Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Syria – wojna, którą przegrywają wszyscy

Syria była wielkim finałem i wielką katastrofą Arabskiej Wiosny. Po tej wiośnie nie było już lata, a od razu przyszły jesień i zima. Jaki jest dotychczasowy bilans konfliktu w tym kraju?

O wojnie w Syrii słyszymy coraz rzadziej, bo i ciszej rozbrzmiewają jej złowrogie pomruki, i trwa już tak długo, że dziennikarze i politycy zdążyli się do niej przyzwyczaić. Przestała interesować międzynarodową opinię publiczną, która od początku narzuciła ton wojennej narracji. Syryjska wojna domowa miała być podmuchem arabskiej wiosny, który przyniesie demokrację do kraju rządzonego od lat przez rodzinę Asadów. Tymczasem przyniosła pół miliona ofiar, miliony uchodźców i destabilizację regionu. Dziś trudno powiedzieć o zwycięstwie którejkolwiek ze stron zbrojnego sporu o Syrię i ich sojuszników, ponieważ tę wojnę przegrali prawie wszyscy. A konflikt pomimo likwidacji Państwa Islamskiego wciąż trwa.

Syryjscy chrześcijanie od lat szukają sposobów na poprawę swojego losu. Przetrwali pomimo burzliwej historii regionu i dominacji islamu

Przegrany numer jeden – syryjska opozycja

To syryjskiej opozycji przypięto łatkę obrońcy Syrii przed złym reżimem. Powstała Armia Wolnej Syrii, która miała toczyć bój o demokrację w tym bliskowschodnim państwie. W rezultacie okazała się bezsilna wobec religijnego fanatyzmu, który stał się cechą charakterystyczną tej wojny. W początkowej fazie konfliktu Zachód uznał opozycję za przedstawicieli nowej Syrii. Gmach odnowionego państwa miał zostać wzniesiony przez jej reprezentantów. Demokracja nie była jednak wystarczająco mocnym hasłem spajającym przeciwników władzy Asadów. Wkrótce po przekształceniu się fali protestów w wojnę stało się jasne, że podziały na linii syryjskiego frontu przebiegając coraz częściej wzdłuż etnicznych i religijnych granic, dzielących syryjskie społeczeństwo. A to, chociaż wrzucane do jednego worka przez Zachód, opatrzonego adnotacją „Arabowie” wcale nie było aż tak arabskie.

Pierwsze doniesienia medialne nadawały oporowi wobec Asadów charakter rewolty w słusznej sprawie. Byli zwolennicy reżimu i syryjscy bojownicy o demokrację. Ten podział był zbyt uproszczony, a media poszły jak zawsze na skróty. Jednak o ile w Tunezji udałoby się nakreślić ten podział łatwiej, to w podzielonej religijnie i wyznaniowo Syrii, taki zabieg stał w sprzeczności z faktami. Władzę w tym kraju od lat 70. sprawuje rodzina Asadów, która wyznaje alawizm, nurt przypisywany islamowi, a jednak traktowany jako odstępczy przez sunnitów. Alawici, stanowiący około 11 procent mieszkańców Syrii – żyli przez wieki na marginesie bliskowschodniego społeczeństwa. Dopiero wraz z pojawieniem się Francuzów jako sprawujących mandat nad Syrią w imieniu Ligi Narodów, wykorzystali swoją szansę garnąc się do tworzonych sił zbrojnych. Armia była drogą do awansu dla zmarginalizowanych alawitów, a sunnickie elity nie widziały sensu w wysyłaniu swoich synów do wojska. W ten sposób mniejszość alawicka torowała sobie drogę do władzy.

Tym co zjednoczyło przeciwników władzy klanu Asadów była zatem nienawiść. Z jednej strony jej spoiwem stało się dążenie do przejęcia steru rządów przez przedstawicieli sunnickiej większości – 74% Syryjczyków. Z drugiej antypatie, które wyrosły na gruncie wyznawanej wiary. Nienawiść nie jest jednak tym, co wystarczy w skutecznym przejęciu władzy. Jednak właściwą mieszanką, która doprowadziła do wybuchu wieloletniego konfliktu okazało się wkroczenie ugrupowań powiązanych z radykalnym islamem. To one dysponowały właściwą siłą. Na rzekomo monolitycznej bryle opozycji pojawiła się jeszcze jedna rysa, wynikająca z podziałów narodowościowych i etnicznych. Do głosu doszli bowiem syryjscy Kurdowie, którzy nie marzyli o życiu w granicach nowej Syrii wolnej od kontroli Asadów, ale o własnym państwie i integracji z rodakami z Iraku i Turcji. Ruch kurdyjski jeszcze bardziej podzielił przeciwników urzędujących władz w Damaszku, a z czasem doprowadził do wojny wewnątrz opozycji. Wizja zjednoczonego frontu oporu przeciwko Asadom rozpadła się na kawałki, które przestały do siebie pasować.

O ile pierwsze doniesienia mówiły o udziale różnych społeczności, również alawickich w buncie przeciwko Asadom, już wkrótce islamiści dali do zrozumienia, że dobry alawita jest martwym alawitą, a w szeregach przeciwników nie było za wiele miejsca dla „innowierców”. W przejmujący sposób opisała to syryjska dziennikarka, alawitka, Samar Yazbek, w swoim reportażu „Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii”. Pomimo alawickiej tożsamości znalazła się wśród krytyków Asadów, przez co musiała uciekać ze swojego kraju. Wkrótce wróciła do Syrii ogarniętej wojną, na tereny opanowane przez rebeliantów. Wśród wrogów Asadów nie wystarczyło już być przeciwnikiem znienawidzonej władzy. Należało być sunnitą, a przyznanie się do swojej alawickości oznaczało wyrok śmierci. Każdy alawita był zły i nie liczyło się jego krytyczne nastawienie do rodaków rządzących w Damaszku.

Wspomniana nienawiść była początkiem końca opozycji. Klęską, której beneficjantami stało się między innymi Państwo Islamskie i syryjscy Kurdowie. Ci ostatni postanowili przejąć kontrolę nad północno-wschodnią częścią Syrii. I już w tym roku stali się pogromcami ostatniego bastionu Państwa Islamskiego w Syrii, doprowadzając do jego fizycznej likwidacji.

Przegrali chrześcijanie

O ile Kurdowie mogli liczyć na wsparcie swoich rodaków, tworzących dziś dużą społeczność i przychylność części opinii publicznej, na taką pomoc nie doczekali się syryjscy chrześcijanie rozproszeni wśród różnych Kościołów, które swoimi dziejami sięgają pierwszych wieków po narodzeniu Chrystusa. Kościół rzymskokatolicki wraz z pozostającymi w unii z Rzymem Kościołami nie stanowi aż tak licznej wspólnoty. Kluczową rolę w dziejach syryjskiego chrześcijaństwa odegrały przede wszystkim Kościoły wschodnie.  Bardzo starą społeczność tworzą asyryjscy chrześcijanie, którzy w Syrii znaleźli schronienie przed pogromami w Turcji osmańskiej i Iraku, dokonanymi za przyzwoleniem Turków, rękami Kurdów. Tego do dziś nie mogą zapomnieć Asyryjczycy, których na syryjskiej ziemi pozostało niewielu. Od kilku dekad opuszczali państwo syryjskie, osiedlając się w różnych krajach Zachodu. Jednak ostateczny cios zadała im wojna domowa w Syrii, która wciąż trwa. Prześladowania ze strony Państwa Islamskiego doprowadziły do wyludnienia wielu asyryjskich osiedli. Z drugiej strony kurdyjscy rebelianci, którzy dziś liczebnie przeważają nad chrześcijanami, podjęli próby „kurdyzacji” funkcjonującego programu nauczania. Przetłumaczono na język Asyryjczyków kurdyjskie podręczniki, nakazując ich używanie w asyryjskich szkołach prywatnych w Kamiszli, jak i w pozostałych placówkach w tym mieście, położonym tuż przy granicy z Turcją.

Zachodnie media dołożyły swoje, kiedy na początku wykreowały jednostronny obraz konfliktu, wykazując się nieznajomością kontekstu w jakim rodziła się syryjska wojna domowa

Syryjscy chrześcijanie od lat szukają sposobów na poprawę swojego losu. Przetrwali pomimo burzliwej historii regionu i dominacji islamu. Wielu z nich wybrało życie na emigracji, jeszcze zanim wybuchła wojna. Jednak i w samej Syrii, wciąż, jako wyznawcy Chrystusa, należący do różnych Kościołów, zaznaczali swoją obecność. Alawici, stanowiący mniejszość, stali się w obliczu zagrożenia radykalnym islamem syryjskich rebeliantów, jedynymi sojusznikami. Chrześcijanie, którzy zostali w kraju ogarniętym wojną, nawiązali w większość sojusz z rozsądku, z rodziną Asadów. Im bardziej islamiści nadawali ton walce z reżimem Baszara Asada, tym silniejszy stawał się wspólny front obrony, w którym obok alawitów i chrześcijan, znalazły się i inne mniejszości, w tym szyici.

Wojna była jednak ostatecznym sygnałem do ucieczki. Kto mógł i miał możliwości opuszczał Syrię i po znalezieniu nowego domu starał się o sprowadzenia swojej rodziny. W ten sposób pustoszały kolejne domy i osiedla chrześcijańskie. Część chrześcijan nie miała takiej sposobności, pozostając w ogarniętym krwawym konfliktem państwie. Syria, która wyłoni się z gruzów wciąż toczonej wojny będzie krajem ubogim kulturowo i religijnie. Z dawnej mozaiki etniczno-wyznaniowej, pozostaną rozrzucone fragmenty.

Niektóre miasteczka zamieszkane w większości przez chrześcijan wciąż trwają. Tak dzieje się w Skelbije, miejscu, które bardzo dobrze poznałem jeszcze przed syryjską wojną. Osada położona w sąsiedztwie starożytnej Apamei założonej przez greckich Seleucydów, do dziś stanowi symbol oporu chrześcijan. Skelbije znalazła się na linii frontu. W czasie największych militarnych sukcesów rebelianci zbliżyli się do jej zabudowań, kierując ogień i wyprowadzając ataki z rejonu dawnej Apamei. Mieszkańcy Skelbije stanęli w obronie swoich domów, wspierając tym samym siły rządowe. W chwili pisania tego tekstu, pomimo odsunięcia na północ linii frontu w ramach trwającej ofensywy sił rządowych, na Skelbije wciąż spadały rakiety. 13 maja zginęło sześć osób, wśród nich czworo dzieci.

Przegrany Zachód

Zachód, rozumiany jako kraje Unii Europejskiej i Stany Zjednoczone, jest kolejnym wielkim przegranym. Zaprzepaścił szansę na odegranie roli skutecznego mediatora, ale i na zdyscyplinowanie bliskowschodnich państw Półwyspu Arabskiego, które wyraźnie sympatyzowały z przeciwnikami Asadów. Niespójna polityka i kategoryczne odcięcie się od kontaktów z syryjskim reżimem, nie pomogło w wykreowaniu warunków do prawdziwych negocjacji. Podejmowane próby były chaotyczne i bez szans na powodzenia, a ich skuteczność była taka sama, jak wsparcie wojsk Wolnej Armii Syrii. Nikt nie był w stanie skontrolować do kogo trafiły dostawy broni, a aktywność armii państw zachodnich została znacznie ograniczona. Zachód, a szczególnie antyasadowsko nastawione Stany Zjednoczone, przeliczył się w swoich kalkulacjach. Opozycja nie była w stanie pokonać sił syryjskiego reżimu. Ostatecznie topornie prowadzona gra amerykańskiej dyplomacji we współpracy z jej sojusznikami na Bliskim Wschodzie i w Europie, doprowadziła do jeszcze większej destabilizacji.

Odnieść można wrażenie, że Zachód milczał również na samym początku społecznych protestów, które dały początek wojnie domowej. Coraz więcej głosów mówi, że owe manifestacje przeciwko Asadowi były równie spontaniczne, co wiece poparcia dla reżimu w czasach pokoju. Nikt dziś nie zaprzeczy udziałowi bogatych państw arabskich w rozniecanie konfliktu, który był im na rękę. Asad, pomimo że wzorem ojca, Hafeza Asada, musiał zabiegać o względy sunnitów, to był przede wszystkim alawitą i naturalnym sojusznikiem szyickiego Iranu. To Teheran przyszedł z odsieczą, kiedy władza Baszara Asada, syna Hafeza, znalazła się w całkowitym oblężeniu.

Jeśli stwierdzimy, że przetrwanie Asada u władzy należy uznać za sukces syryjskich władz, które przetrwały wojenne tsunami, to tak, ale będzie to pyrrusowe zwycięstwo

Zachodnie media dołożyły swoje, kiedy na początku wykreowały jednostronny obraz konfliktu, wykazując się nieznajomością kontekstu w jakim rodziła się syryjska wojna domowa. Z relacjonowania manifestacji przeniosły akcent na zbrodnie reżimu, zapominając, że okrucieństw dopuszczały się obie strony. Po obejrzeniu migawek w głównych serwisach informacyjnych miało się wrażenie, że jesteśmy świadkami wojny o demokrację. Czy ktokolwiek z dziennikarzy, przygotowujących wówczas serwisy informacyjne, zastanawiał się nad tym, co by było, gdyby opozycja przejęła władzę? I co oznaczałoby to dla mniejszości zamieszkujących Syrię?

Syria była wielkim finałem i wielką katastrofą arabskiej wiosny. Po tej wiośnie nie było już lata, a od razu przyszły po sobie jesień i zima. Szczególnie boleśnie odczuła te zmiany pór roku Syria. Kiedy rozmawiałem z tunezyjskimi znajomymi, tuż po spaleniu ambasady USA w Tunisie o arabską wiosnę i o ich opinię na temat syryjskiego konfliktu, bez wahania odparli, że w Damaszku będzie jeszcze trudniej, bo szykuje się tam wojna religijna. I tak się stało. W rezultacie zachodniej opinii publicznej pozostało jedynie oburzać się na zbrodnie dokonujące się w państwie syryjskim. Konflikt syryjski odczuła wkrótce Europa, która musiała odpowiedzieć sobie na pytanie co zrobić z kolejnym po Libii zdestabilizowanym państwem i jego mieszkańcami, szukającymi schronienia poza Bliskim Wschodem.

Turcji również nie wyszło

Władze w Ankarze nie ukrywają do dziś swoich sympatii względem przeciwników prezydenta Asada. Turcja nie może zapomnieć o swojej wielkości z czasów Imperium Osmańskiego, a i urzędujący prezydent jest dziś uznawany za odnowiciela dawnej wielkości państwa Turków. Nie dziwi zatem fakt, że północny sąsiad Syrii wciąż patrzył łapczywym wzrokiem na terytorium, które niegdyś znajdowało się pod władzą sułtana. Konfliktowe sytuacje z Damaszkiem zdarzały się i w przeszłości. Syryjscy włodarze nie zapomnieli oderwania sandżaku Aleksandretty, który Francja przekazała Turcji tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej oddając Antakię, czyli starożytną Antiochię, pod kontrolę Turków.

Kiedy nadeszły rządy Asadów, Ankara miała za złe wsparcie, jakiego udzielały syryjskie władze tureckim Kurdom z Partii Pracujących Kurdystanu. Już w XXI wieku tureckie władze wsparły syryjskich rebeliantów, w nadziei na osłabienie Syrii. Jednocześnie zaczęły interesować się losem ziem kontrolowanych przez syryjskich Kurdów, których pomagać już nie chciały, a wręcz przystąpiły do ataków na ich pozycje. Wynikało to z obaw o rozniecenie kolejnego ogniska kurdyjskiego buntu na terenie i tak niespokojnej południowo-wschodniej Turcji.

Syria jest dziś na wygnaniu. Syryjczycy wywędrowali w poszukiwaniu bezpiecznego azylu do innych krajów Bliskiego Wschodu, do Europy, Ameryki i Australii

Dziś rebelianci wspierani przez Turcję pozostają w ostatnich punktach oporu, wokół Idlibu i na północ od Hamy. Ankara nie przewidziała, podobnie jak Zachód, że Asad przetrwa wojnę, chociaż nie byłoby to możliwe bez wsparcia jego reżimu ze strony Rosji i Iranu. Niepewny jest również los ziem kontrolowanych przez kurdyjskie Powszechne Jednostki Ochrony, które gwarantują jego autonomię w ramach nowego tworu, nazywanego Autonomiczną Administracją Północnej i Wschodniej Syrii. Nikt dziś nie wie, na ile ten obszar Syrii, gdzie znajdują się roponośne pola, położony na wschód od linii Eufratu, wróci pod kontrolę Damaszku. A jeśli tak się nie stanie, to co wtedy zrobią Turcy? Pozwolą na jego funkcjonowanie? Wiele będzie zależeć od postawy Amerykanów. To amerykańscy żołnierze zostali wysłani na terytorium kontrolowane przez Kurdów, którym pomogli w ofensywie przeciwko siłom Państwa Islamskiego. Jednak prezydent USA, Donald Trump, zadeklarował pod koniec ubiegłego roku wycofanie i tak skromnych sił Stanów Zjednoczonych z Syrii.

Pyrrusowe zwycięstwo Asadów i Rosji

Czy na tej wojnie są już zwycięzcy? Jeśli stwierdzimy, że przetrwanie Asada u władzy należy uznać za sukces syryjskich władz, które przetrwały wojenne tsunami, to tak, ale będzie to pyrrusowe zwycięstwo. Ofiary jakie poniosły wszystkie strony konfliktu pozostaną głęboką raną, która nie pomoże w pojednaniu mieszkańców Syrii. Pomimo oficjalnej propagandy, która za pośrednictwem stron Syryjskiej Agencji Informacyjnej zapewnia o przygotowaniu na otwarcie dla zwiedzających kolejnych atrakcji turystycznych, normalność nie wróci do tego kraju. Za dużo krwi przelanej w wojnie, za wiele zniszczeń. Syria, jaką znałem nie będzie już tym samym krajem.

Pyrrusowym zwycięstwem, ale strategicznie ważnym, jest utrzymanie, a nawet wzmocnienie bliskowschodniego przyczółku Rosji. Pyrrusowym, bo kosztowało wiele ludzkich ofiar, które pochłonęły i wciąż pochłaniają działania wojenne. Strategicznie ważnym, bo Kremlowi udało się utrzymać u władzy swojego wiernego sojusznika od czasów ZSRR. W zamian Moskwa wzmocni swoją wojskową obecność w regionie. To z kolei sprawi, że Asad będzie lojalny wobec Rosji i musi mówić jej głosem. Zawdzięcza Władimirowi Putinowi nie tylko władzę, ale i życie. To Rosjanie stawali w obronie Asada nie tylko na linii frontu, ale co najważniejsze na międzynarodowym forum, chroniąc przywódcę Syrii przed upadkiem. To rosyjska armia i jej wsparcie przechyliły szalę wątpliwego zwycięstwa na stronę alawickiego prezydenta.

Rosja już w czasach carskich miała aspiracje do opieki nad Bliskim Wschodem. W czasach Imperium Osmańskiego, od XIX wieku, przyjęła rolę protektora prawosławnych chrześcijan z tego regionu. Nie bez znaczenia pozostawały rosyjskie plany zajęcia dawnego Bizancjum, którego spadkobiercami czuła się moskiewska cerkiew. Ich wdrożenie przerwała rewolucja, ale dziś Putin może odwołać się do tej tradycji. Tym bardziej, że jest postrzegany przez część syryjskich chrześcijan, jako obrońca przed islamistami.

Syria na wygnaniu

Nie wiemy, jak długo potrwa jeszcze konflikt i scalanie rozbitego państwa. Nie możemy nawet przewidzieć, czy uda się ten proces doprowadzić do końca, biorąc pod uwagę aspiracje Kurdów z Syrii. Chociaż i w tym przypadku może dojść do kolejnej wolty i po wypchnięciu przeciwników Asada, wspieranych wciąż przez Turcję, Ankara dogada się z Damaszkiem, aby uniknąć powstania niezależnego państwa kurdyjskiego w Syrii. A to będzie możliwe dopiero po przywróceniu obszarów kurdyjskiej autonomii pod zarząd syryjskich władz. Asad i tak wychodzi z konfliktu uzależniony od Rosji i dopóki Kreml będzie wspierał jego reżim, Turcja nie podniesie na niego ręki. Tym bardziej nie zrobi tego, w sytuacji przystąpienia do pacyfikacji syryjskich Kurdów.

Destabilizacja Syrii była zresztą na rękę tureckich władz, nie tylko ze względu na wiarę w zwycięstwo antyasadowskiej rebelii. Destabilizacja wywołania wędrówką uchodźców stała się narzędziem w negocjacjach z Unią Europejską, która nie radziła sobie z nieszczelnymi granicami. W zamian za finansowe wsparcie Europa kupiła sobie prawo odsyłania uchodźców do Turcji, jeśli ci dotarli na jedną z greckich wysp. Turecki prezydent, Recep Erdoğan, znajduje się dziś w komfortowej sytuacji i ma klucze do legalizacji swojego autokratycznego stylu sprawowania władzy.

Nie zmienia to faktu, że Syria jest dziś na wygnaniu. Syryjczycy wywędrowali w poszukiwaniu bezpiecznego azylu do innych krajów Bliskiego Wschodu, do Europy, Ameryki i Australii. Większość z nich nie będzie chciała wracać do państwa w ruinie, gdzie czeka ich niepewna przyszłość. I trwa wojna. Lepiej zostać tam, gdzie można pracować w spokoju, wychować swoje dzieci, niż wracać do kraju, który nie daje wielu perspektyw. Szczególnie boleśnie odczują to chrześcijanie, których udział procentowy w syryjskim społeczeństwie i tak topniał – zaledwie 8,9 procent według oficjalnych statystyk – a exodus ostatnich kilku lat, tylko ten proces przyspieszył. Tymczasem w Aleppo znów wybuchły bomby…

współpracownik NK, doktor nauk humanistycznych, z wykształcenia historyk, politolog i dziennikarz. Miłośnik przyrody i Wileńszczyzny. Obecnie wspiera działania Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze i prowadzi Magazyn Poświęcony Przyrodzie natropie.tv [1]. Zajmuje się również tematyką afrykańską i interesuje bliskowschodnią, w kontekście niemuzułmańskich społeczności Bliskiego Wschodu.

Komentarze

4 odpowiedzi na “Syria – wojna, którą przegrywają wszyscy”

  1. dziwak1 pisze:

    Sukces odniosla Syria, pewnie Rosja też. Tak to jest w naszych mediach, że jeśli Rosja odnosi jakiś sukces, to natychmiast należy pisać , że jest nie sukces a kleska. Śmieszne są te zamawiane próby, widoczne z pierwszych słów tekstu.
    Oczywiscie , w Syrii nie ma bezpieczństwa militarnego i społecznego, ale cóż w tym dziwnego, po takiej wojnie.
    Czy w Iraku, Afganistanie, Libii jest lepiej?
    Nawet na Ukrainie, Majdan spowodował upadek kraju.

  2. fomaamof pisze:

    klawisz “drukuj” nie działa 🙁 poprawcie to plissssss

  3. masatur pisze:

    Wreszcie, ktoś zdobył się na rzetelną analizę toczącej się od ponad ośmiu lat krwawej wojny. Chwała autorowi za dobrą znajomość bliskowschodnich realiów, za bezstronniczość i trafną ocenę. Bliskim Wschód miałby być powtórką Jugosławii – nastawienie wszystkich przeciwko wszystkim. Ciekaw jestem, dokąd wrócą tysiące rodzin dżihadystów – Turkmenów, Czeczenów, Azerów, Ujgurów i innych, którzy usadowili się w północno-zachodniej Syrii, wyrugując mieszkańców. Bastiony tych “nielegalnych imigrantów” są ostatnio odbijane, jeden za drugim. Dziękuję autorowi także za to, że wspomniał dramat Asyryjczyków, o których polska prasa prawie nic nie pisze, pomimo że nazwa “Syria” od ich nazwy się wzięła, a językiem, którym mówią, był kiedyś językiem całej Syrii, w czasie, kiedy nikt o Kurdach nie słyszał, a Arabowie żyli daleko na południu. Widać, że nowe fale przybyszów-nachodźców są godni uwagi i troski bardziej niż rdzenna ludność. To obserwujemy dziś także w Europie.

  4. Buridan pisze:

    Świetny, rzetelny i obiektywny artykuł. Powiew świeżości w polskiej prasie piszącej o Syrii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz