Newsletter

Strategia Rozwoju Demograficznego potrzebna od zaraz

Przyszła podmiotowość państw w Europie zależy w dużej mierze od demografii. Dlatego starzenie się i spadek liczby ludności to zagrożenie dla żywotnych interesów Polski

Halford Mackinder, ikona światowej geopolityki, stwierdził, że siła państwa zależy od dwóch czynników: geografii oraz populacji – jej liczebności, wyposażenia, organizacji i woli. Unikatowa dla każdego kraju mieszanka tych czynników decyduje o gospodarce i sile wojskowej, najczęściej postrzeganych jako miara potęgi. Stawka gry demograficznej jest zatem większa niż tylko dobrostan ludności. Tymczasem o ile w roku 2016 ludność Polski wg GUS wyniosła 38,4 mln, to w roku 2100 wg ONZ wyniesie 21,2 mln – i to w wariancie optymistycznym (pewnego wzrostu dzietności). Jeśli nic się nie zmieni, u progu XXII wieku nad Wisłą będzie mieszkało jedynie 13,7 mln Polaków. Żaden z potężnych krajów europejskich nie traci ludności tak szybko. Czy można coś zrobić, by Polska miała szansę na inną przyszłość?

Dirk van de Kaa i Ron Lesthaeghe, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego dzietność w krajach Zachodu od lat 70-tych spadła poniżej zastępowalności pokoleń, wskazali na zasadniczą zmianę, jaka nastąpiła w systemie wartości

Aktualnie stosowane w Polsce środki prodemograficzne, takie jak polityka prorodzinna czy chaotyczne przyjmowanie ukraińskich migrantów, są doraźne, fragmentaryczne i zbyt słabe w oddziaływaniu, więc same nie rokują szans na istotne zmiany. Potrzebne jest kompleksowe podejście strategiczne i istotna zmiana sposobu myślenia, pozwalająca widzieć głębiej, szerzej i dalej. Celem powinno być odbudowanie piramidy demograficznej – zdrowej struktury wieku populacji, w której właściwie liczebnie osoby w wieku produkcyjnym z łatwością utrzymują roczniki emerytów oraz dzieci, a rosnąca populacja zmieni proporcje siły na korzyść Polski.

Aby osiągnąć ten cel, fundamentem jest wzrost dzietności – z czasem przekraczający 2,1 dziecka na kobietę, czyli współczynnik zastępowalności pokoleń. W okresie przejściowym i dla skompensowania braków w rocznikach, które już się urodziły, wskazane jest przyjęcie migrantów o odpowiednich kwalifikacjach i profilu kulturowym.

Polityka prorodzinna nie wystarczy

W Polsce idealna liczba dzieci wynosi blisko 2,3, ale dzietność w roku 2016 wyniosła wg GUS zaledwie 1,36. Zjawisko występowania tej luki leży u podstaw założeń polityki prorodzinnej, która polega na znoszeniu barier – ułatwianiu potencjalnym rodzicom osiągania deklarowanej idealnej liczby dzieci. Jednak luka między ideałami i rzeczywistą dzietnością jest w Europie zjawiskiem trwałym i powszechnym. Brak jej zamknięcia zakładają także GUS, ONZ i innych ośrodki, jednogłośnie dla Polski przewidując spadki liczby ludności. Zatem polityka prorodzinna może nie wystarczyć. Może być potrzeba konkretnych zachęt, by rodzice chcieli mieć więcej dzieci niż chcą obecnie.

Polityka prorodzinna obejmująca m.in. zwiększanie dostępności przedszkoli, żłobków, zapewnianie płatnych urlopów, ulg podatkowych, zasiłków czy dostępności tanich mieszkań ma pewien wpływ na wzrost dzietności. Holenderski demograf Dirk van de Kaa wskazuje jednak na występowanie takich polityk, które na populację wpływają bez intencji decydentów. W Polsce wskazać można np. umowy cywilnoprawne zmniejszające poczucie bezpieczeństwa matek, wejście do strefy Schengen, ułatwiające migrację, czy zaniedbania w reformach uczelni, powodujące drenaż mózgów najbardziej utalentowanych młodych Polaków i osłabienie potencjału krajowego kapitału ludzkiego. Dla osiągnięcia sukcesu konieczna jest zatem identyfikacja takich polityk, ich modyfikacja lub kompensacja.

Migranci mogą mieć wyraźnie pozytywny wpływ na rozwój kraju pod jednym, istotnym warunkiem: będą to odpowiedni migranci

Ale to nie wszystko. Zachęt dla posiadania dzieci szukać należy w czynnikach ekonomicznych i kulturalnych. Gary Becker, noblista w dziedzinie ekonomii, zwracał uwagę, że dzietności w czasach przednowoczesnych sprzyjały materialne korzyści, jakie rodzice czerpali z licznego potomstwa. To się zmieniło wraz ze wzrostem kosztów wychowania związanych z m.in. edukacją, czy z wprowadzeniem emerytur repartycyjnych, uniezależniających od dzieci na starość. Tymczasem czynniki ekonomiczne jako stymulatory ludzkich działań pozostają ważne, dziś, w czasach kultury konsumpcyjnej, być może ważniejsze niż kiedykolwiek. Posiadanie dzieci powinno zatem wiązać się z konkretną korzyścią ekonomiczną. Tematem, na który należy zwrócić szczególną uwagę, jest zabezpieczenie na starość. W obecnym systemie emerytalnym kryje się istotny paradoks: jego egzystencja zależy od wpłat składek pokolenia dzieci aktualnych emerytów, ale nie wiąże on wysokości świadczeń z liczbą i zdolnością finansową własnych dzieci. Wprost przeciwnie, zachęca on wszystkich do przyjęcia – jak pisze Cigno – pozycji „pasażera na gapę”, uzależniając emeryturę od wysokości składek i długości okresów składkowych, a zatem wprowadzając konkurencję między czasem pracy zawodowej a wychowaniem dzieci. Odpowiadając na ten problem, jak postuluje m.in. Hans-Werner Sinn, system emerytalny mógłby opierać się na trzech filarach: mógłby w istotnym stopniu wiązać wysokość świadczeń z liczbą własnych dzieci i wnuków oraz z wysokością płaconych przez nie podatków i składek. Te ostatnie są bezpośrednio zależne od wysokości dochodów, a pośrednio od poziomu wykształcenia, co zabezpiecza zaangażowanie rodziców w proces wychowawczy. Uzupełniająco powinien brać pod uwagę wysokość składek własnych i małżonka oraz zgromadzone oszczędności, a także uwzględniać sytuacje obiektywnej niemożności posiadania potomstwa.

Nowy paradygmat – dzieci są OK!

Ważnym aspektem jest także kultura. Dirk van de Kaa i Ron Lesthaeghe, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego dzietność w krajach Zachodu od lat 70. spadła poniżej zastępowalności pokoleń, wskazali na zasadniczą zmianę, jaka nastąpiła w systemie wartości. Wzrost dążenia do samorealizacji, indywidualizm, zanik norm rodzinnych, wspólnotowych i religijnych, doprowadziły do spadku powszechności małżeństw, zwiększenia liczby rozwodów, wzrostu akceptacji dla małodzietności i bezdzietności. Tymczasem stabilne małżeństwa cechują się najwyższą dzietnością, podobnie jak osoby o silnej tożsamości religijnej. Zatem cechy stylu życia społeczeństwa ponowoczesnego – indywidualizm i sekularyzm – okazują się istotną barierą dla wzrostu dzietności. Polityki nakierowane na te obszary wymagają jednak starannego przemyślenia i dialogu, ponieważ dotykają fundamentalnego dla europejskiej cywilizacji zagadnienia wolności sumienia. Jednocześnie wnioski sugerują wzmocnienie małżeństwa i upowszechnianie pozytywnego obrazu rodziny kilkudzietnej.

W dyskusji o dzietności i związanymi z nią okresami przerw w pracy zawodowej matek pojawia się często zastrzeżenie ryzyka dla utrzymania aktywności zawodowej kobiet i dla związanego z nią wzrostu gospodarczego. W krótkim okresie to prawda. Z perspektywy dziesięcioleci jednak obraz jest inny. Brak odpowiedniej liczebności kolejnych roczników nie tylko oznacza zanik populacji, ale również prowadzi do spadku innowacyjności, zmniejszenia siły nabywczej populacji i ostatecznie sekularnej recesji gospodarczej. Podobnie jak w firmach: jeśli brak inwestycji, to w krótkim okresie można pochwalić się wyższymi zyskami, ale po pewnym okresie konsekwencje niedoinwestowania uderzą ze zdwojoną siłą. Należy zatem rozważyć modyfikację percepcji społecznej, w której wycofanie się części kobiet z rynku pracy w związku z wychowywaniem kilkorga dzieci może być traktowane jako inwestycja całego społeczeństwa w długoterminowy rozwój.

Migracje z Afryki to gorący temat ze względu na wiele różnic i ryzyk związanych z integracją

Ten wybór matek powinien znaleźć społeczną akceptację. Taka percepcja wyszłaby zresztą naprzeciw oczekiwaniom samych kobiet: zgodnie z wynikami badań w zakresie teorii preferencji Catherine Hakim, w społeczeństwach rozwiniętych 10% do 30% kobiet wolałoby mieć możliwość poświęcenia się wyłącznie pracom domowym. Kobieta jednak nie może być pozostawiona sama sobie. Wyniki badań Famwell nad przyczynami przeobrażeń modelu rodziny w Polsce sygnalizują, że większą skłonność do urodzenia dzieci mają kobiety zadowolone z funkcjonowania związku z ich ojcem. Sposobu postrzegania dzietności czy dbałości o dobre relacje w związku nie da się narzucić. Nie może to być też furtka dla inżynierii społecznej. Jednak istnieje wiele miękkich narzędzi, którymi można wpływać na te kwestie, a polityki w zakresie edukacji i wychowania powinny uwzględnić ten aspekt.

Rozgośćcie się! Ale nie wszyscy

Migranci mogą mieć wyraźnie pozytywny wpływ na rozwój kraju pod jednym, istotnym warunkiem: będą to odpowiedni migranci. Wskazać można kilka kryteriów dopasowania. Pierwszym jest wiek. Polska cierpi na niedobór specyficznych roczników – tych z roku 1990 i późniejszych, których urodziło się zbyt mało, by gospodarka mogła uniknąć niedoborów pracowników, i by począwszy od lat 40-tych XXI wieku utrzymać na godnej emeryturze pokolenie wyżu przełomu lat 70-tych i 80-tych. Skala jest duża. Wg badań BCG już w 2030 w Polsce od 10% aż do 24% miejsc pracy pozostanie nieobsadzonych. Tę lukę należy zasypać w pierwszej kolejności. Drugim kryterium zatem jest zdolność do wejścia na rynek pracy, i to we wszystkich zawodach. Prace fizyczne, budowlane, opieka nad dziećmi czy starszymi, o których mówi się najczęściej, to zdecydowanie za mało. Polska już zaczyna cierpieć na niedobory w niemal wszystkich profesjach, także tych o najwyższej produktywności, jak informatycy czy menedżerowie. Nie da się ich wykonywać bez odpowiednich kwalifikacji i znajomości języka, więc te kwalifikacje imigranci muszą posiadać. Trzecim kryterium jest cel. Dla zapewnienia trwałego rozwoju piramidy demograficznej, najważniejsze jest wspieranie migracji osiedleńczych, na stałe, by przyjezdni tu rodzili i wychowywali dzieci. Czwartym kryterium wreszcie jest łatwość integracji. Dla stabilności kraju konieczne jest zapewnienie wspólnoty losu, czyli sytuacji, gdy w tych samych warunkach wszystkie grupy społeczne i etniczne w ten sam sposób korzystają – albo tak samo cierpią, co zapewnia spójność społeczną. Oznacza to zmniejszanie liczby barier i odmienności, które mogą być kryterium dla dyskryminacji przyjezdnych, co ponownie uwypukla znaczenie wykształcenia i języka, oraz zwiększa znaczenie zbliżonej kultury, religii, niekiedy nawet cech fizycznych.

Skąd pozyskiwać migrantów spełniających te kryteria? Wskazać można trzy grupy krajów, które tworzą swego rodzaju hierarchię. Przede wszystkim są to Ukraina, Rosja, Białoruś i Gruzja, których ludność jest najbardziej zbliżona pod względem wykształcenia, kultury i języka. Zaskakiwać może obecność w tym zestawieniu Rosji, biorąc pod uwagę wzajemnie napięte relacje z RP. Rozróżnić jednak należy wyraźnie między polityką rządu a zwykłymi Rosjanami, zwykle biernymi politycznie. W tych krajach łączna liczebność młodych ludzi w wieku zdolności do migracji to ponad 60 milionów.

W drugim rzędzie wskazać można na kraje Ameryki Południowej i Filipiny, które stać się mogą źródłem migracji selektywnej osób o wysokich kompetencjach. Podobnie postrzegać można mniejszości niektórych krajów w Azji, o ile jednocześnie są dobrze wykształcone oraz mają związek z europejską kulturą, np. poprzez wyznawanie chrześcijaństwa.

Nie ma czasu na mrzonki

Trzecią grupą są kraje afrykańskie. Migracje z Afryki to gorący temat ze względu na wiele różnic i ryzyk związanych z integracją. Wbrew popularnym obawom migracje z Afryki nie muszą oznaczać automatycznej islamizacji. Obok muzułmanów w Afryce mieszkają także chrześcijanie, których jest więcej i którzy są lepiej wykształceni, zatem jeśli już, to ta grupa powinna być adresatem polityk imigracyjnych. Afryka jest ważna z jeszcze innego powodu: wg projekcji ONZ do 2100 roku liczba ludności kontynentu wzrośnie z obecnego 1,2 do 4,5 miliarda. Afryka będzie wówczas miała 6 razy więcej ludności niż Europa. Zatem z wyzwaniem wzrostu ludności Afryki i presją migracyjną na Europę w nadchodzących dekadach i tak przyjdzie się zmierzyć, więc myślenie strategiczne o migracjach musi uwzględniać Afrykę.

Największe wyzwanie nie tkwi w stworzeniu strategii. Tkwi we wdrożeniu – w determinacji do jej realizacji przez dłuższy okres czasu, w trakcie wielu kadencji parlamentów i rządów

Jak zrealizować wcześniejsze postulaty unikając turbulencji? Pomóc powinna niewątpliwie koncentracja na osobach młodych, potencjalnych studentach i uczniach szkół średnich, mogących przejść przez te etapy edukacji w Polsce. Zwiększa to szanse integracji ze społeczeństwem i rynkiem pracy, rozwoju potrzebnych kompetencji, daje znajomości języka i kultury. Znaczenie ma więc poprawa poziomu edukacji zwiększająca atrakcyjność Polski, przygotowanie infrastrukturalne (akademiki, bursy) i mentalne. Polskie instytucje publiczne, uczelnie i szkoły średnie powinny przy tym aktywnie rekrutować młodzież za granicą na znacznie szerszą skalę, niż robi to obecnie wiele uczelni niepublicznych.

Największe wyzwanie nie tkwi w stworzeniu strategii. Tkwi w jej wdrożeniu – w determinacji do jej realizacji przez dłuższy okres czasu, w trakcie wielu kadencji parlamentów i rządów. Potrzebny jest odpowiedni dialog i konsensus polityczny, który to zapewni. Łatwo jest wpaść w pułapkę bułgarską. Bułgaria już w 2005 roku stworzyła strategię demograficzną, której meritum w istotnej części odpowiada na wyzwania tego kraju, ale pozostaje ona głównie na papierze. Tymczasem wizja bez wdrożenia jest mrzonką. Na mrzonki nie mamy już czasu.