Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Reforma Gowina. Czy środowisko podejmie inicjatywę?

Ustawa 2.0 jest milowym krokiem w dobrą stronę. Proponowane rozwiązania mają uczynić z polskiej nauki partnera dla biznesu i koło zamachowe gospodarki

Pisząc o merytorycznym wymiarze proponowanych zmian w systemie szkolnictwa wyższego nie sposób uciec od politycznego kontekstu prac nad ustawą. Dysponująca dziewięcioma posłami Polska Razem Jarosława Gowina jest z jednej strony kluczowa dla utrzymania większości parlamentarnej, z drugiej rosnąca samodzielność wicepremiera, wyrażająca się medialnym poparciem dla niedawnych wet prezydenckich, nie podoba się kierownictwu Prawa i Sprawiedliwości. W tle jest również kwestia zbliżających się wyborów samorządowych. „Reforma Gowina”, jak również określa się projektowane zmiany, była bowiem wykuwana podczas odbywających się w całym kraju siedmiu bardzo dużych konferencji programowych z niedawnym finałem w Krakowie, mateczniku wicepremiera, co na pewno nie uszło uwadze polityków PiS. Ponadto bliska współpraca z wicepremierem Morawieckim i brak jakichkolwiek medialnych informacji o współpracy z minister Anną Zalewską można odczytywać jako podpowiedź na temat tego, jak przebiega linia podziałów wewnątrz obozu rządowego.

Otwartym pytaniem, jest czy Jarosław Kaczyński, sam doktor nauk prawnych, da się przekonać wicepremierowi Gowinowi, czy jednak weźmie stronę poglądów środowiska własnej partii, w tym przypadku reprezentowanej przez grupę posłów-profesorów. Generalnie PiS-owi bliższa jest wizja równomiernego, wyspowego i silnie lokalnego rozwoju kraju, a nie tzw. wizja dyfuzyjna, zakładająca koncentrację środków publicznych na największych ośrodkach miejskich (i akademickich zarazem). A bez wątpienia skutkiem reformy będzie redukcja ilości uczelni, częściej przez ich likwidację niż przez federalizację i tworzenie większych organizmów. Wiadomo, że los mniejszych państwowych uczelni leży w szczególności na sercu politykom PiS, zwłaszcza że mają w pamięci batalię, jaką stoczyli kilka lat temu z Jarosławem Gowinem o zachowanie funkcji prezesów sądów rejonowych, wówczas ministrem sprawiedliwości w rządzie PO. W projekcie ustawy minister dysponuje narzędziem mogącym służyć do ograniczania uczelni – prawem do zamykania wskazanych przez siebie kierunków studiów, które nie korespondują z realiami rynkowymi, co najczęściej ma miejsce właśnie w uczelniach w mniejszych ośrodkach.

Ustawa 2.0

Nazwa, jaką określa się ogłoszony publicznie przez wicepremiera i ministra nauki i szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina projekt ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym mówi wiele o roli tego dokumentu. Nazywa się go bowiem „Konstytucją dla nauki” oraz „Ustawą 2.0”. Innymi słowy, chodzi o całościową przebudowę systemu szkolnictwa wyższego w naszym kraju, ale także zbudowanie fundamentu dla powodzenia strategii premiera Morawieckiego. Bez skokowego wzrostu efektywności polskiej nauki niemożliwe będzie wyrwanie się z pułapki średniego dochodu w najbliższej dekadzie. Stąd wyraźnie słyszalna jest w wypowiedziach przedstawicieli ministerstwa deklaracja, iż twórcy projektu „Konstytucji dla nauki” świadomi są swojej odpowiedzialności przed podatnikiem za to, na co mają być wydawane publiczne pieniądze, a także tego, że obok doskonałości naukowej i kształcenia młodego pokolenia misją uniwersytetu jest również wspieranie rozwoju gospodarczego kraju.

„Reforma Gowina” była wykuwana podczas odbywających się w całym kraju siedmiu bardzo dużych konferencji programowych z niedawnym finałem w Krakowie, mateczniku wicepremiera, co na pewno nie uszło uwadze polityków PiS

Ustawa 2.0 od początku powstawała w duchu dialogu ze środowiskiem akademickim, choć z propozycji, zgłoszonych przez trzy zespoły wyłonione przez MNiSW, w finalnym projekcie wiele nie pozostało. Pomimo to warto odnotować dobre rozwiązanie, jakim będzie integracja w jednym dokumencie zapisów w sumie czterech innych ustaw i blisko osiemdziesięciu rozporządzeń, regulujących zasady funkcjonowania uczelni wyższych. Podobnie pozytywnie należy przyjąć integrację licznych strumieni finansowania płynących do uczelni oraz projakościowe konkursy, wzmacniające ośrodki badawcze i regionalne ośrodki akademickie. Szkoda tylko, że w Polsce utrwaliła się już tradycja „silosowego” traktowania systemu edukacji, czego wyrazem jest podział tej materii między Ministerstwa Edukacji Narodowej oraz Nauki i Szkolnictwa Wyższego, i niewykorzystana szansa na naprawdę głęboką reformę całego systemu kształcenia w naszym kraju.

Cel reformy to transformacja systemu szkolnictwa wyższego m.in. poprzez wspieranie i finansowe premiowanie za wyniki badań naukowych. Wysokość dotacji ma być uzależniona już nie od ilości tytułów naukowych pracowników, ale od jakości prowadzonych badań. Warto odnotować w tym kontekście, że równolegle do dyskusji na temat samej Ustawy 2.0 toczy się nie mniej ważna debata o sposobie prowadzenia oceny jakości wyników badań naukowych, w tym o reformie listy czasopism punktowanych i listy uznanych wydawnictw.

Największe zagrożenie dla reformy

„Konstytucja dla nauki” zdecydowanie wzmacnia pozycję rektora oraz generalnie powiększa autonomię uczelni. Należy także odnotować, że władza rektora będzie nadzorowana przez nowe ciało, jakim jest rada uczelni, choć na razie trudno określić na czym dokładnie miałyby polegać jej uprawnienia nadzorcze. Największe jednak wyzwanie dla reformy stanowi konsekwencja cedowania przez ministerstwo na poziom uczelni wielu decyzji, w tym o sposobie organizacji wewnętrznej struktury. Z jednej strony jest to wyraz dużego zaufania do środowiska akademickiego, ale może to też wykrzywić całą reformę. Przykład wdrażania Krajowych Ram Kwalifikacji na polskich uczelniach powinien stanowić przestrogę dla ustawodawcy. Uczelnie bowiem bardzo często w działanie wdrożyły słowa Giuseppe T. di Lampedusy: „zmienić wszystko, by wszystko mogło pozostać bez zmiany”.

W projekcie ustawy minister dysponuje prawem do zamykania wskazanych przez siebie kierunków studiów, które nie korespondują z realiami rynkowymi

W świetle obowiązującego wciąż prawa to wydziały stanowią najistotniejsze jednostki organizacyjne uczelni, natomiast Ustawa 2.0 postuluje likwidację struktury wydziałowej. Kluczowym podmiotem ma być cała uczelnia. Warto w tym miejscu dodać, że zasadą porządkującą badawczą rzeczywistość na uczelni staną się nie podziały organizacyjne, a dyscypliny i dziedziny naukowe. Ich liczba zostanie przy tym dostosowana do klasyfikacji OECD, czyli z obecnych 126 obszarów, dziedzin i dyscyplin naukowych pozostanie ok. 40 (kwestią do rozstrzygnięcia jest jeszcze opis związany z naukami o sztuce). Działanie to jest jednym z elementów wzmacniania potencjału naukowego naszego kraju poprzez koncentrację wysiłków naukowych w bardziej pojemnych obszarach wiedzy. Sęk jednak w tym, że decyzja na temat kształtu struktury uczelni pozostaje w rękach samej uczelni i ma być zapisana w statucie (oraz innych aktach wewnętrznych), tym samym rektor chcący wdrożyć w życie zapisy ustawy skazany jest na konflikt ze swoim środowiskiem. Zapewne dlatego można było usłyszeć o kuluarowych prośbach rektorów o to, by to ministerstwo wzięło na siebie ciężar wprowadzania tych trudnych zmian strukturalnych. Podobnie osłabienie roli habilitacji jest w praktyce uzależnione od zapisów wewnątrzuczelnianych, które obecnie zobowiązują pracowników naukowych do jej uzyskania w ciągu ośmiu lat od chwili objęcia stanowiska adiunkta. Jednak wyraźnie trzeba podkreślić dowartościowanie działalności dydaktycznej, obecnie traktowanej po macoszemu. Wyrazem większej roli dydaktyki w misji uczelni, oprócz modyfikacji roli, jaką w systemie szkolnictwa pełni habilitacja, jest utworzenie nowego stanowiska profesora uczelni nadawanego osobie z tytułem doktora wyłącznie za znaczące osiągnięcia dydaktyczne.

Konsekwencją propozycji zgłoszonych przez wicepremiera Jarosława Gowina jest też to, na co słusznie zwrócił uwagę szef klubu PiS Ryszard Terlecki – tytuły naukowe doktora nadawałyby już nie rady wydziałów (te miałyby zostać zlikwidowane) a senaty uczelni, które jak wiadomo stanowią konglomerat osób z różnych obszarów nauki i na różnym etapie rozwoju kariery naukowej. Pewnym rozwiązaniem mogłoby być wyprowadzenie tej procedury poza uczelnię np. do mającej powstać Rady Doskonałości Naukowej, pod warunkiem zagwarantowania odpowiednich środków (nawet jeśli obecnie tylko około połowy doktorantów broni doktorat, to wciąż jest to kilka tysięcy dysertacji).

Kadra i studenci

Warta odnotowania jest zmiana związana z likwidacją minimum kadrowego, czyli ustalonej przez ministerstwo liczby zatrudnianych w różnym wymiarze godzin pracowników z tytułami naukowymi (oraz tytułami zawodowymi). W to miejsce ustawa wprowadziła obowiązek prowadzenia przez pracowników etatowych na kierunkach studiów o profilu praktycznym co najmniej 50% godzin zajęć (i 75% godzin na kierunkach o profilu ogólnoakademickim). W praktyce ten zapis może okazać się trudny do spełnienia przez uczelnie. Znaczna część z nich zatrudnia wielu praktyków z rynku na podstawie umów cywilnoprawnych, co umożliwia elastyczność obsady i utrzymanie rentowności. W niektórych dziedzinach zachęcenie do przejścia z rynku na uczelniany etat praktyka może być bardzo trudne i kosztowne. W efekcie spowoduje pogorszenie zaplecza kadrowo-dydaktycznego uczelni.

Jednym z założeń deklarowanych w „Konstytucji dla nauki” jest wielowymiarowe wsparcie młodego pokolenia badaczy (doktorów i doktorantów). W ramach tej polityki ministerstwo chce, aby każdy doktorant na samym początku otrzymywał wynagrodzenie w wysokości 110% płacy minimalnej (potem 170%). Należy to ocenić jako krok w dobrą stronę, choć nie będzie to interesująca oferta dla absolwentów kierunków, na które jest duże rynkowe zapotrzebowanie, np. informatyki.

Bez skokowego wzrostu efektywności polskiej nauki niemożliwe będzie wyrwanie się z pułapki średniego dochodu w najbliższej dekadzie

W kontekście studentów głośnym echem w mediach odbiły się kwestie związane z wydłużeniem trwania studiów zaocznych i wprowadzeniem egzaminów wstępnych na studia, choć oba rozwiązania są już możliwe w obecnym stanie prawnym za zgodą ministra. Szczególnie ta druga możliwość w dobie niżu demograficznego może być atrakcyjna tylko dla nielicznych uczelni. Ponadto Ustawa 2.0 zapowiada, że student będzie otrzymywać przed rozpoczęciem studiów wykaz opłat, które może pobrać uczelnia w okresie studiów. Wysokość tych opłat ma być stała, choć wydaje się, że powinna jednak zostać utrzymana możliwość korekty wysokości opłat w uzasadnionych przypadkach (np. o poziom inflacji czy o wzrost kosztów pozyskania licencji na oprogramowanie itp.). Utrzymano także zapis, który zabrania uczelni pobierać opłatę za egzaminy poprawkowe. Jest to rozwiązanie wątpliwe – opłacając bowiem niezdany egzamin student ponosiłby konsekwencje własnego błędu i nie zmuszałby tym samym do współfinansowania swojej edukacji tych, którzy egzaminy zdali w pierwszym terminie. Ponadto uczelnie mogą zrezygnować z pisemnych prac dyplomowych na studiach pierwszego stopnia, co w niektórych przypadkach może być uzasadnione przez zastąpienie tych prac inną formą weryfikacji wiedzy i umiejętności (np. grą symulującą rozwiązywanie realnych problemów zawodowych, ang. serious game).

Jawność największym sprzymierzeńcem reformy

Na pewno oczekiwane przez ministerstwo realne zmiany będą wdrażane powoli, zwłaszcza w świetle deklaracji MNiSW, iż będzie się ono wstrzymywać przed „ręcznym” regulowaniem wielu kwestii (nawet w okresie przejściowym), pozostawiając wiele swobody każdej z uczelni. Z tego powodu właśnie skuteczność Ustawy 2.0 może zostać ograniczona przez zapisy aktów wewnątrzuczelnianych, konserwujących stare zasady. Warto jednak wśród projektowanych rozwiązań odnotować wspomnianą interwencyjną władzę Ministra, który będzie dysponować m.in. możliwością zablokowania lub cofnięcia zgody na prowadzenie kierunku studiów, jeśli ten w jego ocenie nie będzie odpowiadać regionalnym potrzebom społeczno-gospodarczym. Wydaje się, że ten przepis został wymierzony w mniejsze jednostki, które próbują kształcić ogólnoakademicko, nie zaś zawodowo.

Skuteczność Ustawy 2.0 może zostać ograniczona przez zapisy aktów wewnątrzuczelnianych konserwujących stare rozwiązania

Tym niemniej najlepsze wsparcie dla zakorzeniania się proponowanych uregulowań stanowi pełna jawność umożliwiająca nie tylko nadzór ministerstwa, ale i kontrolę środowiska. Realnym przejawem tej otwartości powinna być m.in. powszechna dostępność prac magisterskich, doktorskich, jak i habilitacyjnych oraz, co równie ważne, ich recenzji oraz opinii uzasadniających nadanie tytułu profesora. Treść ta powinna być zamieszczana na ogólnodostępnych stronach uczelnianych, a nie być niejawna lub zamieszczana w wewnątrzuczelnianym intranecie. Korzyścią z takiego rozwiązania byłoby ograniczenie procederu plagiatowania oraz efektywne wsparcie tworzonych z trudem rozwiązań antyplagiatowych. Wyjątkiem byłyby jedynie te teksty, które są objęte tajemnicą prawnie chronioną. Ponadto w przypadku recenzji dotyczących nadania stopnia doktora habilitowanego, w przeciwieństwie do tego, co proponują zapisy Ustawy 2.0, dane wszystkich recenzentów powinny być publicznie znane. Ministerstwo utajniając informacje o dwóch z sześciu recenzentów chce osłabić „amoralny familizm” obecny w środowisku akademickim, jednak zdecydowanie skuteczniejszą receptą będzie jawność i łatwa dostępność tych informacji.

Sukces reformy

Ustawa 2.0 jest milowym krokiem w dobrą stronę. Jej celem jest zmiana pozycji systemu szkolnictwa wyższego w relacjach z gospodarką. Proponowane rozwiązania mają uczynić z polskiej nauki partnera dla biznesu i koło zamachowe gospodarki. Należy jednak pamiętać, że gospodarka to nie tylko „kapitalizm 4.0”, ale również bardziej przyziemna sfera działalności gospodarczej. Tak więc, by zmiany w systemie edukacji pozytywnie wpłynęły na polską gospodarkę, konieczne są działania nie tylko na rzecz przełomowych technologii, ale również (a może przede wszystkim) na rzecz zagospodarowania młodych ludzi, którym brakuje podstawowych kwalifikacji zawodowych. W tym kontekście szczególnie ważna jest rola szkół i uczelni zawodowych, o których w debacie medialnej często się zapomina.

O tym, czy planowane zmiany będą pozytywnym impulsem dla polskich uczelni przekonamy się dopiero za kilka lat. Jednak już niebawem projekt czeka pierwsza poważna próba, którą będą sejmowe prace nad ustawą i walka o utrzymanie jej spójności wewnętrznej. Oby finał prac nie okazał się gorszy niż stan obecny.

Komentarze

3 odpowiedzi na “Reforma Gowina. Czy środowisko podejmie inicjatywę?”

  1. Kuba pisze:

    Nieeee… Tak słabego tekstu się po NK nie spodziewałem. Trochę coś jak wstępniak w jakimś ideologicznie zaangażowanym pisemku młodzieżowym. Dużo pobieżnych obserwacji i okrągłych nic-nie-znaczących zdań, jak pisanych na zamówienie. Co dziwi, zważywszy fakt, że autor ma doktorat, a zatem otarł się przynajmniej o środowisko akademickie. Powinien wiedzieć więc, że jest ono bardzo niejednolite i podzielone na koterie przeróżne, wydzierające sobie publiczne pieniądze. Co oznacza innymi słowy, że za każdym razem kiedy ministerstwo ogłasza opinii publicznej, że kolejny przepis czy kolejna „reforma” powstaje „w dialogu ze środowiskiem akademickim”, chodzi po prostu o poklepywanie się po plecach aktualnej ekipy polityczno-urzędniczej z ministerstwa z krewnymi i znajomymi profesorami. Ekipa p. Kudryckiej miała też interesujący zwyczaj przesyłania swoich różnych pomysłów do „konsultacji społecznych” w sierpniu i wprowadzanie ich w życie we wrześniu – w sierpniu, jak wiadomo, uczelnie praktycznie stoją, bo wszyscy są na urlopach.
    Zaskakujące jest też, biorąc pod uwagę że autor jest politologiem, że nie zauważa on „drugiego dna”, tj. regulacji zmierzających pod płaszczykiem „autonomizacji uczelni” do faktycznego wyprowadzenia kontroli nad uczelniami na zewnątrz. Do enigmatycznej „rady uczelni” wprowadzać będzie bowiem można osoby spoza środowiska akademickiego, co otwiera nieuchronnie drogę nie tylko do chaosu (trudno oczekiwać, przynajmniej od znacznej części takich osób, by miały kompetencje do zarządzania edukacją…), ale i nadużyć, związanych z układami politycznymi – czego przykładem rady nadzorcze spółek miejskich, skarbu państwa itp. Rozszerzenie kompetencji rektora przypomina zaś po prostu dążenie do usankcjonowania ręcznego i scentralizowanego zarządzania uczelnią (a rektora można wszak „odpowiedniego” zainstalować…).
    O „zamykaniu kierunków studiów, które nie korespondują z realiami rynkowymi” żal wspominać… Niestety tendencja do mylenia szkolnictwa wyższego ze szkolnictwem zawodowym, bardzo powszechna, ma się jak widać dobrze.
    Na obronę autora należy dodać, że dostrzega jednak pewne kurioza w projekcie ustawy, choćby te związane z utajnianiem nazwisk recenzentów. Taki proceder to już w istocie tworzenie sądu kapturowego i niszczenie nauki. A nie jej reformowanie.
    Więc nie, „Ustawa 2.0” nie jest „milowym krokiem w dobrą stronę”.

  2. Ad vocem pisze:

    Milowy krok byłby wtedy, gdyby zlikwidowano prof. belwederską i habilkę. A stumilowy, gdyby dodano do tego lustrację i dekomunizację. Sitwa budowana przez dziesięciolecia zdusi każdą reformę, nawet tak pozorowaną jak ta.

  3. Sasha pisze:

    Ale jak zachęcić np prawnika, żeby zamiast aplikacji robił doktorat. Skoro sie mówi, ze będzie taki prestiż, to jak mi wytłumaczyć, ze mimo to musi zdawać egzamin aplikacyjny? Skoro trudniej będzie zrobić doktorat niż dotychczas, to jego poźniejszy absolwenci powinni buc bardziej doceniani piza uczelnia. Inaczej to tylko kosmetyczne zmiany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz