Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Rządy gerontów. Biden i Trump jako przykrywka dla polityki elit

Trump i Biden są jak spartańscy geronci ludowi. Zapewniają demokratyczną legitymizację polityki elit i są emocjonalnym spoiwem dla społecznych dołów. A prawdziwa polityka jest gdzie indziej

Istnieją dwie narracje na temat objęcia stanowiska Prezydenta USA przez Joe Bidena. Pierwsza, ta „zła”, rozpowszechniana jest przede wszystkim przez zwolenników prezydenta Donalda Trumpa. Jest opowieścią o tym, jak to dobry prezydent, który postawił się złym, skorumpowanym i zdegenerowanym elitom politycznym i ujął się za prostymi obywatelami, został pozbawiony urzędu w wyniku oszustwa wyborczego. Druga, ta „dobra”, powielana jest w mainstreamowych mediach. Jest ona z kolei opowieścią o tym, jak to w Białym Domu zasiadł niebezpieczny i nieodpowiedzialny człowiek, który poróżnił obywateli USA, a kraj wystawił na różnorakie zagrożenia – ale na szczęście zjawił się mąż opatrznościowy, który pokonał go w uczciwych wyborach, i teraz zaprowadzi pokój i dobrobyt.

Z tymi narracjami jest jak ze znaną serią memów: pewnej kobiecie pokazywane są dwa obrazki i ma określić, czym się one różnią, ona zaś stwierdza, że te obrazki są takie same. Te historie są nie tylko takie same – duże podobieństwo jest też między ich głównymi bohaterami. Z pewną przesadą można rzec, że mamy do czynienia z tym samym politykiem, który tylko używa Donalda Trumpa i Joe Bidena jako swoich masek.

Fałszywy ratunek przed populizmem

Kiedy w 2017 roku Donald Trump obejmował urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, podniosły się głosy, że oto kończy się neoliberalizm. Orbán i Fidesz na Węgrzech, Kaczyński i PiS w Polsce, Trump i republikanie w USA (plus jeszcze kilka innych nazwisk i ugrupowań) – to wszystko miało świadczyć, że wznosząca się fala populizmu zmiata stary porządek, by ustanowić nowy.

Z pewną przesadą można rzec, że mamy do czynienia z tym samym politykiem, który tylko używa Donalda Trumpa i Joe Bidena jako swoich masek

W starym porządku rywalizacja polityczna odbywała się pomiędzy prawicowymi liberałami, centrowymi liberałami a lewicowymi liberałami (a wszyscy oni zmierzali do tego, być bardziej centrowymi, czyli de facto bardziej liberalnymi). Demokracja nie oznaczała już realizacji woli ludu, lecz wprowadzanie w życie „demokratycznych wartości”, które były ustalane przez niewybieralne elity. Wolny handel i nieskrępowana ekspresja jednostek, porzucających krępujące je tożsamości narodowe, klasowe i seksualne, skutkowały natomiast wzrostem cyfrowej, prawnej i społecznej kontroli. Co najważniejsze, coraz więcej obywateli traciło swój dobrobyt na rzecz wąskiej grupy, która spijała śmietankę. Kolejne elekcje nie przynosiły żadnych zmian – skoro do wyboru byli tylko polityczni liberałowie. Nieważne, czy głosowało się na lewicę, czy prawicę – i tak o wszystkim decydować miał mityczny Rynek. „Po pierwsze Gospodarka, głupcze”. Gospodarka, w której najwyraźniej najważniejsze było, by rosły słupki, niż by miało się powodzić przeciętnemu Smithowi czy Kowalskiemu. Dla takiego porządku nie miało być żadnej alternatywy. No, chyba, że piekło „faszyzmu” (lub „socjalizmu” – wersja dla tych bardziej na prawo). Nic dziwnego, że w ludziach którzy na co dzień żyli w poczuciu zagrożenia materialnych podstaw egzystencji, i w przekonaniu, że nic od nich nie zależy, narastała frustracja.

Ta frustracja zaczęła się wylewać. Od dłuższego czasu mamy kolejne zagrożenie dla „prawdziwej demokracji”, czyli populizm. Przybiera on różne formy. Populistyczna może być zarówno lewicowa Syriza, jak i prawicowy Fidesz. Wystarczy tylko zakwestionować dogmaty „demokratycznych wartości”, wyznawanych przez liberalną oligarchię, i już jest się demonem populizmu. Zważywszy, że słowo populizm wywodzi się od łacińskiego „populus”, czyli lud, wygląda na to, że wrogiem demokracji, czyli rządów ludu, jest sam lud. A gdy uświadomimy sobie, że słowo „demokracja” było obelgą, jaką ateńscy oligarchowie rzucili na gorzej sytuowanych obywateli swojej polis, chcących wpływać na losy swego państwa, to możemy za Koheletem powiedzieć: nic nowego pod słońcem. Populistycznym ruchem w stanie czystym był bunt „żółtych kamizelek” we Francji w 2018 r. Spontanicznie skrzyknięci obywatele postanowili zaprotestować przeciwko antyspołecznej polityce rządu. Rządu, na którego czele stał Emmanuel Macron, człowiek głęboko powiązany z światem wielkiego biznesu, piastujący wcześniej ważne stanowiska polityczne, który na potrzeby prezydenckich wyborów w 2017 roku został wykreowany na niezależnego kandydata, wręcz osobę spoza systemu. Widać macherzy znad Sekwany uznali, że skoro taka sztuczka udała się w USA, to czemu miałaby nie udać się w Francji.

Trump nie jest buntownikiem

Co tak naprawdę zdarzyło się w Stanach Zjednoczonych w listopadzie 2016 roku? Pomińmy histeryczne odpowiedzi, że zwyciężył faszyzm/nazizm/rasizm, czyli po prostu ZŁO. Zwyciężył starszy człowiek, będący bardzo bogatym przedsiębiorcą, obracający się w kręgach amerykańskiej elity, przez wiele lat będący zwolennikiem Partii Demokratycznej, z małą przerwą na popieranie Partii Reform, założonej przez innego amerykańskiego krezusa, Rossa Perota. W końcu został prezydentem z ramienia drugiej największej partii politycznej w USA. Brzmi to jakoś mało populistycznie.

Rzekoma zdrada Trumpa jakoś nie przeszkodziła mu w osiągnięciu i nominacji i prezydentury

Oczywiście zwolennicy Trumpa powiedzą, że zawsze wyrażał on swoje poparcie dla amerykańskiej klasy robotniczej, a historia zna przypadki, że członek elity stawał przeciwko swojej kaście. Powiedzą, że przecież kandydaturze Trumpa sprzeciwili się nie tylko demokraci, ale także liczni prominentni politycy republikańscy, i ta nieformalna koalicja trwała także podczas prezydentury. Zgadza się – tyle że Trump nadal pozostawał kandydatem i prezydentem z ramienia jednej z dwóch głównych amerykańskich partii politycznych. Jego rzekoma zdrada jakoś nie przeszkodziła mu w osiągnięciu i nominacji i prezydentury. A tymczasem u konkurencyjnych demokratów realne alternatywy dla Hillary Clinton, czyli Bernie Sanders i Tulsi Gabbard, zostały poddane różnorakim naciskom, włącznie z cenzurą medialną. Dzięki temu ta, która miała wygrać, wygrała, by następnie spektakularnie przegrać w wyborach prezydenckich.

Praktyka polityczna Trumpa też jakoś nie była specjalnie populistyczna. Jedyny prawdziwy populista z jego otoczenia, Steve Bannon, został bardzo szybko usunięty z administracji. W polityce zagranicznej Trump nie wywołał żadnej nowej wojny, a konsekwentnie skracał fronty, by mieć większy potencjał do mocniejszego przyciskania ChRL. Półoficjalnie, eksperci od geopolityki i spraw bezpieczeństwa międzynarodowego powiązania z ekipą Baracka Obamy mówili, że styl Trumpa jest fatalny, metody mogłyby być inne, ale ogólne kierunki są bardzo dobre – i Hillary Clinton sterowałaby w tym samym kierunku. W polityce wewnętrznej Trump raczej trzymał się starych (liberalnych) metod, uznając, że jak się będzie dobrze wieść wielkim, to i maluczkim sporo skapnie z pańskiego stołu. No, cóż, Pas Rdzy jak rdzewiał, tak rdzewieje.

Najbardziej kontrowersyjna w tej kadencji była narcystyczna osobowość 45 prezydenta USA. Być może taka prezydentura była potrzebna jako swoiste intermezzo w koncercie mocarstw. Był to prezydent szermujący sloganami spod szyldu „America first!” i wywierający dzięki temu presję na sojuszników. Prezydent kończący zaoceaniczne ekspedycje militarne, by w ten sposób zbierać siły do konfrontacji z Chinami. Równocześnie – budzący silne emocje społeczne, by odwrócić uwagę ludzi od problemów, którymi według elity ludzie nie powinni się zajmować. Takich jak coraz bardziej dysfunkcyjny system gospodarczy, który sprawia, że „American dream” z czasem staje się jedynie snem. A owa dysfunkcjonalność sprawia nie tylko, że pogłębia się przepaść pomiędzy garstką bogaczy a masą biednych, ale także, że demokracja staje się systemem fasadowym. A za tą fasadą skrywa się rząd elity, coraz bardziej niezależny od woli wyborców. I tutaj – jak w puencie znanego dowcipu – pojawia się Joe Biden. Cały na biało.

Superbohaterowie po siedemdziesiątce

Joe Biden był zbyt wysoko na świeczniku, by można go było wykreować na niezależnego trybuna ludowego. Rozpętano jednak (przede wszystkim dzięki mediom) taką histerię, że nawet bez tych pozorów Biden mógł odegrać rolę zbawcy. Oto przybywa, by wyciągnąć Amerykę z problemów międzynarodowych i gospodarczych, by uleczyć ją z konfliktów, które ją rozrywają.

Wiek prezydentów to aspekt raczej pomijany w poważnych analizach politycznych. Jednak czy słusznie? Nie da się ukryć, że zarówno Trump, jak i Biden to seniorzy. Tymczasem zostali obsadzeni w roli bohaterów (czy nawet superbohaterów, co jest typowe dla amerykańskiej popkultury). Ich zadanie to uratowanie Ameryki przed wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi, i przemiana tego kraju w Królestwo Szczęśliwości. W mitach i baśniach takie zadania stoją zwykle przed ludźmi młodymi, przed pogardzanymi przez wszystkich „głupimi Jasiami” najmłodszymi z rodzeństwa. Jest też liczny zastęp bohaterów w wieku średnim. Starcy zwykle są obsadzani w roli mądrych doradców. W obecnej zaś polityce mamy coraz mocniejszą tendencję do dominacji polityków w wieku 50+.

Rozpętano taką histerię, że Biden mógł odegrać rolę zbawcy. Oto przybywa, by wyciągnąć Amerykę z problemów międzynarodowych i gospodarczych, by uleczyć ją z konfliktów, które ją rozrywają

Można oczywiście argumentować, że starość to dojrzałość, rozwaga, doświadczenie i mądrość, a ruchy, które w zeszłym wieku afirmowały młodość albo utopiły świat we krwi, albo okazały się wielkim rozczarowaniem. Tymczasem współcześnie ludzie stojący przed poważnymi problemami potrzebują stabilnych i rozsądnych przewodników. Tyle że starość ma swoją drugą stronę. Jest nią nadmierna ostrożność, nieufność wobec nowych rozwiązań, skłonność do poprzestawania na tym, co już jest, ciasny konserwatyzm, złośliwa zazdrość wobec młodszych, czyli – ogólnie – stagnacja.

Spójrzmy przede wszystkim na zachodnie społeczeństwa, wśród których to amerykańskie zajmuje miejsce centralne. Tu już nie chodzi nawet o demografię, o zauważalne biologiczne starzenie się Zachodu. Zachód zestarzał się mentalnie. Zachodnia młodzież chce wykonywać zawody, które nie kojarzą się z ciężką pracą, takie jak youtuber czy influencer – i zarabiać na tym bardzo duże pieniądze. Żyjemy w dysfunkcyjnym systemie gospodarczym, który ma szkodliwy wpływ na środowisko naturalne i pogłębia nierówności ekonomiczne. Czynią one demokrację zwykłą fasadą, ale ludzie wolą się pocieszać sloganami o zielonym kapitalizmie. Wolą cieszyć się, że nadal mogą kupować na potęgę, ale pod warunkiem, że będą kupować odpowiedzialnie, najlepiej – towary które mają w nazwie „eko”. Czeka na nas nowa Era Wielkich Odkryć, tym razem w Kosmosie, pełnym zasobów do zdobycia i potencjalnych miejsc do kolonizacji, ale nie wyruszamy w tę przestrzeń, bo to za drogie – a pieniądze lepiej wydać na rozwiązanie ważnych problemów społecznych na Ziemi. Jednak nie rozwiązujemy tych problemów, tylko zapętlamy się w sporach polityki tożsamości. Mamy więc takich przywódców, na jakich zasługujemy.

Realne ośrodki decyzyjne stają się coraz bardziej skryte, zwłaszcza że cele elit coraz bardziej kolidują z żądaniami reszty społeczeństwa (te różnice maskuje się za pomocą tak zwanych wymagań rynków lub innych cyfrowych wskaźników). Wybieralna głowa państwa, na przykład szef rządu, staje się natomiast generatorem emocji społecznych. Zbiera społeczne te emocje, ale też je generuje.

Starość ma swoją drugą stronę. Jest nią nadmierna ostrożność, ciasny konserwatyzm, złośliwa zazdrość wobec młodszych, czyli – ogólnie – stagnacja

W Sparcie istniała instytucja geruzji – rady starszych. W jej skład wchodziło dwóch królów i 28 gerontów, starszych obywateli wywodzących z najbogatszych obywateli. Był to swego rodzaju rząd, wybierany przez spartańskie zgromadzenie ludowe. Skład współczesnej geruzji nie pochodzi z wyborów. Decyduje kryterium ekonomiczne. Ale geruzja może do demokratycznych igrzysk wytypować swoich przedstawicieli. Będą swego rodzaju gerontami ludowymi, zapewniającymi przede wszystkim demokratyczną legitymizację polityki elit, i emocjonalnym spoiwem dla społecznych dołów.

Tak moim zdaniem można rozumieć prezydenturę Donalda Trumpa, jak i Joe Bidena.

W tym kontekście wszelkie spekulacje, czy personalnie dany polityk da radę stojącym przed nim wyzwaniom, uważam za bezpodstawne. Polityka będzie się dziać niezależnie od tego, jaką osobowość czy stan zdrowia prezentuje konkretny polityk. A w sprawie obecnego gospodarza Białego Domu – jeśliby się potwierdziły przecieki na temat jego formy zdrowotnej, czy wręcz psychicznej, mielibyśmy naprawdę mocny dowód na fasadowość amerykańskich instytucji demokratycznych.

Ameryka pada pod własnymi ciężarami

Na koniec parę słów o tym, jak mogą w związku z tym wyglądać odpowiedzi administracji Joe Bidena (czy też amerykańskiej geruzji) na wyzwania stojące przed USA. W perspektywie zewnętrznej dobrym przykładem jest to, co stało się w Afganistanie. W szerokim odbiorze to, co się tam wydarzyło, jest interpretowane jako klęska Stanów Zjednoczonych, jako porażka kolejnego imperium (Afganistan jako cmentarzysko imperiów). Sprawa nie jest jednak wcale taka prosta.

Jeżeli za punkt wyjścia przyjąć deklarowane na początku interwencji w Afganistanie cele – utworzenie demokratycznego państwa i eliminację talibów z afgańskiego życia politycznego – to niewątpliwie Amerykanie ponieśli dotkliwą porażkę. Trzeba w ogóle zauważyć, że globalna wojna z terrorem, a zwłaszcza dwa intensywne konflikty asymetryczne w Iraku i Afganistanie, doprowadziły do poważnej zadyszki amerykańskiego mocarstwa. Zapewne w jego kręgach decyzyjnych narodziła się refleksja, że tak dalej być nie może, i trzeba zmienić metody, zwłaszcza że na plecach czuć było coraz silniej oddech chińskiego smoka.

Realne ośrodki decyzyjne stają się coraz bardziej skryte, zwłaszcza że cele elit coraz bardziej kolidują z żądaniami reszty społeczeństwa

29 lutego 2020 roku USA podpisują z talibami w Katarze porozumienie w sprawie zakończenia działań wojennych. Wojska NATO miały się wycofać z Afganistanu, talibowie mieli zerwać wszelkie kontakty z organizacjami terrorystycznymi i wziąć udział w rozmowach pokojowych z innymi ugrupowaniami afgańskimi. Umowa była dziełem administracji Trumpa, ale administracja Bidena skrupulatnie ją wypełniła. Wojska NATO wycofały się z Afganistanu, a stworzone przez Zachód tamtejsze struktury rozpadły się jak domek z kart pod naporem talibów. Odlatujące z Kabulu amerykańskie śmigłowce porównywano do amerykańskich śmigłowców odlatujących z Wietnamu w ucieczce przed tamtejszymi komunistami. Tyle że po zdobyciu Kabulu przez talibów mieliśmy spektakl pod tytułem „Ewakuacja z Kabulu”. Amerykanie i ich sojusznicy (w tym Polacy), nieniepokojeni przez nikogo, wywieźli z Afganistanu swoich współpracowników z rodzinami. Czegoś takiego w latach 60. zeszłego wieku w Wietnamie nie było. Ale, ktoś mi zaraz powie, że jak to nieniepokojeni, przecież był zamach. Owszem, był zamach w którym zginęli afgańscy cywile, amerykańscy żołnierze i… talibowie. Zamachu bowiem dokonało Państwo Islamskie. To samo Państwo Islamskie, z którym talibowie są w stanie wojny. Tak, tak, są z nimi w stanie wojny, i dzięki temu talibowie uważają, że są częścią międzynarodowej koalicji antyterrorystycznej. Co do NATO, Talibowie tylko pohukiwali, żeby szybciej kończyć tę ewakuację, a równocześnie ogłosili amnestię dla tych, którzy współpracowali z zachodnimi interwentami i odbyli szereg rozmów z wysokimi rangą funkcjonariuszami CIA.

Ta „klęska” raczej wygląda więc na realną ocenę tego, co można, a czego nie można zrobić w Afganistanie. A jeżeli spojrzymy w przeszłość, to zobaczymy, że ta strategia była używana już w czasach administracji Baracka Obamy. Chodzi o tak zwane kolorowe rewolucje, prowadzące do politycznego chaosu w krajach Maghrebu i krwawego konfliktu w Syrii, z którego wyłoniło się Państwo Islamskie. Amerykanie starali się osiągać własne cele miejscowymi siłami, nie wybrzydzali w doborze sojuszników i jeżeli sytuacja nie szła po ich myśli – zmieniali i taktykę i sojusze. Co ważne, bardzo mocno ograniczyli swoje zaangażowanie militarne. I tak zapewne będzie wyglądało budowanie pax Americana w najbliższych latach. Realna ocena miejscowego układu i swoich sił, delegowanie zadań na podmioty zewnętrzne i bezpośrednie zaangażowanie militarne ograniczone do niezbędnego minimum. Zwiększająca się presja ChRL tym bardziej będzie sprzyjać takim realistycznym posunięciom. To, że w Afganistanie teraz będzie niestabilnie – bo zwycięstwo talibów może być wstępem do nowej wojny domowej – będzie już teraz bardziej problemem decydentów z Pekinu niż Waszyngtonu.

Decydujące zaś co do przyszłości USA może być to co się stanie w perspektywie wewnętrznej. Ostatnio hitem internetu była filmowa relacja, bez żadnego komentarza, z samochodowej przejażdżki ulicami Filadelfii. Duże amerykańskie miasto – a można było odnieść wrażenie, że widzi się ulice trzeciego świata. Kto zna się na środkach odurzających, może bezbłędnie po zachowaniu poszczególnych osób na filmie wskazać, pod wpływem jakich narkotyków były. Coraz bardziej powiększa się margines społeczny, rośnie liczba obywateli, którzy – aby w miarę normalnie egzystować – muszą korzystać ze stanowych czy federalnych programów socjalnych. Problemy ekonomiczne przekładają się na problemy z dostępem do usług medycznych i edukacji. To z kolei powoduje problemy z rekrutacją do firm na stanowiska wymagające fachowej wiedzy i do armii. Duże firmy radzą sobie dzięki drenażowi mózgów, a armia będzie musiała bardziej polegać na pomocy sojuszników i usługach prywatnych firm wojskowych. Chwytając się znowu analogii z Antykiem – to starożytni Rzymianie mogliby coś powiedzieć Amerykanom na temat polegania na najemnikach w kluczowych dla bezpieczeństwa państwa sektorach.

Suknia pani Ocasio-Cortez może więc być przysłowiowym wołaniem na puszczy, a amerykańskie imperium nie padnie w ogniu wojny, lecz zawali się pod wpływem wewnętrznych ciężarów

Administracja Bidena zdaje sobie sprawę z poważnych wyzwań społecznych, jakie przed nią stoją, ale na razie to nie projekty ustaw w tych dziedzinach są wizytówką nowej ekipy rządzącej – a biała suknia z krwistym napisem „Tax the rich” pani senator Ocasio-Cortez. Nie zbywałbym tej kwestii tak łatwo zarzutem, jaki popłynął z lewa i prawa – że to hucpa i hipokryzja. Ameryka potrzebuje poważnej korekty ustroju społeczno-gospodarczego. Bogacze mają większy wpływ na politykę, a dzięki temu większe możliwości ustawiania systemu tak, by mogli bez przeszkód powiększać swoje zyski, na przykład przez omijanie różnorakich podatków (z czego obecnie najbardziej znana jest firma Amazon). Obecny kryzys zdrowotny jeszcze bardziej to unaocznił. Wielu ludzi dotkliwie finansowo odczuło  skutki pandemii, ale Jeff Bezos i jemu podobni na pandemii wręcz zyskali. Czy jednak prospołeczna korekta w Stanach Zjednoczonych jest możliwa? Główne partie są coraz bardziej zakładnikami wielkiego biznesu, ale też kultura amerykańska promuje nadal postawę self-made mana. Mimo że wielu Amerykanów jest zależnych od pomocy socjalnej, mogą oni krytycznie zareagować na szerzej zakrojone reformy społeczne, gdyż uznają to za zamach na ich wolność. Lobbing i kulturowy egoizm społeczny mogą skutecznie zahamować jakiekolwiek próby naprawy. Suknia młodej członkini Izby Reprezentantów może więc być przysłowiowym wołaniem na puszczy, a amerykańskie imperium nie padnie w ogniu wojny, lecz zawali się pod wpływem wewnętrznych ciężarów.

Filozof, absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, współpracował z wydawnictwem Vesper i portalem Rebelya, w latach 2003-2005 redaktor „Naszej Gazety Regionalnej” w Choszcznie

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Rządy gerontów. Biden i Trump jako przykrywka dla polityki elit”

  1. Wojciech-Tomaszewski pisze:

    Bardzo dobry artykuł, z jedną drobną uwagą. A. Ocasio-Cortez nie jest senatorem tylko członkiem Izby Reprezentantów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz