsiedztwa”. W sprawie tego stwierdzenia stwierdzić zaś można, że połączono w nim oderwanie się od rzeczywistości z obraźliwą protekcjonalnością wobec naszych sąsiadów z regionu. W gabinetach rządowych Bratysławy, Pragi i Budapesztu odbiór tych słów może być tylko jeden: no, ci Polacy mają kosę ze wszystkimi najsilniejszymi, gwarancje bezpieczeństwa, że nie odbiorą im w Radzie UE prawa głosu, uzyskują od Węgrów, a tu bezczelnie pchają się na kierownika. Nie tylko zadzierają nosa, ale w tym nosie mają pełno much.

Z powodu ciężkiego ideologicznego zaczadzenia, „dobrej zmianie” umknął oczywisty fakt, że, owszem, instytucje wspólnotowe liczą się z układem sił w Unii, ale kto się nie liczy; istotne z polskiego punktu widzenia jest to, że przewagę, którą mają państwa najsilniejsze nad słabszymi, instytucje wspólnotowe modyfikują i osłabiają, choć oczywiście jej nie niwelują.

Kolejnym przejawem utrzymującego się braku kontaktu z rzeczywistością jest ocena, że „w łonie Grupy Wyszehradzkiej odczuwamy rosnącą wolę współdziałania na rzecz realizacji wspólnoty interesów”. Otóż poza kwestią unijnej polityki migracyjnej, werbalnym (z wyłączeniem Słowacji) sprzeciwem wobec „Europy wielu prędkości” oraz wspólnych zabiegów o unijne wsparcie transgranicznych inwestycji infrastrukturalnych, co po prostu wynika z geografii, żadnej wspólnoty interesów w V4 nie ma, i nie dotyczy to tylko znanych różnic w polityce wobec Rosji. Minister przywołał dyrektywę o pracownikach delegowanych jako koronny przykład protekcjonizmu wewnątrz unijnego, któremu Polska się sprzeciwia. No, ale to w zeszłym roku po dyplomatycznej ofensywie prezydenta Macrona Bratysława i Praga wbiły nam w tej sprawie na posiedzeniu Rady UE nóż w plecy, choć wcześniej na spotkaniu V4 ustalono wspólne stanowisko. I gdzie tu wspólnota interesów?

Brakiem realizmu był też atak na instytucje wspólnotowe UE i sformułowanie celu politycznego, jakim jest ich osłabienie. Posłużył do tego wywód o deficycie demokratycznym w Unii. Nośnikiem demokracji są parlamenty, które wyłaniają rządy, a niedemokratyczne instytucje wspólnotowe, czyli Komisja Europejska i Parlament Europejski, szarogęszą się i chcą być „superrządem” i „superparlamentem”. Koncepcja PiS to Unia przede wszystkim międzyrządowa. Z powodu ciężkiego ideologicznego zaczadzenia, „dobrej zmianie” umknął oczywisty fakt, że, owszem, instytucje wspólnotowe liczą się z układem sił w Unii, ale kto się nie liczy; istotne z polskiego punktu widzenia jest to, że przewagę, którą mają państwa najsilniejsze nad słabszymi, instytucje wspólnotowe modyfikują i osłabiają, choć oczywiście jej nie niwelują.

Kwestię demokracji w Unii pan minister połączył z odrzuceniem protekcjonizmu, którego przykładem jest wspomniana już dyrektywa o pracownikach delegowanych. „Głupi niedźwiedziu, gdybyś w mateczniku siedział, nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział”. Bo z tą dyrektywą to było w skrócie tak. Komisja Europejska zgłosiła projekt, który wprowadzał 24-miesięczny okres delegowania, po którym płace pracowników delegowanych miały zrównać się z płacami pracowników kraju przyjmującego. Parlamenty krajów naszego regionu uruchomiły procedurę „żółtej kartki”, ale Komisja ich zastrzeżenia odrzuciła.

szklanka pełna nawet w bardzo małej połowie jest lepsza od szklanki całkiem pustej

Jednakże projektowi Komisji sprzeciwiła się także Francja, żądając skrócenia okresu delegowania do 12 miesięcy. Prezydent Macron w negocjacjach pominął Polskę i Węgry, a pozostałym krajom naszego regionu obiecał różne bonusy. W rezultacie w październiku 2017 na Radzie przyjęto – przy sprzeciwie Polski, Węgier, Litwy i Łotwy, a wstrzymaniu się od głosu Wlk. Brytanii, Irlandii i Chorwacji – rozwiązanie bliskie postulatowi francuskiemu – zasadniczo 12-miesięczny okres delegowania przy możliwości przedłużenia go na „uzasadniony wniosek” przedsiębiorcy o 6 miesięcy. Na dzień przed wygłoszeniem przez Jacka Czaputowicza exposé w ramach dialogu międzyinstytucjonalnego, Rada i Parlament zawarły porozumienie akceptujące powyższe rozwiązanie.

Komisja (instytucja wspólnotowa) przedłożyła projekt, który nas mocno przycisnął do ściany. Rada (instytucja międzyrządowa) ten projekt wyostrzyła i  rozsmarowała nas na ścianie. Takiej Unii międzyrządowej chcemy?

Tyle o szklance do połowy pustej. Nie zamierzam zastanawiać się nad tym, która połowa jest większa, a która mniejsza: ta pełna, czy ta pusta. Niezależnie jak kto to ocenia, wiem jedno: szklanka pełna nawet w bardzo małej połowie jest lepsza od szklanki całkiem pustej. Bo z pustego to i Salomon nie naleje. Wystąpienie ministra Czaputowicza przyjmuję zatem z umiarkowanym uznaniem.

Współpracownik „Nowej Konfederacji”, polityk i publicysta, od 27 kwietnia 2007 do 4 listopada 2007 r. marszałek Sejmu, w latach 2005–2007 wicepremier oraz minister spraw wewnętrznych i administracji w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, były członek Rady Bezpieczeństwa Narodowego, od 1997 r. poseł na Sejm III, IV, V, VI i VII kadencji.

Komentarze

6 odpowiedzi na “Szklanka napełniona do połowy”

  1. Polak pisze:

    Bądźmy posłuszni to może się zlitują – ideologia Pana Dorna.

  2. Irek pisze:

    do Polak: jak się nie zlitują to wyślemy Grom, albo obronę terytorialną. Wyżej d… nie podskoczysz panie Polak

  3. Realista pisze:

    Czyli co, Panie Dorn? Na kolanka przed Niemcami? Przykro mi, ale taka Polska za dwie dekady zniknie z mapy i nawet tego nie zauważy. Gazeta Wyborcza ogłosi, że przejęcie sterów przez Niemców to “wzmocnienie pozycji Polski” i tyle nas widzieli. Tego Pan chce?

  4. Pytajnik pisze:

    Dlaczego potomkowie funkcjonariuszy KPZU muszą się zawsze wysługiwać Niemcom?

  5. Polak pisze:

    A co oni wyślą nam tutaj, Panie Marzący o Byciu Niemcem?

  6. spisek pisze:

    Dorn zjadł szklankę i nawet kropli wody nie rozlał. Wszystko by dla swoich panów wyśpiewał i wytańczył.
    Skrytykował, ale spodni nie poszarpał i kostek nie poobgryzał. Dla nowych ministrów Unii Wolności tylko to, co najlepsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz