Szansa na zmianę

„Żadna zmiana” to książka niewesoła, ponieważ pokazuje, w jak prymitywnym klinczu zastygliśmy. Budująca – bo wskazuje, że można w inny sposób, na innym poziomie rozmawiać o urządzeniu państwa.

Znużenie pyskówkami politycznymi jest powszechne: co bardziej ambitne memiarnie na Facebooku biorą pod obcas raz jednych, raz drugich zacietrzewionych głuszców, satyrycy i felietoniści równie wiele groteski widzą w bojownikach sumatrzańskich dobrej zmiany, co w kodersach. Prawda, często jest to dystans tylko pozorny: jeśli publicysta „Polityki” lub „Wyborczej” pisze z troską o „dwóch plemionach”, walczących we współczesnej Polsce, to najdalej w trzecim zdaniu okaże się, że jego plemię od prawieku, jeśli nie od obiadów czwartkowych, to przynajmniej od czasu II Konferencji KPRP w Bolszewie pod Moskwą umie się posługiwać nożem, łyżką i widelczykiem do ostryg, za to tamci to, rozumieją państwo, katole-cebulaki, do dziś żrą rękami czereśnie i frytki. Publicysty mediów dobrozmianowych nierzadko nie stać za to na wielkoduszność nawet w dwóch pierwszych zdaniach: gani zdradzieckie złogi frazami godnymi kulomiotu, a jeśli przygada swoim, to albo ministrowi źle notowanemu w przededniu kolejnej rekonstrukcji, albo komuś z definicji nienaruszalnemu, wobec kogo można sobie pozwolić na dworski żarcik.

To są jednak koniunkturalizmy: nie brakuje i szczerych symetrystów, którzy potrafią zganić praktyki i taktyki ekipy, z którą sympatyzują, obozu, z którym łączy ich „filozofia polityczna”, ale już nie doraźne intrygi. Mam wrażenie (choć nie wiem, na ile również ono jest plemienne, a przynajmniej wyrosłe na sympatiach, i nie stać mnie tu na obiektywizm), że symetrystów takich jest więcej po stronie zwolenników najszerzej pojętej orientacji propisowskiej niż obrońców platformerskiego ancien regime’u: u tych ostatnich lament nad jednym czy drugim posunięciem PO zazwyczaj wiąże się z tym, że błędy te doprowadziły do przegranej w roku 2015.  Ach, gdybyśmy wcześniej zadbali o wielodzietnych, nie byłoby tego wszystkiego! – szlochają. Symetryści bliżsi PiS częściej, wydaje mi się, krytykują jakieś posunięcie Zjednoczonej Prawicy z zasady dlatego, że jest ono złe samo w sobie. Powyższa opinia jest jednak obosieczna: może ona po prostu oznaczać, nawet wbrew intencjom piszącego, że PiS ma po prostu o wiele więcej za uszami i za paznokciami.

Mam wrażenie, że symetrystów jest więcej po stronie zwolenników najszerzej pojętej orientacji propisowskiej niż obrońców platformerskiego ancien regime’u

Postawa taka cały czas jednak pozostaje symetryzmem, wyrywaniem się (czasem nie na chwilę, lecz na długo) z kręgu lojalności w imię trzeźwości oglądu, prawdomówności, czasem motywacji jeszcze bardziej anachronicznej: rycerskiej nieledwie prawości, która nakazuje docenić wielkość przeciwnika i zganić małość „swoich”: cały czas jednak ogarniamy przy tym spojrzeniem ten sam dziedziniec lub arenę. Taki symetryzm wydaje się dziś najszlachetniejszą z postaw możliwych u zawodowych, okazjonalnych lub zupełnie niedzielnych komentatorów rzeczywistości politycznej IV RP. Sam, niedzielny komentator, grawituję w tę stronę, zmuszony przy tym zmagać się z silną awersją wobec cyników, których nigdy nie brakuje, i którzy drapując się w szaty rozczarowanego ludzkością mizantropa zwykli krytykować każdy spór polityczny – weganina z kanibalem, Churchilla ze Stalinem i Kaczyńskiego z Tuskiem – frazą „obie strony są siebie warte”, niefalsyfikowalną, więc fałszywą. Symetrysta to jednak ktoś inny niż mizantrop: stara się obserwować konkretny spór i doceniać wartościowe posunięcia obu jego stron.

Pierwsze strony książki Stefana Sękowskiego wydają się stawiać go w kręgu tak rozumianych symetrystów: przywołanie szkicu Goyi, przedstawiającego dwóch okładających się kijami wiejskich gburów to dobry, chociaż gorzki komentarz do IV RP. Kilka poważnych zarzutów postawionych zarówno posłom Prawa i Sprawiedliwości, jak aktywistów totalnej opozycji pokazuje nam, że autorowi nie idzie o pozyskanie przychylności którejkolwiek ze stron czy wydawców, że zamierza iść własną ścieżką analityka i krytyka: są to zarzuty zbyt poważne, by można je było uznać za kontrybucję składaną drugiej stronie bądź abstrakcyjnego ideałowi elegancji dyskursu. To nie kilka gorzkich słów pod adresem niewyparzonego języka Jandy lub nadmiernej może surowości ocen Jojo Brudzińskiego: to krytyka w wykonaniu wściekłego symetrysty, który sam chętnie sięgnąłby po kij lub sznur, by wygnać z kraju dwóch awanturujących się osiłków.

Przywołanie szkicu Goyi, przedstawiającego dwóch okładających się kijami wiejskich gburów to dobry, chociaż gorzki komentarz do IV RP

Trzeba jeszcze kilku stron „Żadnej zmiany”, by przekonać się, że mamy do czynienia z książką innego kalibru, odwołującą się do innego porządku argumentacji, oferującą inny rząd i inną skalę refleksji. Z braku jednej, błyskotliwej metafory muszę sięgnąć do kilku niezdarnych porównań: Sękowski wkraczający na obszar zryty ostatnimi dwoma laty sporów polsko-polskich przypomina gentlemana, który apeluje do dwóch włościan tłukących się o miedzę oraz ich publiki, by poświęcili w zamian chwilę uwagi już nie geodezji nawet, lecz wręcz topologii różniczkowej. Próbując uciszyć dwóch bluzgających żuli, wskazuje im nie tylko na niestosowność wiąch puszczanych na podwórku po dwudziestej trzeciej: przywołuje też refleksję Wittgensteina o granicach świata i języka. Poskramiając dwa spuszczone ze smyczy bulteriery, wspomina na Izajaszowe marzenie o spoczywającym obok wilka baranku…

Jeśli przesadzam, to tylko odrobinę, ale z pewnością nie po to, by wskazać na daremność podobnych porywów. Bulki, żule i bracia Kurscy z pewnością nie poddadzą się podobnej perswazji; ale autor „Żadnej zmiany” nie jest jednoosobowym patrolem sił pokojowych ONZ, i nie do nich kieruje swoje słowa, lecz do nas, komentatorów i obserwatorów tych pojedynków, by uświadomić nam, komu kibicujemy, w jaką nie tylko brutalną, lecz przede wszystkim nieuleczalnie prowincjonalną i partykularną rozróbę daliśmy się wciągnąć jako widzowie, ilu wymiarów, sensów i smaków rzeczywistości wyrzekliśmy się, śledząc kto kogo.

Takie książki zdarzają się, na szczęście, w życiu politycznym. Takie postulaty, czasem rodzące się w trybie krytycznej refleksji nad własnym obozem, czasem formułowane przez outsidera, wchodzącego dopiero do życia publicznego z racji zmiany osobistego statusu (wieku, majątku, wykształcenia) lub zmiany warunków gry (np. rozszerzenie biernego prawa wyborczego czy dopuszczenie do głosu wykluczonej dotąd zbiorowości) są w miarę stałym elementem polityki. Nawet w naszym partykularzu III RP podobnych apeli formułowanych było kilkanaście, i za smutny paradoks uznać trzeba, że dwa ugrupowania, które zwarły się dziś na dobre w klinczu, PiS i PO, dojrzewały do gry właśnie jako środowiska „młodych profesjonalistów”. Oczywiście, oba miały swoje resentymenty (te nagłaśniane jako składowe programu, te ukrywane i te nieuświadomione) oraz swoje sympatie doktrynalne – ale oba wchodziły do szerszej polityki z apelem o profesjonalizację, o głębszą refleksję nad reformą państwa, o uwolnienie się od intryg i ambicyjek, którymi spętani byli „starzy”. Takie wezwania brzmiały rzecz jasna najpoważniej, gdy formułowane były przez Jana Marię Rokitę czy Ludwika Dorna, ale przebiegając szybko w myśli ostatnie ćwierćwiecze mam wrażenie, że jeden PSL miał wystarczające poczucie własnej śmieszności (lub wystarczająco mało ambicji) by nie zapewniać, że rządy w jego wydaniu będą dalekosiężne, strategiczne i profesjonalne. Swoich „technokratów” miała wszak i SLD, i AWS, dziś zaś podobne propozycje słychać i od strony Nowoczesnej, i Kukiza.

Sękowski, próbując uciszyć dwóch bluzgających żuli, wskazuje im nie tylko na niestosowność wiąch puszczanych na podwórku po dwudziestej trzeciej: przywołuje też refleksję Wittgensteina o granicach świata i języka

To są jednak tylko ambicyjki: i niedowarzone, i skażone czysto partyjną tęsknotą za kilkoma punktami procentowymi w sondażu. Książkę Stefana Sękowskiego oceniam jako zjawisko znacznie poważniejsze: bardzo niewesołe w diagnozie, bardzo obiecujące jako benchmark, punkt odniesienia, wskazanie, jak moglibyśmy zajmować się urządzaniem naszej republiki.

A skoro tak – w naturalny sposób, nie w imię dosztukowywania na siłę antenatów czy wynoszenia tej debiutanckiej książki na zbyt wysoki piedestał – jawi mi się „Żadna zmiana” jako element tej samej fazy cyklu rozwojowego, co dorobek autorów „Buntu Młodych” w drugiej, gorszej połowie Drugiej Rzeczypospolitej. Ta sama jest – jako powiedziałby Witold G. – „sytuacja” autorów: może nie rówieśników państwa, o którego jakości myślą, lecz przeżywających w jego ramach całą swą dotychczasową dorosłość. Wiernych pamięci rodowodu tego państwa, wolnych od tanich, lumpeninteligenckich fochów („i nienawidził poeta ułana/gorzej niż niegdyś bohema filistra”) – ale też wyjątkowo ostro zdających sobie sprawę z jego niedojrzałości i kruchości. Z doświadczeniem profesjonalnym, z otarciem się o politykę w jej wymiarze administracyjnym raczej czy regionalnym niż partyjno-propagandowym – z determinacją, by nie stać się „młodzieżówką” żadnego z dwóch anachronicznych, wczepionych w siebie obozów.

Sękowski między Piotrem Dunin-Borkowiczem a Adolfem Bocheńskim? Me gusta. Oczywiście, od czasu świetności pierwszego środowiska tworzonego przez Giedroycia minęło 90 lat (– Już? – budzi się we mnie natychmiast zdumienie; pytanie, czy dyktuje mi je skaza historyka, z racji profesji siedzącego jedną nogą w przeszłości, czy polski wiek XX został tak skompresowany przez komunizm, zasługuje na osobną refleksję): zupełnie inny jest punkt wyjścia, polittechnologie, zasób doświadczeń, do których można się odwoływać. A jednak w „Żadnej zmianie” dostrzegam sporo z tego, co kazało sięgać po książki Bocheńskich czy Pruszyńskiego, zanim ich reprinty zaczął kilka lat temu wydawać Ośrodek Myśli Politycznej. Sprawdzam: umiejętność niebanalnego streszczenia w jednym akapicie kilku lat z szacunkiem dla faktów i bez obrażania inteligencji czytelnika? Jest. Zdolność przywołania wpadek PR-owych i medialnych obu stron bez uwikłania się w opowiadanie anegdoty? Jest. Umiejętność, gdy trzeba, przywołania anegdoty, świetnie ilustrującej impas czy wyzwanie, jakich nie brakowało zwłaszcza w pierwszej dekadzie III RP? Jest. Talent do tworzenia określeń, które mają szansę wejść do słownika, w rodzaju „odtwórczego antykomunizmu” czy „wannabe klasa średnia in statu nascendi”? Jest.

Jawi mi się „Żadna zmiana” jako element tej samej fazy cyklu rozwojowego, co dorobek autorów „Buntu Młodych” w drugiej, gorszej połowie Drugiej Rzeczypospolitej

Wszystko to przesądza jedynie o atrakcyjności tekstu: stoi za tym jednak siła diagnozy zjawisk nieograniczonych ani do obecnego klinczu, ani do uwarunkowań, które towarzyszyły narodzinom III RP. Jest bowiem, w swojej najgłębszej warstwie, książka Sękowskiego rozważaniem nad czasem ubezwłasnowolnienia, które dotyka nie tylko wyborców polskich, przez ostatnie trzy pokolenia niewiele praktykujących politycznie, lecz wszystkich naszych współczesnych. „Człowiekowi potrafiono dać do zrozumienia, że jeżeli żyje, to tylko z łaski potężnych/Niech więc zajmie się piciem kawy i łowieniem motyli/Kto kocha Rzecz Pospolitą, będzie miał dłoń uciętą” – napisał Miłosz na ćwierć wieku przed wynalezieniem fake newsów. Rozdział „Zwycięzca bierze wszystko” i stanowiąca jego domknięcie koda-marzenie o „odpolitycznieniu polityki” rodzi nadzieję, że jest nas więcej – chętnych zarówno filiżance espresso, jak fechtunkowi o kształt państwa.

Stefan Sękowski, „Żadna zmiana. O niemocy klasy politycznej po 1989 roku”, Wydawnictwo Trzecia Strona, 2018

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Do stycznia 2017 r. redaktor magazynu „Plus Minus”. Lubi sielanki.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz