Newsletter

Snobizm i popiół

Wielu obserwatorów życia publicznego skłonnych jest w zmasowanej reakcji na spalenie książek widzieć jeszcze jeden objaw „nowego antyklerykalizmu”. Ja dostrzegam w nich pragnienie zademonstrowania własnej szlachetności

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Jak zwykli to ujmować mediaworkerzy, „nie milkną echa”. Nie, nie echa: kanonada. To już nie tylko klangor wpisów w mediach społecznościowych i lawinowo udostępniane rysunki najwybitniejszych karykaturzystów, już nie tylko głos Szymona Hołowni, niosący się spiżowym echem po całej przestrzeni informacyjnej Onetu (dobre pudło rezonansowe to podstawa). Głos zabrała nawet Biblioteka Narodowa, wydawcy książek i Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Zwłaszcza głos SPP wolny był od uwłaczającego serwilizmu: „Oczekujemy energicznej reakcji Episkopatu Polski i przeprosin” napisała pani prezes Anna Nasiłowska, i można tylko poczuć ulgę, że fraza tak stanowcza nie kończy się wezwaniem do okazania przez Episkopat skruchy w wyznaczonym terminie, po niedotrzymaniu którego prezes zmuszona będzie wystąpić na drogę sądową.

Patrząc na nielicznych zagończyków, którzy jęli się obrony ks. Jarosiewicza nieoczekiwanie dla siebie czuję nie tyle irytację, co rozbawienie połączone z niechętnym uznaniem: są ludzie, którzy nigdy się nie poddadzą!

Trudno się spierać z meritum tych reakcji, bo pomysł ze spaleniem niepobożnych książek na parafialnym trawniku w Gdańsku był nieszczęsny pod każdym względem, choćby za sprawą skojarzeń historyczno-literackich, od Führera do Fahrenheita. Palenie książek w Gdańsku, paręset metrów od Poczty Polskiej? Taki performance nie wymaga komentarza ani dopowiedzenia. Owszem, gdyby ktoś pobożny potrzebował kropki nad i, można by mu przypomnieć, jak „magiczne” i jałowe jest działanie, które usiłuje wyplenić Zło w drodze zniszczenia fizycznego. Ale jakie zło, jakie zło? – zakurzony tomik „Harry’ego Pottera” wydany przed blisko dwudziestu laty? Wygląda na to, że ks. Rafał Jarosiewicz wynalazł nie tylko pomysł na zafundowanie Kościołowi w Polsce kolejnego krzyża, ale i maszynę czasu: ze swoim oburzeniem na Joanne Rowling wyłonił się prosto z ciepłego września roku 2000, kiedy to po całonocnej kolejce do empiku ówcześni pryszczaci, dziś – rodzice w średnim wieku z wypiekami na twarzach sięgali po sekrety pierwszego wydania „Komnaty Tajemnic”.

Ani się nie chce, ani nie sposób bronić tej dubeltowej rekonstrukcji historycznej. Do tego stopnia nie sposób że, patrząc na nielicznych zagończyków, którzy jęli się obrony ks. Jarosiewicza nieoczekiwanie dla siebie czuję nie tyle irytację, co rozbawienie połączone z niechętnym uznaniem: są ludzie, którzy nigdy się nie poddadzą! Ale też broń mają nielichą: żadna różdżka, żaden miecz Gryffindora ani kieł bazyliszka nie mają tej mocy, co uświęcona fraza „A u was biją Murzynów”. To znaczy w tym przypadku nie tyle biją, co palą, i nie tyle wszystkich Murzynów, co króla Murzynów, a właściwie nie samego króla Murzynów, lecz książkę, w której pojawia się ta niepoprawnie politycznie fraza – ale zawszeć. Oczywiście to, że przed dwoma laty w bibliotece na obrzeżach Sztokholmu – ils sont fous, ces Suédois, swoją drogą – wyrzucono do śmieci i spalono stare wydaje „Pippi Långstrumpf na Południowym Pacyfiku”, ponieważ ojciec Pippi zgodnie z wolą autorki opisany tam został jako „król Murzynów”, całkowicie usprawiedliwia performance ks. Jarosiewicza. Masz rację, Telewizjo Republiko, macie rację, obrońcy Króla. To jest Krula, Korwina Krula, bo to w tych kręgach podobne postawy mają się najlepiej.

A jednak nuży i chór oburzeń, w którym profesorskie basy tak pięknie splatają się z sopranami sufrażystek; nuży za sprawą ostentacji. Tak, ksiądz z jednej z dziesiątków tysięcy parafii zrobił trudne do wybaczenia głupstwo, wykazał się karygodnym brakiem wrażliwości na konteksty historyczne, szacunek dla słowa pisanego, i, last but not least, na uczucia wyznawców innych religii. Czyli co, trzeba wezwać Episkopat na dywanik?

Wielu obserwatorów życia publicznego skłonnych jest w tej zmasowanej reakcji widzieć jeszcze jeden objaw „nowego antyklerykalizmu”, z którym mamy do czynienia tej wiosny w Polsce: antyklerykalizmu, który nie bierze jeńców, nie przebiera w słowach, dla którego „écrasez l’infâme!” pozostaje najcelniejszym mottem. Ja dostrzegam w niej znak postawy mniej uwarunkowanej ideologicznie, za to bardziej powszechnej: pragnienia zademonstrowania własnej szlachetności. Podobne postawy (i często u tych samych aktorów życia publicznego), co przy okazji skandalu w Gdańsku można było dostrzec tydzień wcześniej, gdy opublikowano rokroczne, jak zawsze niewesołe wyniki badań nad polskim (nie)czytaniem książek. – Ach! Och! Znów kilkadziesiąt procent bez jednej choćby twardej oprawy w ręku – zaszeleściły głosy. – A ja, proszę, oto moje selfie z rzędem grzbietów w tle. Nie czytasz – nie idę z tobą do łóżka! Ani na ognisko! (O, przepraszam). Ani w ogóle nigdzie! Ja już wytrzymać nie mogę z tymi Polakami!

Książki plus ojkofobia to wyjątkowo wdzięczny miks, ale tak przecież można ze wszystkim. Jeden adoptował psa – super! – i musi to ogłosić całemu światu. Drugi kupił bezdomnemu zupę i nie spocznie, dopóki nie wrzuci na Insta odpowiednio oświetlonego zdjęcia paragonu z baru mlecznego. Jedna brzydzi się analfabetami, druga wpłaciła na uchodźców. A co dopiero, kiedy można kosztem jednego kliku poprzeć obronę lub wyrób lasów, jedną ze stron w pylistej wojnie, toczącej się nad innym oceanem, zdrową żywność lub zdrowe moralnie życie? Między nakazem „nie bądź obojętnym” a pokusą zademonstrowania swojej szlachetności rozciągają się żyzne pola, na których wschodzą nalepki, nakładki na zdjęcia profilowe, wstążeczki dwu- i wielobarwne. I chociaż pokusę tę załatwiło na dobrą sprawę jedno zdanie sprzed dwóch tysięcy lat („Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy”) – co robić: akurat tego jednego zdania najwyraźniej nikt nie przeczytał.

Już doczekać się nie mogę, kiedy wrzucę na Facebooka zdjęcie swojej wspaniałej żyły pośrodkowej łokcia (vena mediana cubiti) podczas dorocznej wizyty w stacji krwiodawstwa

A ja niby przeczytałem? Już doczekać się nie mogę, kiedy wrzucę na Facebooka zdjęcie swojej wspaniałej żyły pośrodkowej łokcia (vena mediana cubiti) podczas dorocznej wizyty w stacji krwiodawstwa. Mam też pomysł na oświadczenie, którym nakłuję sąsiednią bańkę społecznościową. Od lat fascynują mnie bowiem wpisy Marii Nurowskiej, literatki, freedom fighterki i członkini Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, o których to notkach trudno powiedzieć, czy bardziej urągają dobrym obyczajom, czy regułom interpunkcji. Szczególnie niełatwo mi zapomnieć post z 23 marca br., w którym pani Maria zwraca się do żony prezydenta RP słowami „szmato kukło powinnaś zgnić w celi”. I tak sobie myślę: skoro za fatalne zachowanie pojedynczego księdza można zażądać przeprosin Episkopatu, to może zagadnąłbym panią Annę Nasiłowską, prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, o odpowiednio energiczną reakcję na słowa Marii Nurowskiej? Może być bez nawiązki.

 

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej