Newsletter

Wunderkind i wojenna katastrofa

Paradoks Adolfa Bocheńskiego polega na tym, że mimo oryginalności i samodzielności myślenia, ulegał czarowi młodzieńczych lektur. Światowi, w którym nie było miejsca na szaleństwa nazizmu i komunizmu

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Adolf Bocheński był jednym z najwybitniejszych polskich pisarzy politycznych XX wieku. Błyskotliwym, oczytanym, piszącym w sposób zajmujący i pobudzający wyobraźnię. Był epigonem szkoły myślenia, które swoje źródła miała w XVIII wiecznej polityce Familii, potem w dyplomacji Hotelu Lambert i pismach XIX wiecznych konserwatystów. Inspirował i budził podziw wielu współczesnych nam publicystów i polityków. „Żywotność konserwatyzmu” Kazimierza Ujazdowskiego jest jednym z ważniejszych świadectw owego niezwykłego oddziaływania myśli Bocheńskiego. Wydana niedawno przez wydawnictwo Universitas książka Stanisława Mackiewicza „Wunderkind. Rzecz o Adolfie Bocheńskim” jest okazją by raz jeszcze wrócić do tej postaci. A także do pewnej sprawy, która pozostała w Trzeciej Rzeczypospolitej niedopowiedziana: do najgłębszych przesłanek polityki międzynarodowej, odsuwających od nas groźbę utraty bytu państwowego.

Ryszard Przybylski we wstępie do książki „Klasycyzm, czyli Prawdziwy koniec Królestwa Polskiego”. poświęconej kulturowemu kontekstowi upadku Pierwszej Rzeczypospolitej, wspomina postać Wacława Berenta, który pod koniec lat trzydziestych, przerażony nadciągającą, a niedostrzeganą przez współczesnych katastrofą, miał przestrzegać, iż „idzie chwila, która zgasi fałszywe blaski i na proch zetrze to, na czym oni budują ułudną potęgę Polski”. Ta katastrofa miała dotyczyć, jak się okazało, nie tylko końca marzeń o wielkości, nie tylko utraty znaczącej części terytorium, lecz także utraty niepodległości i wolności obywateli, a w latach wojny tragicznej śmierci wielu milionów obywateli Rzeczypospolitej. Takiej katastrofy politycy przewidywać nie mogli.

Nie przewidywali jej tym bardziej ludzie z pokolenia, dla którego pierwszymi przeżywanymi osobiście wydarzeniami historycznymi dorosłego życia było przywrócenie niepodległości i pokonanie armii sowieckiej pod Warszawą. Ktoś, kto marzył o polskiej defiladzie wojskowej w Berlinie lub Kijowie, tylko z największym trudem mógł uznać chroniczną niemal słabość swego narodu. Rozziew między snami o potędze a rzeczywistą pozycją Drugiej Rzeczypospolitej ujawniał nie tylko słabość rozumu politycznego, lecz także – ogólniej – słabość polskiej kultury. Brak świadomości własnej siły, wiedzy o sąsiadach – to braki wykraczające poza sferę analiz politycznych. Polska żyła mitem wielkości. Mit ten owocował też w przypadku wielu analiz lekceważeniem spraw o znaczeniu uniwersalnym, takich jak choćby totalitarny ustrój obu sąsiadów Polski.

Symptomatyczne były reakcje ówczesnych zwolenników programu mocarstwowości na aneksję Zaolzia. Na łamach „Myśli Polskiej” można było przeczytać, że „w ciągu ostatnich tygodni i dni cała Polska zdeklarowała się jako siła aktywna, jako moc o zdobywczych instynktach”. Instynkty te przejawiły się zdaniem redakcji w dążeniu do aneksji Śląska Zaolziańskiego, uzyskania wspólnej granicy z Węgrami. W następnym numerze stwierdzano z entuzjazmem: „Powstaje nowa Europa, przekreślająca Wersal jako system polityczny. Zasada, że granice nie są wieczne triumfuje. W przemianach, jakie się zaledwie zarysowały, a jakie idą w rozmiarach olbrzymich, rola Polski musi być twórcza”. To samo pismo w marca 1939 r. pisało: „Układ sił i podział bogactw świata domaga się silnej korektywy.

Symptomatyczne były reakcje ówczesnych zwolenników programu mocarstwowości na aneksję Zaolzia. Na łamach „Myśli Polskiej” można było przeczytać, że „w ciągu ostatnich tygodni i dni cała Polska zdeklarowała się jako siła aktywna, jako moc o zdobywczych instynktach”

W tym wypadku nie zadowolą nas żadne rozwiązania pośrednie i tymczasowe, żadne koncesje odsuwające, odraczające rozstrzygnięcia. (…) Polska w momencie zachwiania się równowagi europejskiej i nadwątlenia równowagi światowej, przywróciła i umocniła swą pozycję nad Niemnem, wróciła nad Olzę i dziś zwraca się ku Dunajowi. To nie jest przesada – Polska wraca nad Morze Czarne i Dunaj”.

 

Albo mocarstwowość – albo rozbiory

Trudno bez tego kontekstu zrozumieć istotę myśli samego Bocheńskiego, nie oceniając jej wyłącznie współczesną miarą. Wspólne dla młodego pokolenia prawicy było też przekonanie Adolfa Bocheńskiego wyrażone w pracy „Ustrój a racja stanu” „że Polska, jeśli nie zostanie mocarstwem i nie zepchnie z mocarstwowego stanowiska jednego z dwu potężnych sąsiadów, ulegnie nowym rozbiorom”. Jego analiza przykuła uwagę znanego już wówczas i cenionego publicysty konserwatywnego Stanisława Mackiewicza, który zareagował na jej pojawienie się entuzjastyczną recenzją: „Opierając się na historii i na psychologii tłumów, tłumaczy Bocheński, że polityka zagraniczna prowadzona zgodnie z opinią publiczną musi być zła” – pisał w omówieniu tej „genialnej książki” Cat. Ta książka, z którą Bocheński wchodzi do świata publicystyki i debaty publicznej, odsłania nie tylko jego talent, ale także samodzielność i dojrzałość myślenia”. Autor recenzji miał lat 32 i był redaktorem naczelnym wileńskiego dziennika „Słowo”. Autor książki skończył 19 rok życia. Był rok 1928. A tekst recenzji został przywołany we wspomnianej wyżej książce, zawierającej niedokończoną biografię Bocheńskiego pióra Mackiewicza oraz zbiór artykułów i korespondencji poświęconych Bocheńskiemu.

Warto sięgnąć jeszcze do drugiej recenzji, dotyczącej książki ważniejszej niż debiutancka. Jest to wydana w 1937 roku praca „Między Niemcami a Rosją” – napisana z dużą erudycją i fachowością. Jest jednak dzięki tej erudycji historycznej nieco anachroniczna. Traktuje bowiem przede wszystkim o takiej sztuce dyplomacji, jaka zrodziła się w państwie nowożytnym, trwała przez cały wiek XIX i przestała rządzić polityką zagraniczną po I wojnie światowej. Pod koniec lat trzydziestych XX wieku zostały z niej tylko żałosne szczątki. Tu zresztą poszukiwać należy źródeł porażek tej książki.

Jej podstawowym założeniem jest przekonanie o konieczności współpracy Polski z tym z dwóch wielkich sąsiadów, który jest bardziej agresywny, mniej chętny do zgody z drugim. Zgoda ta – dodajmy – jest zawsze dla Polski fatalna i stanowi negatywny punkt odniesienia dla polskiej polityki zagranicznej. W latach trzydziestych sąsiadem aktywniejszym i bardziej agresywnym były Niemcy. Bocheński przeciwstawiał się zatem ostro idei równej odległości od obu wielkich sąsiadów, twierdząc, że jest ona przeciwna podstawowemu celowi polityki polskiej, jakim jest trwałe osłabienie jednego z sąsiadów (w tym kontekście historycznym Rosji).

Bocheński proponuje, by politykę polską oprzeć na rewizjonizmie. Takim, który nie podejmuje jednak kwestii terytorialnych, ale dąży do praktycznej likwidacji – „relatywizacji”, jak pisze Bocheński – imperium sowieckiego. Do stworzenia nowych państw na polskiej granicy wschodniej – przede wszystkim niepodległej Ukrainy. W tym celu Polska musi związać się z Niemcami.

Bocheński przeciwstawiał się zatem ostro idei równej odległości od obu wielkich sąsiadów, twierdząc, że jest ona przeciwna podstawowemu celowi polityki polskiej, jakim jest trwałe osłabienie jednego z sąsiadów (w tym kontekście historycznym Rosji)

Także tą książką był Mackiewicz zachwycony. Pisał, iż trzeba ją „przede wszystkim adorować, chwalić, narzucać ją młodemu pokoleniu do czytania”. Zasadniczą formułę zaproponowaną przez Bocheńskiego rekonstruował jako przekonanie, że mocarstwową pozycję można uzyskać przez osłabienie – przede wszystkim podział państw sąsiednich. Jednak Mackiewicz przestrzegał, iż koncentrowanie się wyłącznie na relacjach bilateralnych jest błędem, że należy skupiać się raczej na tym, co określa jako „konstrukcję ogólnoeuropejską, pewną myśl, która w taki czy inny sposób przesądzała nie o stosunku Polski do sąsiadów, lecz o stosunku wszystkich państw europejskich do siebie nawzajem”.

Ta druga recenzja ukazała się w listopadzie 1937. Nie minęło pół roku, a Niemcy dokonali aneksji Austrii, rok później zajęli Sudety, a Polska – Zaolzie. Przed upływem dwóch lat nie było już niepodległej Rzeczypospolitej, a kontynent ogarnęła wojna. Porządek europejski, o jakim pisali Mackiewicz i Bocheński, legł w gruzach. System stosunków międzynarodowych, ukształtowany przez dyplomację mocarstw w XVIII i XIX wieku odszedł do przeszłości, podobnie jak powiązane z nim wyrafinowane kalkulacje.

 

Paradoksy geniusza

I właśnie „Wunderkind” – jeżeli sięgniemy do głównego tekstu niedokończonej książki Mackiewicza o Bocheńskim – to nade wszystko książka o tragicznym końcu. Końcu pewnej formacji społecznej i umysłowej, któremu postać autora „Między Niemcami a Rosją” dodaje jakiejś świetności, w oczach Mackiewicza i wielu osób zafascynowanych wojennym losem Bocheńskiego – nawet patosu. Ale nie zostawia miejsca na jakieś istotne – ważne dla następnych pokoleń – przekształcenie.

„Adzio był ‘wunderkindem’ zgoła wyjątkowym – pisze Mackiewicz. – Mając lat pięć, uczy się czytać jak wszystkie dzieci, ale uczy się czytać na dziele prof. Mariana Kukiela Dzieje oręża polskiego w epoce napoleońskiej i prędko umie tę książkę prawie na pamięć”. Mackiewicz chwilę potem zamienia się w specjalistę od wychowania i poucza post factum rodziców Bocheńskiego, pisząc, iż „jeżeli mdliło go od zwykłego elementarza czy Wiązania Helenki, należało mu raczej podsunąć Andersena”. To nie jest błahy komentarz, gdyż celem swojej pracy uczyni Mackiewicz próbę odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego pomimo wielkich talentów Bocheńskiemu „życie się w zasadzie nie udało”, „czy była winna temu Polska, czy też jego środowisko i jego ideologia”.

Owo przedwczesne dojrzewanie intelektualne Bocheńskiego jest – jak się wydaje – ważnym tropem w tych niedokończonych przecież, a zatem i nie posiadających puenty rozważaniach. Pisze zatem Mackiewicz, iż cechą szczególną wunderkindów jest to, iż „w dzieciństwie są dorosłymi, a gdy dorosną, zachowują całe mnóstwo cech i przyzwyczajeń dziecinnych. Poza tym przyzwyczajenie do samotności, nabyte w swym przemądrzałym dzieciństwie, także wyrabia pewien lęk w stosunku do kobiet”. Powoduje też, o czym Mackiewicz nie pisze, pewną niechęć do wyjścia poza świat książek, zwłaszcza poza świat ukształtowany przez lektury inicjacyjne. Wydaje się, że w przypadku Bocheńskiego są to wybitne opisy świata minionego lub w najlepszym wypadku mijającego. Świata XIX-wiecznej dyplomacji, społeczeństwa zachowującego dawną stratyfikację klasową, odzwierciedlającą dawne – i niezrozumiałe dla nowoczesnego świata – zasługi.

Pisze zatem Mackiewicz, iż cechą szczególną wunderkindów jest to, iż „w dzieciństwie są dorosłymi, a gdy dorosną, zachowują całe mnóstwo cech i przyzwyczajeń dziecinnych. Poza tym przyzwyczajenie do samotności, nabyte w swym przemądrzałym dzieciństwie, także wyrabia pewien lęk w stosunku do kobiet”

Widoczne to jest w załączonej w omawianym tomie korespondencji między Mackiewiczem a bliskimi Bocheńskiego oraz w listach osób znających Adolfa do braci Bocheńskich. Józef Czapski wspomina, iż Adolf Bocheński „miał bzika na tle kawalerów maltańskich. Narażał się coraz to na przykrości, bo na mundurze nie nosił Virtuti Militari, ale nosił wstążeczkę Kawalera Orderu Maltańskiego”. Inny towarzysz jego wojennych losów wspomina jego przekonanie, że „z tej wojny nie wypada wracać” i dodaje: „żył przeszłością, która była dla niego święta, tą świętością bez frazesu, niepojętą dla nas – ludzi przyszłości…”. Wielu innych świadków mówi o tym, że na wojnie Bocheński szukał śmierci. Znalazł ją pod Ankoną, 18 lipca 1944 roku.

 

Zwycięzca poprzednich wojen

Książka nie ma konkluzji sformułowanej przez Mackiewicza, wiele wątków pozostaje jedynie lekko zarysowanych, wszystko jest niedokończone i zawieszone. Ale dominuje nad tymi wszystkimi częściami tej dziwnej książki jakaś porażka. Niby wspaniały kres szkoły myślenia, której tradycja, zamiast rozpraszać się w pismach coraz mniej pojętnych antykwariuszy myśli, zyskuje autora, który nadaje jej znakomity wyraz. A zarazem podkreśla to jeszcze mocniej jej nieprzezwyciężalną anachroniczność.

lektura „Wunderkinda” skłania do postawienia pytań o naszą współczesną zdolność do rozważania czarnych scenariuszy

Dla myśli politycznej pozostaje zaś groźne memento, przestroga przed uleganiem wypracowanym nawykom myślenia, lekceważeniem tego, co wymyka się utartym kategoriom. Paradoks pisarstwa Bocheńskiego polega na tym, że mimo oryginalności i samodzielności myślenia, ulegał czarowi młodzieńczych lektur i kształtowanemu przez nie światowi wyobrażonemu. Światowi, w którym nie było miejsca na szaleństwa niemieckiego nazizmu i sowieckiego komunizmu.

Ale lektura „Wunderkinda” skłania do postawienia pytań o naszą współczesną zdolność do rozważania czarnych scenariuszy. Nie chodzi tu o uleganie im, o fatalistyczne prognozy, ale raczej o umiejętność brania pod uwagę nowych czynników technologicznych, ideologicznych, demograficznych, o koncentrowanie się na przewidywalnych zagrożeniach, a lekceważenie innych. Porażka Bocheńskiego nie polegała na brakach intelektu czy erudycji, ale niedostatku wyobraźni. Warto o tym pamiętać, gdy składamy hołd tej nietuzinkowej postaci.

 

Stanisław Cat Mackiewicz, Wunderkind. Rzecz o Adolfie Bocheńskim, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2017.