Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Start-upy: jak państwo zakłada się z rynkiem

Rynek venture capital nie widział w Polsce dużego potencjału, jeśli chodzi o technologiczne start-upy. Rząd – odwrotnie: chce zasilić sektor sterowanym przez państwo kapitałem w wysokości 2,8 mld zł. Kto ma rację?

Od dłuższego czasu toczą się spory o udział Polski w najnowszej fali wzrostu gospodarczego. Zwolennicy otwartych rynków i globalizacji argumentują, że Polska na arenie światowej odnosi sukcesy odpowiednie do swojego potencjału. Jednak co najmniej od dwóch lat dominują opinie przeciwne: krytycy zwracają uwagę na przeciętny produkt krajowego przemysłu, niewielką wartość dodaną eksportu, niską innowacyjność oraz pozycję podwykonawcy przodujących gospodarek Zachodu. Czołowymi wyrazicielami opisanego poglądu są dziś obóz rządzący – w tym nowy premier Mateusz Morawiecki, krytykujący w expose model „rozwoju zależnego” Polski – i sprzyjające mu media. W kręgach akademickich w te same tony uderza m.in. prof. Andrzej Karpiński.

Stałym motywem krytyki dotychczasowego modelu rozwoju jest zarzut nadmiernego uzależnienia się od kapitału zagranicznego. Wysocy rangą przedstawiciele Ministerstwa Rozwoju mówią o tym w sposób stonowany, ale już inni członkowie obozu władzy – w tym m.in. minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski w wywiadzie dla „Der Spiegel” – jednoznacznie określają obecność kapitału zagranicznego w Polsce jako szkodliwą. Niezależnie od używanych sformułowań panuje zgoda, że tzw. polski kapitał powstaje w bardzo wolnym tempie, czemu należy czynnie przeciwdziałać.

W opinii władzy odpowiedzią na bolączki polskiej gospodarki ma być model, który za hinduskim ekonomistą Raghuramem Rajanem moglibyśmy nazwać „kapitalizmem sterowanym”

Niska konkurencyjność polskich produktów w porównaniu z produktami zagranicy oraz brak inwestycji i innowacji prowadzą – to kolejny krok krytyki – do postępującej i niebezpiecznej dla długookresowego wzrostu deindustrializacji. W parze z taką opinią idzie przeświadczenie, że w przemyśle, który nad Wisłą przetrwał, wykonuje się jedynie proste prace, czego efektem są produkty o niskiej wartości dodanej. Innymi słowy ewolucja Polski w ostatnich dwóch lub trzech dekadach doprowadziła ją do roli – by użyć popularnego sformułowania – montowni Niemiec. Niemcy natomiast, symbolizujący tutaj rozwinięte i uprzemysłowione kraje Europy, są – w przeciwieństwie do Polski – liderami produkcji technologicznie zaawansowanej, a przez to innowacyjnej i wymuszającej wysokie płace. Przewagi konkurencyjne Polski polegają natomiast – to ostatni element diagnozy – na względnej taniości (i obfitości) siły roboczej zdolnej do wykonywania zadań o niskim i średnim poziomie zaawansowania.

Czas na przyspieszenie?

W opinii władzy odpowiedzią na bolączki polskiej gospodarki ma być model, który za hinduskim ekonomistą Raghuramem Rajanem moglibyśmy nazwać „kapitalizmem sterowanym”. Polega on na aktywnym udziale państwa w wyborze strategicznych kierunków rozwoju kraju, selekcji indywidualnych projektów inwestycyjnych celem ich kompleksowego wsparcia, tworzeniu regulacji korzystnych dla określonych branż, forowaniu eksportu itp. Pomysł nie jest nowy – podobne recepty przepisywali tak uznani ekonomiści jak noblista Paul Krugman czy Ha-Joon Chang – i bierze się, mówiąc ogólnie, z przekonania o zawodności rynkowych metod alokacyjnych. Aby wkroczyć na ścieżkę technologicznego wzrostu i produkcji o wysokiej wartości dodanej, potrzeba ogólnokrajowego zarządzania gospodarczego („strategicznej polityki handlowej”) oraz impulsów spoza rynku. To zadanie państwa.

Już dziś Polska jest liderem venture capital/private equity w Europie Środkowej i Wschodniej (z wyłączeniem Rosji) – wytwarzając tylko ok. 35% PKB regionu, otrzymuje aż 45% inwestowanych środków

Trudno nie zauważyć energicznych działań Ministerstwa Rozwoju, dzięki którym resort zmierza do wdrożenia kapitalizmu sterowanego, w szczególności powstania „ekosystemu innowacji”. Nieukrywaną ambicją ministerstwa było raptowne powiększenie polskiego oraz środkowoeuropejskiego rynku venture capital – kapitału wysokiego ryzyka, lokowanego w nowatorskich, innowacyjnych projektach – czemu służyć ma Polski Fundusz Rozwoju. Misją jego pięciu funduszy inwestycyjnych (PFR Ventures), które właśnie zaczynają działalność, jest selekcja obiecujących firm we wczesnej fazie rozwoju, dokapitalizowanie ich wspólnie z partnerami prywatnymi i wspieranie z pozycji inwestora mniejszościowego. Dwa fundusze – Starter oraz Biznes – zakończyły już co najmniej jeden nabór wniosków od zainteresowanych firm i partnerów; ten pierwszy doszedł do etapu przeprowadzania procesów due dilligence w wyselekcjonowanych spółkach. Inwestycje są zatem o krok.

Przedstawiciele resortu chwalą się, że za pośrednictwem PFR Ventures zainwestują 2,8 mld zł w ciągu niespełna 6 lat, w istotny sposób poprawiając sytuację technologicznych start-upów w Polsce. To ogromna kwota: organizacja branżowa Invest Europe szacuje roczną wartość polskiego rynku venture capital (VC) oraz private equity (PE) na 725 mln EUR, przy czym jest to rynek o wiele szerszy od segmentu, którym zainteresowany jest PFR. Już dziś Polska jest liderem VC/PE w Europie Środkowej i Wschodniej (z wyłączeniem Rosji) – wytwarzając tylko ok. 35% PKB regionu, otrzymuje aż 45% inwestowanych środków. Oczywiście w porównaniu z Europą Zachodnią wciąż wypadamy bardzo słabo – inwestycje VC/PE w całej Europie Środkowej i Wschodniej to zaledwie 5% całkowitej sumy takich inwestycji w Europie – jednak na tle regionu wyglądamy dobrze. Jednak ambicje Ministerstwa Rozwoju sięgają znacznie wyżej.

Rynek ocenia inaczej

Pomysł animowania rynku start-upów opiera się – w sposób świadomy albo przynajmniej implicite – na przekonaniu, że gracze na międzynarodowym rynku kapitałowym systematycznie mylą się w ocenie potencjału polskich firm. Gdyby było inaczej, to strumień pieniędzy płynąłby do nadwiślańskich start-upów z kieszeni prywatnych, a tworzenie przez rząd miliardowych funduszy nie byłoby potrzebne. Inwestorzy na całym świecie – np. tacy jak słynny amerykański Y Combinator – szukając najlepszej stopy zwrotu przy akceptowalnym dla siebie poziomie ryzyka, dostrzegaliby potencjał polskiego sektora technologicznego i inwestowali w niego własne środki. W ograniczonym stopniu tak się istotnie dzieje: od czasu transformacji ustrojowej w Polsce pojawiło się wiele funduszy venture capital, podejmujących się finansowania ryzykownych projektów we wczesnej fazie rozwoju, jak i private equity, inwestujących w spółki względnie dojrzałe, ale wciąż rozwijające się bardzo dynamicznie.

Resort rozwoju, tworząc swoje fundusze inwestycyjne, z wielką pewnością siebie przyjmuje ryzykowny zakład, kiedy dobrze przygotowani inwestorzy przyjmują zakład przeciwny

Ministerstwo Rozwoju, aktywnie angażując spory kapitał, twierdzi zatem, że rynek się myli – gracze wciąż nie dostrzegają wielu dobrych okazji na zyskowne inwestycje, toteż musi ich zastąpić państwo i jego agenci. Takie postawienie sprawy rzuca wyzwanie podzielanemu przez gros ekonomistów przekonaniu, że zglobalizowane rynki finansowe – także niepubliczny rynek venture capital – funkcjonują całkiem dobrze: wymiana informacji jest na nich szybka, a konkurencja intensywna, przez co ceny na ogół prawidłowo odzwierciedlają tzw. czynniki fundamentalne, czyli np. kondycję spółki oraz jej otoczenie komercyjne. Co więcej, globalizacja dodatkowo podnosi efektywność rynków finansowych: gdy istnieją możliwości lokowania kapitału z pominięciem granic politycznych, pojawia się więcej graczy, którzy na bieżąco oceniają sytuacje poszczególnych spółek i usiłują natychmiast wykorzystać dogodne szanse na zysk. Rosnącą efektywność rynku poświadczają jego uczestnicy: w ankiecie firmy doradztwa strategicznego Bain & Company 36% menadżerów funduszy inwestycyjnych o profilu zbliżonym do PFR Ventures przyznało, że w 2017 roku trudniej o znalezienie dobrej okazji do inwestycji niż rok wcześniej; przeciwnego zdania było tylko 2% ankietowanych. Ponad 40% uznało, że rynek jest bardziej konkurencyjny niż przed rokiem.

Wraz ze wzrostem konkurencyjności rynku pojawia się coraz więcej usług skierowanych do inwestorów. Korzystają oni z armii analityków, konsultantów i innych ekspertów, którzy stale pogłębiają wiedzę na temat możliwości inwestycyjnych. Analitycy PFR, szukając dzisiaj spółek wartych zainwestowania oraz pomysłów, które opłaca się wesprzeć, nie stąpają więc po terra incognita – dziewiczej ziemi polskiej innowacyjności, lecz wchodzą na grunt badany na co dzień przez inwestorów instytucjonalnych z całego świata. Także wsparcie merytoryczne dla start-upów (konsulting) jest usługą świadczoną przez prywatnych usługodawców na wszystkich umiarkowanie rozwiniętych rynkach świata, w tym także w Polsce. PFR, obiecując firmom takie wsparcie, nie wymyśla więc prochu.

Oczywiście pełna efektywność rynków jest niemożliwa, więc praktycznie zawsze istnieją jakieś nieodkryte szanse na zysk – w przeciwnym razie bycie przedsiębiorcą nie miałoby sensu i rynki wcale by nie istniały. Nie jest więc wykluczone, że przedsięwzięcia PFR Ventures się powiodą. Należy sobie jednak uświadomić, że resort rozwoju, tworząc swoje fundusze inwestycyjne, z wielką pewnością siebie przyjmuje ryzykowny zakład, kiedy dobrze przygotowani inwestorzy przyjmują zakład przeciwny. Polski rząd twierdzi, że nad Wisłą leżą wielkie pieniądze, a rzesza inwestorów się myli. To jednakże oznaczałoby niedoinwestowanie polskiego rynku i powinno materializować się w postaci wyższych zysków. Wprawdzie nie sposób uzyskać danych na temat stopy zwrotu z venture capital ani private equity w Polsce (a przynajmniej autor nie potrafi do nich dotrzeć), jednak w rozwiniętych gospodarkach Europy Zachodniej stopy zwrotu z PE od lat wynoszą ponad 10%, znacznie przewyższając rynek publiczny (tzw. public market equivalent). Hipotetyczna sytuacja, w której Polska oferuje jeszcze wyższe stopy zwrotu przy porównywalnym ryzyku, co umyka uwadze wielkich inwestorów instytucjonalnych, byłaby niesłychana.

Kiedy polskie spółki technologiczne uzyskają już finansowanie z rządowego funduszu, może się okazać, że nie wystarczy chętnych na nabycie ich produktów finalnych

Konkurencyjna hipoteza brzmi: inwestorzy się nie pomylili, natomiast za przepaść pomiędzy wschodnio- i zachodnioeuropejskim sektorem nowych technologii odpowiadają strukturalne czynniki gospodarek narodowych oraz specjalizacja. Przemawia za nią istnienie nieomal równie wielkiej przepaści w branży technologicznej między Europą a Stanami Zjednoczonymi co między Europą Wschodnią a Zachodnią: w 2016 r. inwestycje private equity w amerykański sektor technologiczny ponad czterokrotnie przewyższyły analogiczne inwestycje dokonane w Europie. Widać więc, że również gospodarka europejska jako całość musi znać swoje miejsce w szeregu.

Pompujemy bańkę?

Mimo że entuzjaści start-upów nie ustają w zachwytach, przeinwestowanie branży technologicznej nie jest niemożliwe. Jon Evans, kanadyjski dziennikarz ekonomiczny i inżynier oprogramowania, opublikował w październiku tekst na portalu TechCrunch, w którym wieszczy koniec hossy start-upów w USA. Evans przekonuje, że technologie kompatybilne z modelem biznesowym start-upów zostały już prawie całkowicie zagospodarowane, zaś nadchodzące zmiany technologiczne, takie jak sztuczna inteligencja czy rzeczywistość wirtualna, sprzyjają raczej dużym korporacjom. Nie wiem, czy ma rację, natomiast należy docenić, że usiłuje trzeźwo spojrzeć na rynek nowych technologii, traktując go jak każdy inny. Można wręcz pokusić się o tezę, że zalanie rynku kapitałem na skutek decyzji politycznej, a nie alokacji dobrowolnych oszczędności, prawdopodobnie wywoła zaburzenia znane z podobnych przypadków w najnowszej historii gospodarczej. Pieniądz inwestowany w nowe technologie z pominięciem prywatnego rynku kapitałowego sprzyja nadmiernemu rozrostowi sektora: działo się tak, gdy w ostatnich dekadach łatwy pieniądz doprowadził do przerostu tzw. dot-comów czy branży nieruchomości mieszkalnych w USA. Kiedy polskie spółki technologiczne uzyskają już finansowanie z rządowego funduszu, może się okazać, że nie wystarczy chętnych na nabycie ich produktów finalnych. Klienci zainteresowani nabyciem produktów technologicznych mogą nie posiadać wystarczająco dóbr kapitałowych lub potencjału ludzkiego, by wykupić cały rynek po cenach gwarantujących opłacalność spółkom wspartym przez PFR. W takim wypadku inwestycje w start-upy okażą się przewartościowane, a włożony w nie kapitał przynajmniej częściowo utracony.

Aby tak się nie stało, pracownicy Ministerstwa Rozwoju i PFR muszą wykazać się wyjątkową intuicją przedsiębiorczą. Przede wszystkim muszą udowodnić, że rynki – a więc ich uczestnicy w swojej wielkiej masie – tkwiły w poważnym błędzie, konsekwentnie odmawiając wsparcia polskim kandydatom na innowatorów. Czas pokaże, kto ma rację w tym nierównym sporze.

 

 

Komentarze

2 odpowiedzi na “Start-upy: jak państwo zakłada się z rynkiem”

  1. Paweł Grzegorczyk pisze:

    Panie Karolu,

    porusza Pan bardzo ciekawy temat, z którym nie zmierzył się na poważnie jeszcze żaden publicysta (przynajmniej osobiście się z takim materiałem dotychczas nie spotkałem). Jednak Pana tekst został oparty na fałszywych założeniach.

    Poniżej wklejam cytaty z Pana tekstu opatrzone moim komentarzem:

    1) „Rynek venture capital nie widział w Polsce dużego potencjału, jeśli chodzi o technologiczne start-upy”.

    Podobne stwierdzenia padają w Pana tekście wielokrotnie. Nie wiem na ile zna Pan sektor VC w Polsce i poza naszym krajowym podwórkiem (podobne stwierdzenie pada w tekście wielokrotnie), ale nie zostało ono w żaden sposób uargumentowane i wydaje się fałszywe. Jako kontrargument podam tylko dwa przykłady, choć ten temat mógłby znaleźć odzwierciedlenie w osobnym tekście.

    Po pierwsze, fundusze VC są międzynarodowymi i globalnymi podmiotami, ale tylko z pozoru. Badania wprost pokazują, że w większości przypadków, największe VC z USA, w swoich inwestycjach nie wychodzą nie tylko poza Stany Zjednoczone, ale często nawet poza konkretny stan, w którym posiadają siedzibę.

    Link do przykładowych badań: http://avc.com/2017/11/location-location-location/?utm_campaign=4aca39ddb2-WedNL_11_15_2017&utm_medium=email&utm_source=CB%20Insights%20Newsletter&utm_term=0_9dc0513989-4aca39ddb2-88071629

    Po drugie, VC opiera się mocno na relacja personalnych (są fundusze, do których można dotrzeć jedynie, gdy zostanie się poleconym przez spółki, które znajdują się już w portfelu danego funduszu). Powszechnie w środowisku VC uważa się, że żeby jeden z większych i bardziej popularnych funduszy zainwestował w spółkę poza USA, musi w daną spółkę zainwestować najpierw fundusz lokalny i zarekomendować ją dalej. To też najczęściej robota lokalnych, mniejszych VC, żeby budować siatkę kontaktów i doprowadzać do kolejnych rund finansowania.

    2) „Inwestorzy na całym świecie – np. tacy jak słynny amerykański Y Combinator – szukając najlepszej stopy zwrotu przy akceptowalnym dla siebie poziomie ryzyka, dostrzegaliby potencjał polskiego sektora technologicznego i inwestowali w niego własne środki”.

    Nie wiem, na ile zrobił Pan to świadomie, ale Y Combinator nie jest klasycznym inwestorem. Jest to akcelerator startupowy, który pomaga głównie siatką kontaktów i „drobnym” wsparciem finansowym sięgającym kilkudziesięciu tysięcy dolarów (za co pobiera udziały/akcje akcelerowanej spółce). Co ważne, to akcelerator działający stacjonarnie tylko w USA. Mogą do niego rekrutować spółki z całego świata, ale akceleratory nie prowadzą aktywnej rekrutacji, a ogłaszają rekrutacje i czekają na zgłoszenia. Nie jest to więc „dostarczyciel kapitału” (jak VC, PE czy platformy crowdfundingowe), a akcelerator pomagający skalować biznes i sieciować z funduszami. Teza o tym, że Y Combinator – jak Pan sugeruje – nie znalazł nic na naszym podwórku, jest o tyle fałszywa, że tego nie wiemy. Musielibyśmy posiadać informacje o jakimś polskim startupie, który się zarekrutował do programu i nie dostał. Jeśli posiada Pan takie informacje, to proszę o ich udostępnienie. Teza musiałaby się też opierać na założeniu, że do programu zgłosiły się najlepsze firmy, a tego nie wiemy.

    3) „Pomysł animowania rynku start-upów opiera się – w sposób świadomy albo przynajmniej implicite – na przekonaniu, że gracze na międzynarodowym rynku kapitałowym systematycznie mylą się w ocenie potencjału polskich firm. Gdyby było inaczej, to strumień pieniędzy płynąłby do nadwiślańskich start-upów z kieszeni prywatnych, a tworzenie przez rząd miliardowych funduszy nie byłoby potrzebne”.

    Do treści tej wypowiedzi odniosłem się już w punkcie 2. Natomiast, działania Mateusza Morawieckiego (i jego ekipy) opierają się na innym założeniu, do którego się Pan nie odnosi. Wzorem innych państw tj. Niemcy czy Izrael (temat na osobną analizę) chcą zainkubować rynek technologiczny w PL. Pieniądze zostały wpompowane na każdym etapie: do akceleratorów (program Scale Up), do spółek na etapie badawczym/R+D (program „Szybka Ścieżka” czy „Dobry Pomysł”), do funduszy seedowych (program Bridge Alfa) i mówi się także o wsparciu większych funduszy PE. Dzięki temu kapitałowi rynek ma zostać pobudzony, dobre firmy wyskalowane, część firm sprzedanych, co pozwoli na kreację polskiej marki, ściągnięcie zagranicznego kapitału do kraju i wzbogacenie młodych ludzi, którzy już z prywatnych pieniędzy będą wspierać firmy (aniołowie biznesu, własne fundusze VC). To podstawowa teza, z którą warto się zmierzyć przy poruszaniu tematu, którym się Pan zajął. Pod warunkiem, że na tym etapie da się to zrobić, bo moim zdaniem, rzeczywistość zweryfikuje.

    4) „W ograniczonym stopniu tak się istotnie dzieje: od czasu transformacji ustrojowej w Polsce pojawiło się wiele funduszy venture capital, podejmujących się finansowania ryzykownych projektów we wczesnej fazie rozwoju, jak i private equity, inwestujących w spółki względnie dojrzałe, ale wciąż rozwijające się bardzo dynamicznie”.

    W Polsce po transformacji ustrojowej, nie pojawiło się wiele funduszy VC. Nie wiem na jakiej podstawie buduje Pan taką tezę. Po pierwsze, same firmy w corocznym badaniu fundacji Startup Poland wskazywały, że dostęp do kapitału jest dla nich jednym z dwóch największych problemów. Po drugie, jak Pan przeanalizuje, to żaden z dużych funduszy, nawet pokroju europejskiego, nie ma tutaj swojej siedziby/oddziały czy przedstawiciela. Największym funduszem na naszym rynku jest prawdopodobnie Intel Capital, ale to fundusz korporacyjny, a nie klasyczne VC. I na tym właściwie koniec, bo reszta ma kapitalizacje na poziomie 100 mln zł. Po trzecie, brak funduszy VC dużych definiuje się jako jeden z większych problemów naszego rynku. O ile, da się tu znaleźć kapitał seedowy (kilka milionów złotych), to dla firmy większej, trzeba szukać szans poza granicami PL.

    5) „Oczywiście pełna efektywność rynków jest niemożliwa, więc praktycznie zawsze istnieją jakieś nieodkryte szanse na zysk – w przeciwnym razie bycie przedsiębiorcą nie miałoby sensu i rynki wcale by nie istniały. Nie jest więc wykluczone, że przedsięwzięcia PFR Ventures się powiodą”.

    Czytając tekst od początku, miałem wrażenie, że Pan krytykuje wpompowanie pieniędzy w rynek, niepoparte żadną argumentacją, dodatkowo ze świadomością, że jest tutaj kapitał, a zagraniczne VC nie inwestują w startupy, gdyż są słabej jakości (nie tak jak w USA). A w dalszej części tekstu puentuje to Pan stwierdzeniem „nie jest więc wykluczone, że przedsięwzięcia PFR Ventures się powiodą”.

    6) „ Mimo że entuzjaści start-upów nie ustają w zachwytach, przeinwestowanie branży technologicznej nie jest niemożliwe. Jon Evans, kanadyjski dziennikarz ekonomiczny i inżynier oprogramowania, opublikował w październiku tekst na portalu TechCrunch, w którym wieszczy koniec hossy start-upów w USA. Evans przekonuje, że technologie kompatybilne z modelem biznesowym start-upów zostały już prawie całkowicie zagospodarowane, zaś nadchodzące zmiany technologiczne, takie jak sztuczna inteligencja czy rzeczywistość wirtualna, sprzyjają raczej dużym korporacjom”.

    Rzeczywiście to bardzo ciekawe badania, ale kompletnie miesza Pan wątki. Czy nie powinniśmy inwestować pieniędzy spółki, bo docelowo mogę one zostać przejęte przez którąś z korporacji z „wielkiej piątki” (Amazon, Apple, Facebook, Google, Microsoft)? Oczywiste, że te firmy posiadają największe wydatki R+D na świecie (sam Amazon więcej niż wszystkie polskie firmy), patentują masowo (każda z nich ma rocznie więcej patentów niż patentuje się w naszym kraju) i przejmują mniejsze firmy. Ale sprzedaż spółki do większego gracza może być sukcesem. Czy przypadek estońskiego Skype’a jest dla Pana porażką? Czy nie zbudowało to wizerunku tego kraju, skierowało oczów inwestorów w tym kierunku? Czy to nie wygenerowało gotówki, którą estońscy startupowcy zainwestowali w kolejne przedsiewzięcia w tym kraju? Oczywiście, że to nie jest idealny scenariusz, bo każdy oczekuje holywoodzkiej historii, w której czterech studentów w garażu zbuduje startup podbijający wszystkie rynki na świecie, będącym monopolistą. To ciężka droga i możliwe, że nierealna. Ale to niejedyny pozytywny scenariusz.

    W tekście potraktował Pan działania PFR i MR wybiórczo. Nie odniósł się Pan dla przykładu do polityki względem platform crowdfundingowych i equity (udziałowego). A jeśli chce się oceniać politykę tej instytucji, to jednak warto to robić rzetelnie i całościowo.

    Jednak, co moim zdaniem najważniejsze, proszę pomyśleć, że w Polsce mamy dopiero drugie pokolenie przedsiębiorców technologicznych. Pierwsze z nich zbudowało platformy takie jak Onet czy WP. Część z nich rozumie technologie i inwestuje swoje pieniądze (twórcy Onetu założyli krajowski fundusz Innovation Nest, jeden z bardziej aktywnych w PL). Drugie pokolenie teraz tworzy swoje spółki, zbiera kapitał od VC i stara się podbić globalne rynki. Jeśli im się to uda, to istnieje szansa, że dalej nie będzie już potrzeba pieniędzy publicznych, bo oni to będą robić z własnej gotówki.

  2. spisek pisze:

    Urzędnik państwowy nigdy nie wyda państwowych pieniędzy optymalnie. Ani też nie wybierze czasu i miejsca inwestycji prawidłowo. To jest z definicji niemożliwe. Trzeba mieć nadzieję, że ludzie, którym uda się od urzędników wyciągnąć te 3 miliardy (minus prowizja) nie zmarnują całości i jakieś 5-10% uda się uratować. Kolejne 50%, z 90% wydanych na konsumpcję, wróci do państwa w postaci podatków. Czyli przepadnie jakieś 40%. Nie tak najgorzej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz