Newsletter

Wojownicy wiedzy, wojownicy kłamstwa

Przewaga informacyjna i nowoczesne technologie to przyszłość wojny, co wcale nie oznacza, że armaty i karabiny, a w ostateczności także noże, pięści i zęby całkowicie przestaną być przydatne w walce

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Dla starszego pokolenia wojna to wciąż czterej pancerni (i ewentualnie pies), rozjeżdżający piachy i zagajniki czołgiem, w akompaniamencie huku katiusz i wycia nurkujących stukasów. Dla młodszego, obawiam się (jako pesymista co do jakości naszego systemu edukacyjnego) – to w znacznej mierze romantyczna husaria w czerwonych kontuszach i pierzastych ozdobach, malowniczo szarżująca na Szweda, Moskala, Brandenburczyka i Kozaka, aby pomścić Żołnierzy Wyklętych. Tylko nieliczni zawodowcy, głównie z wojska, służb specjalnych i mediów, znają z autopsji realny obraz współczesnych konfliktów asymetrycznych w Iraku czy Afganistanie, stanowiących ważny, acz nie jedyny element zjawiska. Bo współczesna wojna – to także, a nawet przede wszystkim, działania w cyberprzestrzeni i w kosmosie, starcie supernowoczesnych technologii, oddziaływanie na środowisko naturalne i manipulacja informacją na niespotykaną skalę. Czyli zjawiska, z którymi nawet profesjonaliści mają w Polsce kontakt relatywnie ograniczony, a nawet jeśli, to nie zawsze zdają sobie sprawę z bycia przedmiotem ataku.

Wojna inna, niż myślicie

Dlatego świetnie się stało, że na polskim rynku wydawniczym pojawiła się książka pułkownika Marka Wrzoska, profesora Akademii Sztuki Wojennej, zatytułowana „Wojny przyszłości. Doktryna, technika, operacje militarne” (wydawnictwo Fronda PL, Warszawa 2018).

Frajda zaczyna się wraz z rozdziałem poświęconym przyszłym (i w pewnym stopniu także aktualnym) instrumentom walki. Mamy nareszcie ciekawe i nieoczywiste wątki poświęcone np. broni geofizycznej (powodowanie niekorzystnych dla przeciwnika zjawisk pogodowych i katastrof technicznych) czy manipulowaniu ludzką świadomością

Pierwszy rozdział może co prawda nieco rozczarować – dla tych, których skusiła sensacyjna zapowiedź z okładki (o globalnej broni geofizycznej, bionice i odczytywaniu przez wojsko ludzkich myśli), zawarty w nim poprawny, acz szkolny wykład z historii wojen i wojskowości na tle historii politycznej świata może być po prostu nudny. Z kolei dla bardziej zaawansowanych jest zdecydowanie zbyt ogólnikowy, drażni uproszczeniami i ubogimi, a niekiedy zupełnie przypadkowo dobranymi przypisami (bez owijania w bawełnę: miałem momentami wrażenie, że czytam bryk dla maturzystów). Jednak kto nie porzuci lektury w trakcie pierwszego rozdziału, otrzyma nagrodę. „Im dalej w las”, tym zdecydowanie lepiej.

Frajda zaczyna się wraz z rozdziałem poświęconym przyszłym (i w pewnym stopniu także aktualnym) instrumentom walki. Mamy nareszcie ciekawe i nieoczywiste wątki poświęcone np. broni geofizycznej (powodowanie niekorzystnych dla przeciwnika zjawisk pogodowych i katastrof technicznych) czy manipulowaniu ludzką świadomością. Acz, na marginesie, trzeba odnotować że i w tej części niektóre przypisy budzą niepokój albo powodują nagły wytrzeszcz oczu – o ile da się jeszcze od biedy przeżyć odesłanie do działu „Technowinki” portalu Onet.pl, to już odwołanie do adresu www.iluminaci.pl (sic!), jako do źródła informacji o odkryciu przez Rosjan „efektów generowania promieniowania o niskiej częstotliwości w czasie modulowania prądów jonosferycznych”, dużo trudniej. Pretensje można zgłosić do Autora, ale najwyraźniej zabrakło też  porządnej, merytorycznej redakcji w wydawnictwie, a taka kropla dziegciu może skutecznie zatruć i dwie beczki miodu. Tymczasem opisywane kwestie nie należą bynajmniej do sfery fikcji literackiej lub chorych rojeń internetowych trolli. Są od lat przedmiotem bardzo poważnych badań, prowadzonych za duże pieniądze przez rozliczne wojskowe i cywilne instytucje, zaś wspomniane przez płk. Wrzoska podejrzenia – jakoby niektóre z zaszłych niedawno kataklizmów nie były wcale sprawką samej Matki Natury, lecz dziełem niewidzialnej ręki niektórych rządów – bywają przedmiotem analizy całkiem poważnych ekspertów.

Dobrze więc, że temat został „wrzucony” do polskiej debaty o bezpieczeństwie; musimy zdawać sobie sprawę, że wojna nie musi wcale oznaczać działań, prowadzonych z otwartą przyłbicą przy użyciu klasycznych środków walki, takich jak karabiny, czołgi, samoloty i rakiety. Przeciwnie, działania „niewidzialne” i nieortodoksyjne, zacierające granice pomiędzy stanami „wojny” i „pokoju”, zadające zaatakowanemu podmiotowi szkody niejednokrotnie cięższe od tradycyjnego ataku militarnego, a jednocześnie nienarażające anonimowego agresora na wojskowy, polityczny czy ekonomiczny odwet, z uwagi na rosnące możliwości technologiczne staną się zapewne coraz popularniejsze.

Potrzebne science fiction

Tak zwana „broń skierowanej energii”, mikrofalowa, laserowa i dźwiękowa oraz dynamicznie rosnąca rola elektronicznych czujników w różnych aspektach działań militarnych – to kolejne nowinki, które prezentuje nam Marek Wrzosek, w tej części już odwołując się do wiarygodnych źródeł (także do badań, prowadzonych przez zespoły naukowców z Wojskowej Akademii Technicznej), a przy okazji poszerzając pojęcie „wojny” o kolejny istotny aspekt. Mianowicie, o możliwe działania sił zbrojnych (nie tylko policyjno-porządkowych) w konfliktach wewnętrznych, w sytuacji np. konieczności pacyfikowania zamieszek, do czego przydatna jest broń nieśmiercionośna. Na uwagę zasługuje także fragment o stale rosnącym prawdopodobieństwie prowadzenia walki w terenie zurbanizowanym, co historycznie było raczej wyjątkiem od reguły, a wskutek swoistego konserwatyzmu kręgów wojskowych  wciąż nie jest zmianą w wystarczającym stopniu dostrzeganą i uwzględnianą choćby w programie wyszkolenia wielu armii świata (ta uwaga w pewnym, szczęśliwie coraz mniejszym stopniu dotyczy i Wojska Polskiego). Sztuczne kamienie, miniaturowe drony (ucharakteryzowane na owady), skanery terahercowe zdolne „widzieć” przez materię – stają się, jak słusznie zauważa Autor, równie ważnym składnikiem wyposażenia armii, co broń i amunicja, współdecydując o ostatecznym wyniku starcia zbrojnego.

Tak zwana „broń skierowanej energii”, mikrofalowa, laserowa i dźwiękowa oraz dynamicznie rosnąca rola elektronicznych czujników w różnych aspektach działań militarnych – to kolejne nowinki, które prezentuje nam Marek Wrzosek

Tę samą uwagę można odnieść do roli medycyny, farmacji i psychiatrii w tworzeniu „żołnierza przyszłości”, a także do automatyzacji pola walki, wykorzystania na nim bojowych aparatów bezzałogowych oraz sztucznej inteligencji. To już się dzieje – Marek Wrzosek przytacza liczne przykłady i wnioskuje, że z oczywistych względów proces ten będzie wciąż przyspieszał. „A co będzie, jeśli AI (artificial intelligence) stanie się podmiotem równie inteligentnym jak człowiek-stwórca (a jeśli będzie bardziej inteligentny od ludzi)? Może zatem się zdarzyć, że AI wybierze własną drogę, zacznie się rozwijać i projektować na nowo własny świat, wywołując konflikty i eliminując niewłaściwe (wg niej) jednostki” – pyta i przestrzega Autor, niebezpiecznie zbliżając się w tym momencie do literatury science fiction, acz, w moim przekonaniu, podejmując słuszne i pożyteczne ryzyko. Rolą specjalistów od bezpieczeństwa jest bowiem przewidywanie i analizowanie zagrożeń, które dziś (jeszcze!) mogą wydawać się absurdalnymi. Historia dostarcza nam sporo wskazań, że realia wojenne potrafiły znacznie wyprzedzić najśmielsze fantazje. Zyskali na tym przygotowani intelektualnie do zaskakujących zwrotów akcji.

Nie wybiegając jednak aż tak daleko w przyszłość, warto dorzucić tutaj wątek, niestety pominięty w książce płk. Wrzoska. Mianowicie – swoistą „dehumanizację” i „wirtualizację” zjawiska walki, dostrzeganą już przez wojskowych psychologów za Oceanem. Z jednej strony bowiem – rosnący udział robotów na polu walki, skutkujący przynajmniej na krótką metę ograniczeniem strat w ludziach, jest zjawiskiem pozytywnym. Z drugiej – tworzy nową klasę wojskowych, którzy w swej karierze nigdy nie mieli okazji zaobserwować z bliska makabrycznych skutków swojego działania, „walczą” w klimatyzowanych pomieszczeniach baz, oddalonych niekiedy tysiące kilometrów od miejsca realnej akcji, działają za pośrednictwem klawiatury i dżojstiku, nie ponoszą osobistego ryzyka, nie stąpają po piachu przesiąkniętym krwią ich wrogów i kolegów, z którymi niedawno pili piwo, nie oglądają z bliska zmasakrowanych, ludzkich ciał. Mimo to awansują na coraz wyższe szczeble decyzyjne – i w przeciwieństwie do swych kolegów, liniowych oficerów z przeszłości, mają coraz mniejszą zdolność podświadomego powiązania ze sobą skutku i przyczyny. W konsekwencji, niestety, także większą skłonność do szafowania ryzkiem, nie tylko przecież automatów, ale również ludzi, narażonych bezpośrednio na utratę zdrowia lub życia. Z punktu widzenia tej nowej generacji dowódców (a także ekswojskowych, stających się politykami i doradcami polityków) wojna coraz bardziej przypomina grę komputerową – z pozytywnymi, ale i negatywnymi tego skutkami.

„Mgła wojny” jest passe

Odrębną kwestią, której płk. Marek Wrzosek poświęca sporo miejsca, jest rola informacji we współczesnej i przyszłej wojnie. Część uwag jest, przynajmniej dla profesjonalistów, oczywista. Warto przypomnieć, że z grubsza od pierwszej wojny w Zatoce Perskiej mamy do czynienia z rewolucyjną zmianą, polegającą na tym, że ilość sprzętu i liczba zmobilizowanych żołnierzy dramatycznie traci na znaczeniu w obliczu przewagi jakościowej, szczególnie w zakresie rozpoznania i łączności.

Od progu lat 90. minionego stulecia klasyczna, clausewitzowska „mgła wojny” przestała być aktualna

Od progu lat 90. minionego stulecia klasyczna, clausewitzowska „mgła wojny” przestała być aktualna. Niegdyś dowództwa wyższych szczebli z założenia reagowały z opóźnieniem na wydarzenia, a po podjęciu decyzji i przekazaniu rozkazów, musiały czekać na kolejne, początkowo niepewne i niekompletne informacje spływające z terenu. Dopóki w owej „mgle” działały wszystkie walczące strony, nikt nie robił z tego problemu, traktowano ją jako naturalne ograniczenie, a niektórzy wodzowie zalecali swym sztabowcom grę w brydża, jako sposób na ukojenie nerwów podczas przymusowych faz bezczynności w trakcie trwania operacji. Tymczasem podczas ataku na Irak oficerowie sztabu gen. Normana Schwarzkopfa nie tylko mieli wgląd w większość działań taktycznych w czasie rzeczywistym, ale również możliwość podejmowania i korygowania decyzji na relatywnie niskich szczeblach, zależnie od rozwoju sytuacji i potrzeb. Co więcej – dowodzili nie tylko swoimi jednostkami, ale w znacznej mierze także pododdziałami nieprzyjaciela; Amerykanom udało się bowiem częściowo sparaliżować łączność iracką, a częściowo ją przejąć i wysyłać podczas walk fałszywe rozkazy. To, co wcześniej bywało wyjątkiem (na przykład nieprawdopodobne sukcesy zespołu por. Jana Kowalewskiego podczas wojny polsko-radzieckiej!) stało się na naszych oczach normą i naturalnym, podstawowym warunkiem uzyskiwania przewagi.

Mniej oczywisty jest inny aspekt walki informacyjnej – gdy przeniesiemy to pojęcie z płaszczyzny taktycznej i operacyjnej na najwyższe poziomy strategiczne. Słusznie zauważa płk. Wrzosek, że informacja jest zarówno środkiem walki (bronią), jak i jej celem. Wykracza to poza działania czysto militarne, dotyczy też „wojny” prowadzonej bez użycia wojska (lub tylko z groźbą jego użycia), na polu polityki, gospodarki, czy nawet nauki, sportu i kultury. W cyberprzestrzeni – ale też w mediach tradycyjnych oraz w obiegu bezpośrednich kontaktów międzyludzkich. Pozyskanie informacji i jej analiza, w celu budowy użytecznej syntezy i wypracowania optymalnej decyzji, to tylko część zadań, jakie stawia się przed nowoczesną służbą informacyjną. Nieprzypadkowo doświadczeni szpiedzy mawiają, że dzisiaj „nie sztuką jest coś wynieść – prawdziwym sukcesem jest coś wnieść do przeciwnika”. Innymi słowy, szczególnie groźną bronią stała się dezinformacja, im staranniej i przemyślniej zakamuflowana, tym skuteczniej skłaniająca stronę przeciwną do działań błędnych i szkodliwych dla niej; znów – nie tylko militarnych, ale także wszelkich innych.

(Dez)informacja jako cel

Mocną stroną książki Marka Wrzoska jest solidny, oparty na przykładach z toczonych współcześnie walk, opis metod i technik tak pojętej wojny informacyjnej. Wiele miejsca poświęcił Autor rzetelnej analizie konfliktu na Ukrainie, wskazując zarówno na wielopłaszczyznowość działań rosyjskich, jak i na efektywność poszczególnych działań obronnych, zastosowanych przez stronę ukraińską. Nie pokusił się jednak, tym razem, o sformułowanie odważnego wniosku końcowego. Mianowicie – zgodnie z narracją, wciąż dominującą w polskiej nauce, przyznał jednak działaniom informacyjnym rolę wciąż służebną wobec bezpośrednich, „kinetycznych” działań zbrojnych. Tymczasem właśnie casus wydarzeń na południowy wschód od polskich granic, zapoczątkowanych atakiem „zielonych ludzików” na Krymie, kusi do pójścia o krok dalej, i postawienia tezy o strategicznym odwróceniu ról i priorytetów. To działania zbrojne są jedynie elementem, swoistym starannie reżyserowanym teatrem, zaś całością nadrzędną jest agresja informacyjna. Wymierzona w dodatku nie tylko w państwo ukraińskie, ale również w społeczeństwa krajów WNP, a przede wszystkim – w instytucje bezpieczeństwa świata zachodniego. To w sferze makroinformacyjnej napastnik – Rosja – zakłada osiągnięcie celów strategicznych. Różnego typu działania stricte militarne oraz towarzyszące im taktyczne działania informacyjne, to zaledwie jedna z kilku równolegle prowadzonych operacji, podporządkowanych nadrzędnemu planowi. Jeśli w ten sposób spojrzymy na cele i przebieg owej wojny, znacznie łatwiej będzie nam odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Putin nie decyduje się na szybką eskalację i zdobycie ważnych dla niego obszarów Ukrainy manu militari. Czysto technicznie, byłoby to przecież zupełnie możliwe, a i spodziewana reakcja świata raczej nie jest już problemem…

Wiele miejsca poświęcił Autor rzetelnej analizie konfliktu na Ukrainie, wskazując zarówno na wielopłaszczyznowość działań rosyjskich, jak i na efektywność poszczególnych działań obronnych, zastosowanych przez stronę ukraińską

Podobny model (acz oczywiście na inną skalę) możemy od pewnego czasu dostrzec w licznych wojnach i quasi-wojnach, toczonych na terenie dawnego Trzeciego Świata, szczególnie w Afryce subsaharyjskiej. Także tam, działania „kinetyczne” służą nadrzędnemu celowi „informacyjnemu”, na przykład spowodowaniu paniki i exodusu ludności z określonego terytorium lub przyciągnięciu międzynarodowej pomocy humanitarnej, na której miejscowi warlordowie zrobią niezły interes (przejmując i sprzedając część dostarczonych dóbr, zapewniając organizacjom humanitarnym odpłatny transport i ochronę itd.).

Wojna się rozpełzła

Reasumując – zjawisko wojny, tyleż ważne politycznie i cywilizacyjnie, co dość precyzyjnie zdefiniowane i ujęte na przestrzeni stuleci w normy prawne, na naszych oczach „rozpełza się” i zaczyna przybierać różne, niekiedy wymieszane ze sobą, formy. Poczynając od hipotetycznego, pełnoskalowego konfliktu miedzy „pierwszoligowymi” graczami, który prawdopodobnie rozegra się równocześnie w przestrzeni kosmicznej i cybernetycznej oraz w powietrzu, na morzu i na lądzie, z zaangażowaniem po obu stronach zarówno niekonwencjonalnych „broni przyszłości”, jak i klasycznych środków walki (acz wykorzystujących najnowsze zdobycze technologiczne) – poprzez całą paletę działań kinetycznych i informacyjnych w asymetrycznych konfliktach między aktorami z umownej „pierwszej” oraz „drugiej” bądź „trzeciej” ligi, aż po ślimaczące się „niby-wojny” i konflikty wewnętrzne, często z istotnym udziałem podmiotów niepaństwowych, gdzie od drogich i nowoczesnych technologii efektywniejsza będzie wciąż maczeta i kałasznikow. Do klasycznego, utrwalonego przez stulecia wizerunku umięśnionego (i zazwyczaj umundurowanego) wojownika musimy więc dodać nowe, zupełnie odmienne warianty: „wojownika wiedzy”, wysoko wykwalifikowanego specjalisty tworzącego i wykorzystującego nowe rodzaje broni i sprzętu niewyobrażalne jeszcze dekadę temu, a zwłaszcza „wojownika kłamstwa”, specjalisty od dezinformacji i manipulacji na skalę niespotykaną w historii ludzkich konfliktów. Obaj mogą z powodzeniem zastąpić mundury i epolety cywilnym garniturem lub dżinsami i koszulką polo. Nie oznacza to jednak, że będą mniej groźni i śmiercionośni.

Nie mamy nieograniczonych środków, więc tym bardziej musimy racjonalnie decydować o ich alokacji. Książka płk. Marka Wrzoska, przy swoich wszelkich (drugorzędnych, w gruncie rzeczy)  słabościach, jest znakomitym zaczynem dyskusji na ten temat

Rzecz w tym, żeby ćwiczyć się w prawidłowej ocenie trendów oraz przewidywaniu, jakie scenariusze wyzwań i zagrożeń dotyczą naszego kraju – i które sposoby przeciwdziałania są wobec tego bardziej, a które mniej efektywne. Nie mamy nieograniczonych środków, więc tym bardziej musimy racjonalnie decydować o ich alokacji. Książka płk. Marka Wrzoska, przy swoich wszelkich (drugorzędnych, w gruncie rzeczy)  słabościach, jest znakomitym zaczynem dyskusji na ten temat – dzięki popularyzatorskiej formie zapewne skuteczniejszym w tej roli, niż istniejące opracowania o charakterze czysto eksperckim.

Oby tylko nie zabrakło nam czasu na wyciąganie z tej debaty wniosków i na wdrożenie stosownych rekomendacji. Bo na razie jest z tym, niestety, kiepsko.