Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Rewolucja demokratyczna będzie umiarkowanie konserwatywna

Umiarkowanie konserwatywna opozycja w Polsce ma parę miesięcy czasu na wykonanie podczas szalejącej pandemii najważniejszej dla siebie pracy politycznej: uzgodnienie składu pozapartyjnego gabinetu fachowców

Znajdujemy się w osobliwym punkcie procesu politycznego, który pozwolę sobie roboczo określić jako odłożoną w czasie potencjalną antypisowską rewolucję demokratyczną. Aby wyjaśnić na wstępie możliwe nieporozumienie precyzuję, że nie chodzi tu o rewolucję połączoną z masywnym użyciem przemocy i całościowym zakwestionowaniem struktury politycznej i społecznej, ale o proces przyspieszonej zmiany władzy, w którym kontestujące władzę działania opozycji parlamentarnej łączą się aktywnością obywatelską, chociażby z masowymi demonstracjami żądającymi zmiany władzy. Wymiar rewolucyjny polega tu na tym, że zrutynizowany element demokratyczny (wybory parlamentarne) bardziej sankcjonuje proces zmiany władzy niż jest jego realną przyczyną. W sytuacji, w której powstaje silny obóz antyrządowy i jego podstawowym postulatem są przedterminowe wybory, choć rząd ma większość w parlamencie, to jeśli obóz władzy przystaje na to żądanie (w wyniku połączenia działań mniejszościowej opozycji w parlamencie i masowych demonstracji), w tym samym momencie traci władzę, a wynik wyborów tylko nadaje tej zmianie polor demokratyczny.

Specyfika obecnego etapu polega na tym, że pojawiły się przesłanki rewolucji demokratycznej, ale mogą one zostać politycznie skonsumowane dopiero po zakończeniu pandemii albo też po jej wejściu w łagodną fazę; podczas zarazy nie obala się rządów.

Jednakże połączenie ubytku w owsiance z świadomym i cynicznym wystawieniem wspólnoty na szwank tworzy razem przesłankę rewolucyjną. To cyniczne i świadome wystawianie przez rządzących wspólnoty na szwank dotyczy zarówno obrony przed pandemią, jak i głębokiego konfliktu wokół aborcji

Przesłanka rewolucyjna

Na czym polegają te przesłanki odłożonej rewolucji? Otóż przed wyborami w 2015 roku i tuż po zdobyciu władzy PiS skonstruował swój pakiet dla Polaków, który zawierał trzy pozycje. Pierwszą była polityczna redystrybucja szacunku społecznego (partia „zwykłych Polaków” przeciwko partii „elit” – tu głównie chodziło o PO – które zwykłym Polakiem pogardzają). Drugą – redystrybucja dóbr materialnych, w postaci najpierw 500+, a później rozszerzających się transferów socjalnych, na rzecz tych, którzy podział zysków z transformacji i członkostwa w Unii Europejskiej uznawali za niesprawiedliwy i dla siebie krzywdzący (pozytywna reakcja na żądanie dickensowskiego Olivera Twista: „chcę trochę więcej owsianki”). Trzecią zaś było ustanowienie swojego politycznego monopolu na obronę wspólnoty przed zagrożeniami (to że były one wyimaginowane nie ma najmniejszego znaczenia): najpierw tym zagrożeniem byli uchodźcy muzułmańscy, później „gender”, a na końcu LGBT. Istotne było to, że właściwie nikt po stronie opozycyjnej nie przedstawiał alternatywnej wobec pisowskiej wizji wspólnoty, wizji zagrożeń wobec niej i szans, które przed nią stoją, przemawiającej do wielkich grup społecznych.

Otóż bieg wydarzeń i aktywność obozu władzy wykreśliły z tego pakietu dwie pozycje:  po pierwsze: więcej owsianki, bo w związku z pandemią wszyscy wiedzą, że owsianki nie będzie więcej, ale mniej. To, samo w sobie, nie musiało podważać politycznej pozycji PiS; ogromna większość Polaków to ludzie rozsądni, którzy zdają sobie sprawę, że w pandemicznej i popandemicznej rzeczywistości gospodarczej na więcej owsianki nie ma co liczyć, a nawet można się spodziewać, że będzie jej mniej. Jednakże połączenie ubytku w owsiance z świadomym i cynicznym wystawieniem wspólnoty na szwank tworzy razem przesłankę rewolucyjną. To cyniczne i świadome wystawianie przez rządzących wspólnoty na szwank dotyczy zarówno obrony przed pandemią, jak i głębokiego konfliktu wokół aborcji.

Wyszły z was cienkie bolki

W „kompromisie aborcyjnym” chodzi o aborcję i jest to kwestia niesłychanie ważna sama przez się, ale istotne jest też to, iż jest on częścią większej całości; w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku z dużymi bólami, w wyniku konfliktów i starć ukształtowały się relacje państwo-Kościół, religia-polityka, prawo stanowione-prawo Boże; kompromis aborcyjny był ważną, może kluczową, częścią tej konstrukcji, która aż do wygrania wyborów przez PiS nie budziła znaczących oporów

Trzeba zauważyć, że zagrożenie pandemią ma silny wymiar wspólnotowy. Zagrożeni jesteśmy – pośrednio lub bezpośrednio – my wszyscy jako wspólnota, a nie tylko my wszyscy jako zbiór jednostek. Zagrożona wspólnota jednoczy się wokół rządzących i to fenomen wiosny tego roku. Z ekranów telewizorów patrzył na wspólnotę minister Szumowski, który miał podkrążone oczy, więc wspólnota była przekonana, że on się nią przejmuje i o nią troszczy. Reakcja zwrotna była oczywista: skoro obóz władzy się nami przejmuje i o nas troszczy, to my się wokół niego jednoczymy. To przekonanie zostało nadwątlone szaleńczą szarżą Jarosława Kaczyńskiego na wybory prezydenckie w maju, ale nie zniknęło. W czerwcu i lipcu pandemiczny uścisk zelżał, premier Morawiecki ogłosił, że koronawirus leży na łopatkach, na naszej uliczce zaświeciło słoneczko i pozostaje nam ruszyć do przodu pod przewodem dobrej zmiany. To między innymi przyczyniło się do wygranej Andrzeja Dudy, ale weryfikację przyniósł przełom października i września – i była ona dla rządu i PiS zabójcza.

Powtarzam, Polacy to w ogromnej większości ludzie rozsądni, i zrozumieliby, że rząd popełnia błędy, gdyby je sprawnie korygował i wiarygodnie się komunikował z obywatelami. Ale w październiku przerażona publiczność mogła oglądać danse macabre, w którym rząd miotał się chaotycznie, kłamał, zaprzeczał samemu sobie, raz straszył, raz uspokajał, ale stale twierdził, że nie ma sobie nic do zarzucenia, ma sytuację pod kontrolą, a kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli, to nie jego wina. Rozpowszechnia się i pogłębia ocena sytuacji, że mamy do czynienia z koktajlem niekompetencji, nieodpowiedzialności i skrajnego politycznego cynizmu, a władza skupiona jest nie na ludziach i wspólnocie, ale obronie własnych interesów politycznych. Można tę ocenę sformułować w języku plebejskim: jak broniliście Polski przed uchodźcami, genderem i LGBT to byliście szuru-buru i figo-fago; jak przyszło do realnego zagrożenia, to wylazły z was cienkie bolki.

Zburzenie konstrukcji konstytucyjnej

Na tę miażdżącą weryfikację nałożył się niszczący dla wspólnoty konflikt o wyrok quasi-Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Przyczynami konfliktu są: czas podjęcia decyzji, wybrana metoda i treść decyzji. Nikt nie ma wątpliwości, że nie był to wyrok niezawisłego Trybunału Konstytucyjnego, ale decyzja polityczna podjęta przez prezesa PiS. Dla wspólnoty czas był najgorszy z możliwych: nie podejmuje się decyzji obarczonych pewnością masywnego konfliktu w czasach kryzysowych: grożącej wojny, powodzi, trzęsienia ziemi i pandemii. Po drugie skrajny sprzeciw musiała budzić metoda: posłużenie się quasi-Trybunałem, a nie uchwaleniem ustawy. Krytyka PiS pod adresem TK z końca 2015 i 2016 podnosiła, że Trybunał zdegenerował się do „trzeciej izby parlamentu” i niewielkie grono pozbawione demokratycznego mandatu blokuje i wypacza całkowicie woluntarystycznie wolę suwerena. W październiku 2020 sytuacja odwróciła się o 180 stopni. To przekształcony w przybudówkę PiS quasi-TK zlikwidował kompromis aborcyjny obrosły w 27 letnie trwanie i cieszący się akceptacją olbrzymiej większości Polaków.

W sytuacji, w której podważenie legitymacji efektywnościowej osłabiło legitymację demokratyczną, naturalne staje się powszechne żądanie przedterminowych wyborów, dzięki którym władza odnawia swoje uprawomocnienie, a wspólnota się reintegruje

Po trzecie, skrajnie negatywne reakcje większości społeczeństwa musiała wzbudzić treść tej decyzji. W „kompromisie aborcyjnym” chodzi o aborcję i jest to kwestia niesłychanie ważna sama przez się, ale istotne jest też to, iż jest on częścią większej całości; w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku z dużymi bólami, w wyniku konfliktów i starć ukształtowały się relacje państwo-Kościół, religia-polityka, prawo stanowione-prawo Boże; kompromis aborcyjny był ważną, może kluczową, częścią tej konstrukcji, która aż do wygrania wyborów przez PiS nie budziła znaczących oporów. W tym sensie kompromis aborcyjny, choć formalnie nie miał rangi normy konstytucyjnej, był istotnym elementem konstytucji realnej. Po zdobyciu władzy przez PiS życzliwe co do zasady relacje państwa z Kościołem katolickim zdegenerowały się w lepką komitywę między partią rządzącą a klerem. Likwidacja kompromisu aborcyjnego oznacza wypowiedzenie przez PiS umowy konstytucyjnej w o wiele szerszym zakresie i o wiele głębiej niż w przypadku zawłaszczenia Trybunału Konstytucyjnego. Można powiedzieć, że nie tylko kobietom ograniczono prawo wyboru; w sytuacji dramatycznej zburzono realną konstrukcję konstytucyjną, która w niesłychanie ważnym dla wspólnoty zakresie organizowała wspólny świat.

Niezdolność do obrony wspólnoty przed zagrożeniem epidemicznym i cyniczne wywołanie w niej głębokiego konfliktu, co spowodowało bezprecedensową falę protestów, ma głębokie i długotrwałe konsekwencje polityczne. Zasadniczo osłabła albo została niemal zlikwidowana legitymacja efektywnościowa PiS i jego rządu. Pierwotnie politolodzy mówili o legitymacji władzy mając na myśli źródło jej pochodzenia i powołania; w demokracjach władze legitymizują wolne, uczciwe i demokratyczne wybory (input legitimacy). Ale istotna jest też legitymacja efektywnościowa (output legitimacy): władza legitymizuje się także przez prowadzone przez siebie polityki; jeśli nie wykazuje się minimalną sprawnością i skutecznością polityk, które powinny zaspokajać potrzeby wspólnoty, to legitymację tę traci. To jest właśnie przypadek PiS i jego rządu, przy czym wydaje się, że proces utraty tej legitymacji zaszedł tak daleko, że osłabiona została też legitymacja demokratyczna. Jeżeli demokratycznie wybrana władza naraża wspólnotę na szwank, to jej legitymacja demokratyczna, która powinna mieć żywą treść i łączyć się z energią i siłą, zostaje zredukowana do wyschniętego zewłoku formalnie poprawnej legalności zdobycia władzy na drodze wyborów. Nikt nie kwestionuje tego, że PiS wygrał zgodnie z przepisami konstytucji i ustaw wybory i zgodnie z nimi utworzył swój rząd. Legitymacja demokratyczna to jednak coś innego, głębszego.

Dwa scenariusze rewolucji demokratycznej

W sytuacji, w której podważenie legitymacji efektywnościowej osłabiło legitymację demokratyczną, naturalne staje się powszechne żądanie przedterminowych wyborów, dzięki którym władza odnawia swoje uprawomocnienie, a wspólnota się reintegruje. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że potężny nacisk na przedterminowe wybory pojawi się po zelżeniu pandemicznego uścisku. Można będzie wtedy oczekiwać dwóch scenariuszy rozwoju sytuacji politycznej.

W scenariuszu pierwszym pojawia się powszechne żądanie przedterminowych wyborów. Przygaszone dziś przez rozwój pandemii manifestacje przeciw wyrokowi TK odżywają, być może z dużo większą siłą, przy czym, tak jak i teraz, będą one wewnętrznie niespójne, łącząc w jeden nurt dwa odmienne postulaty: daleko idącej liberalizacji prawa aborcyjnego i wprowadzenia wrogiego, odwołującego się do idei „świeckości” rozdziału państwa od Kościoła, oraz przywrócenia kompromisu aborcyjnego. Mnożą się demonstracje licznych grup społecznych i zawodowych, które podczas walki z pandemią poniosły ciężkie straty materialne, a po pandemii obwiniają za nie rząd i żądają choćby częściowej rekompensaty. Opozycja parlamentarna działając rutynowo składa wnioski o vota nieufności wobec ministrów i premiera, przy czym w przypadku konstruktywnego votum nieufności, którego złożenie bez klubu Koalicji Obywatelskiej jest niemożliwe, kandydatem na premiera zostaje polityk PO, który nie będzie postrzegany jako polityk zdolny wyprowadzić kraj na prostą. W takim scenariuszu narzucającą się obozowi władzy taktyką jest gra na przeczekanie. W sytuacji przedłużającego się chaosu politycznego nawet władza oceniana jako słaba i niesprawna może zacząć być postrzegana jako rozwiązanie lepsze niż chaos bez żadnej władzy lub z perspektywą władzy równie niesprawną jak obecna. To powoduje, że nacisk na przedterminowe wybory słabnie, a rewolucja demokratyczna, jak płód z wadami letalnymi, umiera przed narodzeniem.

Umiarkowanie konserwatywna opozycja w Polsce ma parę miesięcy czasu na wykonanie podczas szalejącej pandemii najważniejszej dla siebie pracy politycznej: uzgodnienie składu pozapartyjnego gabinetu fachowców

W scenariuszu drugim pojawia się czynnik, który politycznie wzmacnia i dynamizuje żądanie przedterminowych wyborów. Jest nim powołanie przez PO, PSL i być może partię Szymona Hołowni alternatywnej ekipy rządowej z kandydatem na  premiera i kandydaturami co najmniej  kluczowych dla sytuacji popandemicznej ministrów: gospodarki, pracy, polityki społecznej, oświaty, środowiska, sprawiedliwości i polityki zagranicznej, która to ekipa wraz ze swoim zapleczem partyjnym mogłaby w sposób wiarygodny odpowiedzieć na dwie podstawowe potrzeby wspólnoty: wyprowadzenia kraju ze stanu chaosu i wprowadzenia go na ścieżkę stabilizacji i rozwoju oraz przywrócenia kompromisu aborcyjnego i zastąpienia lepkiej komitywy między rządem a klerem chłodnym dystansem.

Żądanie przedterminowych wyborów nie miałoby wtedy wymiaru czysto negatywnego: odebrania władzy awanturnikom i nieudacznikom. Dochodziłby do tego wymiar pozytywny: powierzenia władzy ekipie, która niesie nadzieję na legitymizację efektywnościową i wraz z zapleczem partyjnym odtworzy nadwerężoną przez zerwanie kompromisu aborcyjnego polityczną jedność wspólnoty.

Jest oczywiste, że taka ekipa nie mogłaby zostać powołana na drodze rutynowych przetargów międzypartyjnych: w zdolność takiego kandydata na premiera i takich kandydatów na ministrów do realizacji dwóch wspomnianych podstawowych zadań nikt w Polsce nie uwierzy. Zaplecze partyjne postulowanej ekipy musiałoby dokonać takiego samoograniczenia, do jakiego była zdolna zdecydowania większość Sejmu pod koniec 1923 roku: powołania rządu bezpartyjnych fachowców Władysława Grabskiego z dwoma zadaniami: reformy walutowej i naprawy Skarbu Państwa. Rząd Grabskiego przetrwał prawie dwa lata i ze swoich zadań się wywiązał.

Opozycja w poszukiwaniu swojego Grabskiego

Czy jest dziś w Polsce kandydat/kandydaci na współczesnego Grabskiego i jego ministrów? Nie podaję nazwisk, lecz sądzę że są, choć nie w nadmiarze. Istotne jest to, że skonstruowanie takiej ekipy niesłychanie uwiarygodniłoby postulat przedterminowych wyborów w kręgach społecznych szerszych niż twarda antypisowska opozycja. A takie uwiarygodnienie dałoby rewolucji demokratycznej potężną siłę.

Jeśli chodzi o partyjne zaplecze takiej polityki, to jest oczywiste, że nie mogłoby ono jednoczyć wszystkich nurtów antypisowskiej opozycji. Wyklucza to zgoda na przywrócenie kompromisu aborcyjnego, z czego wynika, że zarówno Lewica, jak i głośne dziś postaci z kręgu opozycji pozaparlamentarnej w rodzaju pań Lempart i Suchanow musiałyby zostać odsunięte na margines. W serii wyborów 2018-2020 Polska pokazała, że w olbrzymiej większości jest umiarkowanie konserwatywna; sprowokowany przez PiS wybuch konfliktu o aborcję nie sprawia, że dokonała się światopoglądowa rewolucja.

Wybory do francuskiego Zgromadzenia Narodowego w lutym 1871 wygrali monarchiści z miażdżącą przewagą dwóch trzecich deputowanych. Przywódca konserwatywnych republikanów Adolphe Thiers, pogromca Komuny Paryskiej, zaczął wówczas mawiać: „albo republika we Francji będzie zachowawcza, albo nie będzie jej wcale”. Udało mu się; dzięki splotowi czynników, z których część miała charakter strukturalny, a część losowy, w 1875 roku monarchistyczne w większości Zgromadzenie Narodowe uchwaliło konstytucję republikańskiej Francji. Władzę w niej objęli konserwatywni republikanie (zwani republikańskimi oportunistami) i rządzili przez ćwierć wieku. Można sparafrazować powiedzenie Thiersa: albo demokracja liberalna w Polsce będzie umiarkowanie konserwatywna, albo nie będzie jej wcale.

Umiarkowanie konserwatywna opozycja w Polsce ma parę miesięcy czasu na wykonanie podczas szalejącej pandemii najważniejszej dla siebie pracy politycznej: uzgodnienie składu pozapartyjnego gabinetu fachowców. Jeśli pójdzie śladem tego sługi, który zakopał przekazany mu przez pana talent, to usłyszy od polskiej wspólnoty twarde słowa: „sługo zły i gnuśny (…) sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. Jeśli rozmnoży powierzony jej przez swego pana talent – polską wspólnotę polityczną, która swoją polityczność na czas pandemii musiała zawiesić i jest przez to czasowo nieobecna – to gdy pan wróci, usłyszy od niego miłe każdemu uchu politycznemu słowa: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię”.

 

foto: KPRM

Współpracownik „Nowej Konfederacji”, polityk i publicysta, od 27 kwietnia 2007 do 4 listopada 2007 r. marszałek Sejmu, w latach 2005–2007 wicepremier oraz minister spraw wewnętrznych i administracji w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, były członek Rady Bezpieczeństwa Narodowego, od 1997 r. poseł na Sejm III, IV, V, VI i VII kadencji. Ludwik Dorn obecnie koncentruje się na analizie działań partii rządzącej, z którą był związany przez większość swojej politycznej działalności. Na naszych łamach porusza też takie tematy, jak polityka i gospodarka.

Komentarze

4 odpowiedzi na “Rewolucja demokratyczna będzie umiarkowanie konserwatywna”

  1. szeligap pisze:

    Rewolucja demokratyczna rozumiem to przewrót sejmowy. Z kruszejącej siły PIS-grupy (Zjednoczona Prawica) i z impotentnej PO-grupy oraz rozczarowanej PSL-grupy wychodzą ambitni parlamentarzyści o przekonaniach republikańskich, porzucają stare koleiny polityki (duopol nienawiści) i w sytuacji rosnącej niepewności w kraju i na świecie tworzą nowy klub (potem partię) z propozycją rozwiązań (program, obsada) dla stabilnej wspólnoty – Polski. Potrzeba do tego jednak ludzi nieprzeciętnych, niezgranych z dużą dozą niezależności. Nowe wybory dopiero gdy parlamentarne partyjne pozostałości nie zechcą poprzeć wychodzenia Polski z politycznej pandemii.

  2. Piotr Kobus pisze:

    Sługa wygląda na gnuśnego być taki jest. Ciekawy jest zauważalny lęk wielu osób w PiS przed kompetencjami, to znaczy że mechanizmy mierny bierny ale wierny są dominujące a to rodzi panikę na ludzi spoza środowiska. Tym większą panikę kiedy łączy się kompetencja i niezależność.
    Nie będzie efektywniej bo całe masy aktywu boją się metod niezbędnych do jej wprowadzenia.
    Jest jak z CK i Habsburgami podczas wojny. Wszyscy czekają kiedy to się w końcu rozwali. Pozostają prywatne interesy i hurrapropaganda.

  3. 2jacks pisze:

    No ok. Tylko czy opozycją w Polsce jest PO, PSL itd…czy może Gazeta Wyborcza? Jak Borys Budka. Lider największej partii opozycyjnej, która ma poparcie milionów Polaków. Jak ten Borys Budka podjął decyzją odnośnie pieniędzy, to wystarczyły 2 dni w GW, TOK FM itd..redaktorowego grilowania, żeby Budka wyszedł na konferencję prasową i powiedział, że teraz w tej kwestii wszystko będzie tak jak właśnie redaktorzy mu napisali.

    Co z tego, że reprezentantem konserwatywnej większości są partie parlamentarne, skoro liderem opozycji jest ciało medialne, na które nikt nie musi głosować i które robi swoją własną, lewicową politykę? Przecież w GW pisano żeby PO szło na lweo, bo jej wyborcy już tam są.

    Ja się modlę, żeby nadszedł dzień, w którym wspomniana większość Polaków uzyskała swoją reprezentację polityczną. No ale boję się, że owi Polacy, wraz ze swoją reprezentacją zostaną wzięci pod lewicowy pantofel władzy medialnej.

  4. SzczesnyDzierzankiewicz pisze:

    Dziękuję za ciekawy artykuł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz