Newsletter

Rząd widzi, że doszedł do ściany

Przy okazji protestu niepełnosprawnych Prawo i Sprawiedliwość zbiera żniwo własnego populizmu. Rachunek zapłaci ktoś inny. Milionerzy i… bezrobotni?

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

„Danina solidarnościowa”, zaproponowana właśnie przez Ministerstwo Finansów, nie ma nic wspólnego z solidarnością wobec osób niepełnosprawnych. Ta może być bowiem jedynie dobrowolna – reszta to państwowa redystrybucja, przy której pieniądze ściąga się za pomocą podatków. Jest to więc nic innego, jak nowy podatek dochodowy – dlatego w tym wypadku trzeba dyskutować o „daninie solidarnościowej” jak o podatku właśnie.

Trzeba przyznać, że została sprytnie wymyślona. O ile zostanie wprowadzona, główna jej część będzie ściągana od niewielkiej ilości osób – od ok. 25 proc. tych, których swobodnie można nazwać dochodowymi milionerami, gdyż odbierane będzie im zaledwie 4 proc. nadwyżki ponad milion zarobionych rocznie złotych. Wpisuje się to w niekończącą się krucjatę przeciwko „bogatym”, a jednocześnie nie uderza w ludzi aspirujących do przynależności do klasy średniej, jak to było np. w przypadku zmian w kwocie wolnej od podatku. Trudno uznać, by w ten sposób odbierano komuś chleb. Do tego na daninę będzie odprowadzana część składki na Fundusz Pracy (w wysokości 0.15 proc. podstawy). Sama składka na FP (2,45 proc.) ma pozostać bez zmian (nie będzie się więc wiązała z podwyżką kosztów pracy).

Jednak ogólnie rzecz biorąc cel zostanie osiągnięty. Wyborców przekona się, że „pieniądze się znalazły”, a jednocześnie nie spełni się wszystkich oczekiwań protestujących w sejmie. I oni ostatecznie mogą utracić sympatię opinii publicznej, jeśli protest będzie się zanadto przeciągał. Pozostanie jednak pytanie: dlaczego musimy sięgać po takie rozwiązania, skoro od dwóch lat jesteśmy przekonywani do tego, że gospodarka ma się świetnie i że są pieniądze na tak kosztowne rozwiązania, jak 500+ czy obniżenie wieku emerytalnego? Przecież „wystarczy nie kraść” – i już znajdują się dziesiątki miliardów złotych rocznie na pokrycie obietnic wyborczych. Podejrzewam, że dlatego, że rządzący zauważyli, iż doszli do ściany. Swoim „pokazaliśmy, że da się” prowokują do sięgnięcia po pieniądze kolejne grupy społeczne. A jednocześnie wiedzą – przynajmniej mam taką nadzieję – że ostatecznie nie da się rozdawać pieniędzy w nieskończoność. I że dobra koniunktura gospodarcza nie będzie trwać wiecznie. Nadal mamy deficyt budżetowy, nawet jeśli wyjątkowo niski, a jeśli przyjdzie spowolnienie, to pozostaniemy ze stałymi wydatkami, ale z niższymi wpływami. Już zresztą widać spowolnienie gospodarcze w Niemczech, z którymi przecież jesteśmy mocno gospodarczo powiązani. Teraz każdy dodatkowy miliard wydatków może oznaczać problemy w przyszłości.

Dlaczego musimy sięgać po takie rozwiązania, skoro od dwóch lat jesteśmy przekonywani do tego, że gospodarka ma się świetnie i że są pieniądze na tak kosztowne rozwiązania, jak 500+ czy obniżenie wieku emerytalnego?

Oczywiście można było do tej sprawy podejść inaczej, w inny sposób stawiając priorytety. Osoby niepełnosprawne są w większej potrzebie, niż zdrowe dzieci bogatych rodziców. Jednak zasady demokracji są nieubłagalne: tu większość, dbając o to, by państwo opiekuńcze czy interweniujące na rynku było jak najbardziej rozbudowane, nie dba o najsłabszych, tylko o siebie. Łatwiej jest przekonać do głosowania na swoją listę obietnicą dania każdemu 500 zł na drugie i kolejne dziecko, niż obietnicą zwiększenia wydatków na pomoc osobom niepełnosprawnym, nawet jeśli to pierwsze nie jest w takiej formie realnym priorytetem polityki społecznej, i kosztuje dziesięć razy więcej. Dobrze to zresztą widać na przykładzie drugiego filaru „daniny solidarnościowej”, czyli potrącenia z Funduszu Pracy. Przecież to, że 650 mln zł rocznie, bez jednoczesnego podniesienia składki, zostanie z FP przeznaczone na niepełnosprawnych oznacza, że będzie mniej pieniędzy na przeciwdziałanie bezrobociu czy zasiłki dla osób pozostających bez pracy. Te od lat są na bardzo niskim poziomie, nie przekraczają w najbardziej hojnych przypadkach tysiąca złotych na rękę i nie stanowią poduszki bezpieczeństwa na wypadek powinięcia się nogi na rynku pracy. Zajęcie się tym tematem mogłoby stanowić istotny wkład do budowy rozwiązań typu flexicurity w Polsce (oczywiście w połączeniu z uelastycznieniem prawa pracy), ale o tym rządzący nie myślą, radośnie przekładając pieniądze z jednej kieszeni do drugiej. Ten ubytek trzeba będzie uzupełnić, chyba że na „daninę solidarnościową” mają się zrzucić, prócz milionerów, także de facto bezrobotni.

W tej chwili PiS zbiera żniwo własnego populizmu i przekonywania wyborców do tego, że każdy wydatek jest możliwy. Jednocześnie co rusz okazuje się, że jednak nie jest.