Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Problemów z integracją imigrantów we Francji nie da się już zamiatać pod dywan

Interpretacja słów generałów o interwencji „naszych towarzyszy w służbie czynnej”, która będzie reakcją na nieuchronną eksplozję islamistyczną, nie nastręcza trudności

Jesteśmy w trudnym momencie, Francja jest w niebezpieczeństwie, czyha na nią wiele śmiertelnych zagrożeń – tymi słowami zaczyna się list otwarty 19 generałów tzw. drugiej sekcji (odpowiednika polskiej rezerwy kadrowej MON) i jednego generała na emeryturze.

Dalej piszą generałowie, że narodowy sztandar jest dla nich czymś więcej niż kawałkiem draperii, zaś słowa na nim umieszczone („Honor i Ojczyzna”)  zobowiązują. Otóż, nasz honor dzisiaj polega na jasnym nazwaniu rozkładu, który toczy nasz kraj. Sygnatariusze krytykują pewnego rodzaju antyrasizm, który wznieca napięcia rasowe, a także islamizm, który przejawia się w działaniu zorganizowanych band na przedmieściach wielkich miast. Kto przewidziałby dziesięć lat temu, że nauczyciel [chodzi o Samuela Paty, który zginął z ręki islamisty jesienią ub. r. – RG] zostanie zdekapitowany po opuszczeniu budynku swojej szkoły? Ostrze krytyki wymierzają sygnatariusze w polityków, którzy wreszcie muszą odnaleźć odwagę konieczną do wykorzenienia tych niebezpieczeństw.

Najważniejsze, chociaż wypowiedziane nie wprost, przesłanie zawiera się w dwóch ostatnich akapitach:

W przeciwnym wypadku, jeśli nic nie zostanie zrobione, lekceważenie będzie się dalej nieuchronnie rozpowszechniać w społeczeństwie, wywołując na koniec wybuch i interwencję naszych towarzyszy w służbie czynnej, którzy podejmą niebezpieczną misję ochrony wartości cywilizacyjnych i zapewnienia bezpieczeństwa naszym rodakom na terytorium kraju.

Jest jasne, że nie można już dłużej wahać się, a jeśli tak będzie, to jutro wojna domowa położy kres temu wzrastającemu chaosowi, a wy [klasa polityczna – RG] będziecie ponosić odpowiedzialność za zabitych, liczonych w tysiącach.

List generałów opublikował tygodnik „Valeurs Actuelles” bliski skrajnej prawicy, natychmiast podchwyciła jego oceny Marine Le Pen, liderka Zjednoczenia Narodowego. List został opublikowany w „Valeurs Actuelles” 21 kwietnia, jednak sam dokument pojawił się w Internecie już 13 kwietnia. Dwadzieścia, a nawet jeszcze dziesięć lat temu tego rodzaje asocjacje wystarczyłyby, żeby zdyskredytować treść apelu. Dziś już nie wystarczają. Dwadzieścia, a nawet dziesięć lat temu, taka rzecz zresztą w ogóle by się nie wydarzyła. Wysocy rangą oficerowie francuskiej armii (nawet jeśli będący w rezerwie kadrowej, a nie w służbie czynnej) publicznie nie wystąpiliby z tak stanowczą krytyką całej klasy politycznej. Jest to więc wydarzenie bez precedensu we współczesnej historii politycznej Francji.

Pierwsze skojarzenie, jakie jest tu przywoływane przez główny nurt mediów, to algierski pucz generałów z 21 kwietnia 1961 roku. Ale pierwsze skojarzenia nie zawsze są najbardziej adekwatne do realiów. Tym razem nie są. Tam bowiem chodziło o utrzymanie systemu kolonialnego, tu zaś jedynie o to, żeby utrzymać we Francji republikańskie i laickie zasady, zagrożone przez islamski fundamentalizm, rodem – także – z byłych kolonii. Tam mieliśmy do czynienia ze zbrojnym spiskiem wojskowych przeciwko legalnym władzom, tu z polemicznym stosunkiem wojskowych do polityki rządzących, którym wojskowi zarzucają indolencję.

Jest we francuszczyźnie słówko „intimider”, które znaczy właśnie „zawstydzać”. Otóż do tej pory, czy do niedawna, można było łatwo zagłuszyć, moralnie obezwładnić krytykę islamizmu w „trudnych dzielnicach” argumentem rasistowskim: widzisz jakikolwiek związek islamistów z islamem, jesteś rasistą

Dlatego poza głównym nurtem mediów oceny są inne. Tydzień po publikacji listu sondaż Harris Interactive dla telewizji LCI wskazał, że 58 proc. ankietowanych (badanie przeprowadzono na wysokiej próbie ponad 1600 osób) sprzyja opiniom sygnatariuszy tego dokumentu. I to dopiero jest ciekawe. Co się stało, że straszak rasistowskiego Frontu Narodowego (partia Marine Le Pen do niedawna nosiła tę nazwę) już nie działa? Co się stało, że główny nurt stracił pozycję tego, który nadaje miary rzeczy, traci władzę skutecznego orzekania o tym, co wypada, a czego nie wypada?

Antyrasistowski argument już nie działa

Z pewnością generałowie poważyli się na rzecz niesłychaną. Interpretacja słów o interwencji „naszych towarzyszy w służbie czynnej”, która będzie reakcją na nieuchronną eksplozję islamistyczną, nie nastręcza trudności. Oczywiście w sensie procesowym autorzy tych słów obronią się i raczej trudno sobie tutaj wyobrazić skazujący wyrok sądu karnego. Ale na zdrowy rozum nie sposób czytać tego przesłania inaczej niż przestrogi: jeśli wy (rządzący) nic nie zrobicie dla powstrzymania naporu islamistów, my (wojsko) weźmiemy sprawy w swoje ręce.

Dotąd, od początku epoki republikańskiej (1875 r.), armia zawsze była „wielkim niemową”. Niezależnie od zabezpieczeń ustrojowych cywilnej kontroli nad wojskiem, armia sama świadomie narzucała sobie polityczną ascezę, co miało podkreślać jej służebny charakter wobec Republiki – to znaczy wobec wszystkich nurtów politycznych. Jeśli teraz jej wysocy przedstawiciele zabierają głos w sposób bynajmniej nie konsensualny lecz sprzyjający prawicy i skrajnej prawicy, to znaczy, że coś ważnego stało się nie tyle w armii, ale przede wszystkim w opinii publicznej. Wydaje się, że opinia publiczna dłużej już nie daje się skłonić antyrasistowskim argumentem do uznania, że nic złego nie dzieje się na przedmieściach i w „trudnych dzielnicach”. Skumulowało się zbyt wiele drastycznych faktów (przerażający sposób uśmiercenia Samuela Paty był tylko wierzchołkiem góry lodowej tych wszystkich zjawisk), żeby powstrzymać chęć przeciwdziałania tym zjawiskom prostym, a w swym zamiarze zawstydzającym, argumentem z rasizmu.

Jest we francuszczyźnie słówko „intimider”, które znaczy właśnie „zawstydzać”. Otóż do tej pory, czy do niedawna, można było łatwo zagłuszyć, moralnie obezwładnić krytykę islamizmu w „trudnych dzielnicach” argumentem rasistowskim: widzisz jakikolwiek związek islamistów z islamem, jesteś rasistą. W ten sposób „intimidowano”, czyli zawstydzano tych, którzy przejawiali w tych sprawach zdrowy rozsądek, wmawiając im i w ogóle opinii publicznej, że islamistów żadną miarą z islamem wiązać nie należy. Ten nonsens utrzymywał się przez całe dziesięciolecia, ponieważ ten, kto się mu sprzeciwiał, był natychmiast „intimidowany”, czyli pozbawiany moralnej prawomocności. Otóż ten mechanizm przestaje działać, a przynajmniej traci swoją dotychczasową moc powszechnego zastraszania. Inaczej mówiąc, przestaje być obciachem głosowanie na Marine Le Pen.

Próba ponownej diabolizacji RN

Pani minister obrony, Florence Parly, najpierw bagatelizowała problem, by po pewnym czasie wystąpić z wnioskiem do szefa sztabu generalnego o sankcje dyscyplinarne w stosunku do generałów-sygnatariuszy petycji. W praktyce może to jedynie oznaczać przeniesienie ich ze stanu rezerwy kadrowej na emeryturę. Dokładnie tak się stało z gen. Christianem Piquemalem, dawnym dowódcą Legii Cudzoziemskiej, gdy w 2016 r. wziął on udział w demonstracji przeciwko migrantom w Calais (przez wiele lat tamtędy prowadził szlak, którym tysiące migrantów nielegalnie przedostawało się do Wielkiej Brytanii). Dlatego obecnie gen. Piquemal jest jedynym spośród 20 sygnatariuszy petycji wojskowym emerytem. Jeśli wniosek pani minister zostanie rozpatrzony pozytywnie, to pozostałych 19 generałów-sygnatariuszy pójdzie w ślady byłego dowódcy Legii.

Dziesiątki tysięcy dzieci z islamskich dzielnic nie chodzą do publicznej, republikańskiej szkoły, wybierając szkoły islamskie – wprawdzie związane kontaktem edukacyjnym z państwem, ale wszyscy wiedzą, że to fikcja

Politycznie ważniejsza jest jednak percepcja wydarzenia przez panią minister. Widzi ona w liście otwartym echo puczu generałów z 1961 r. Zaś poparcie Marine Le Pen dla generałów to w jej oczach tyle, co pokazanie prawdziwego oblicza Zjednoczenia Narodowego, które w ten sposób wraca do swych faszyzujących korzeni z czasów, gdy partia nazywała się Front Narodowy, a jej przywódcą był Jean-Marie Le Pen – ojciec obecnej liderki RN.

Problem zlekceważony i wyśmiany wydaje się nie istnieć. Ale czy naprawdę nie istnieje?

Drugi list otwarty

Jakoż i nie trzeba było długo czekać, a pojawił się drugi list otwarty, ogłoszony w „Valeurs Actuells” 11 maja. Tym razem jego autorzy wystąpili anonimowo, przedstawiając się jako żołnierze służby czynnej. Inaczej niż w przypadku pierwszego listu, ten był poddany jak gdyby spontanicznej ocenie publiczności, ponieważ można było swoim podpisem wesprzeć jego autorów. W ciągu kilku godzin od umieszczenia go na stronie internetowej „Valeurs Actuelles” list podpisało 300 tys. osób. To oznacza silną falę poparcia dla wojska, które porzuca rolę „wielkiego niemowy”.

W drugim liście jego sygnatariusze piszą o sobie, że wielu z nich nadstawiało karku za ojczyznę na misjach bojowych w Afganistanie czy w Mali. Narażali oni skórę, aby rozbić islamizm, dla którego wy [klasa polityczna – RG] czynicie koncesje na naszej ziemi. Dalej bronią racji swoich przełożonych-sygnatariuszy pierwszego listu. Opisują tragiczną sytuację na przedmieściach opanowanych przez islamistów, nie stroniąc od podkreślenia roli wspólnot religijnych w wytworzeniu się tej sytuacji. Przewidują dalsze załamanie: Widzieliśmy taki rozkład w wielu krajach ogarniętych kryzysem. On poprzedza upadek. Zapowiada chaos i przemoc i w przeciwieństwie do tego, co wy [klasa polityczna – RG] stwierdzacie, tu czy tam, ten chaos i ta przemoc nie wezmą się z „pronunciamento militaire” [puczu wojskowego – RG], lecz z wojny domowej. Tak, jeśli wybuchnie wojna domowa, armia utrzyma porządek na terytorium kraju, ponieważ będzie o to poproszona.

I znowu, jak to było w przypadku pierwszego listu, nie mówi się tu jasno, o co chodzi, kto miałby mianowicie poprosić wojsko o interwencję. Zatem i w tym wypadku mamy do czynienia z ostrzeżeniem, że armia zrobi to z własnego nadania. Ale jeśli chodzi o opis sytuacji w kraju, to naprawdę trudno byłoby z nim polemizować.

Dziesiątki tysięcy dzieci z islamskich dzielnic nie chodzą do publicznej, republikańskiej szkoły, wybierając szkoły islamskie – wprawdzie związane kontaktem edukacyjnym z państwem, ale wszyscy wiedzą, że to fikcja. Tysiące młodocianych drobnych przestępców, pochodzących z „trudnych dzielnic”, przechodzi w więzieniu klasyczną drogę islamskiej indoktrynacji, po czym wielu z nich staje się bojownikami świętej wojny z niewiernymi. W islamskich dzielnicach nie obowiązują prawa Republiki, a stróże porządku rzadko się tam pojawiają – bowiem grozi to zawsze siłową konfrontacją. W szkołach na tych obszarach nauczyciele są regularnie zastraszani. Coraz częściej ustępują pod presją rodziców i samych uczniów, nie chcąc mieć kłopotów. Na tym tle dopiero zrozumiała jest fala zamachów islamistycznych, która od 2012 r. pochłonęła ponad 250 ofiar. Gdy piszę o tle, mam na myśli, że terroryści, którzy stanowią niewielką mniejszość islamskiej populacji, mogą liczyć na poparcie moralne i – w razie potrzeby – na realną pomoc mieszkańców. Owi ekstremiści są w wielu dzielnicach francuskich miast tak zakorzeni kulturowo i politycznie, jak gdyby sprawy rozgrywały się w Algierze, albo w Kabulu. To są naprawdę – jak głosi tytuł głośnej, a trafnej książki  – „Stracone terytoria Republiki”. Słowem, ani generałowie, ani ich podwładni nie przesadzają.

Les Républicains się bronią

Tak więc wyraźne jest przesunięcie poglądów politycznych na prawo. Mamy dalszą dediabolizację partii Marine Le Pen, co jest oczywiście złą wiadomością dla rządu, który chciałby – przeciwnie – przywrócić dawną diabolizację. Jednak największy problem ma umiarkowana prawica. Bo skoro „intimidowanie” potencjalnych stronników skrajnej prawicy już nie działa, skoro przyzwoici ludzie mogą już głosować na RN bez narażania się na ostracyzm, to pytanie, co dalej z umiarkowaną prawicą. Jej problem jest taki, że pomału zaczyna się ona jawić jako podróbka prawicy rzeczywistej.

Stąd też bardzo jednoznaczne stanowisko polityków partii Les Républicains (dawniej UMP). Jej deputowany europejski, François-Xavier Bellamy, powiedział na temat listu generałów, że jego diagnoza sytuacji we Francji jest precyzyjna. Ubolewał przy tym, że krytykuje się listonosza, zaś  ignoruje się złą wiadomość, która przyniósł. W tym samym duchu wypowiedział się deputowany tej partii do Zgromadzenia Narodowego, Julien Aubert, nazywając list „poważnym sygnałem alarmowym”.

Dziesiątki tysięcy dzieci z islamskich dzielnic nie chodzą do publicznej, republikańskiej szkoły, wybierając szkoły islamskie – wprawdzie związane kontaktem edukacyjnym z państwem, ale wszyscy wiedzą, że to fikcja

LR, dawniej potężna partia, ma teraz poważny kłopot. W poprzednich wyborach prezydenckich i parlamentarnych (w 2017 r.) wiele straciła na rzecz Emmanuela Macrona i jego nowopowstałej partii. Wtedy jeszcze LR oceniała, że musi się dystansować od (ówczesnego) Frontu Narodowego. Dzisiaj raczej musi z nim rywalizować na jego terenie.

Czy Macron jest skazany na sukces?

W poprzednich wyborach polaryzacja sceny politycznej działała na korzyść macronistów. Z natury rzeczy było to najbardziej widoczne w wyborach prezydenckich, gdzie w drugiej turze starli się Emmanuel Macron i Marine Le Pen – wyraźnie zwyciężył ten pierwszy. Od kilku lat przewidywano, że w roku 2022 pani Le Pen może być kandydatką równorzędną, a nawet zwycięską. Urzędujący prezydent miał przez ostatnie lata kłopotów co niemiara, w tym epidemię COVID-19, z którą jego rząd nie poradził sobie zbyt dobrze.

Teraz Macron ma nowy pasztet do zjedzenia. Wszystko wskazuje, że w przyszłym roku polaryzacja się powtórzy. Czy się jeszcze wzmocni? Pierwsza tura wyborów regionalnych i departamentalnych, przeprowadzona w minioną niedzielę, zmniejszyła tę polaryzację, zobaczymy, czy ta tendencja utrzyma się w drugiej turze, w najbliższą niedzielę.

Front Narodowy Le Pena-ojca był do pewnego stopnia wygodnym przeciwnikiem, ponieważ można było go do woli diabolizować, można też było skutecznie „intimidować” jego potencjalnych stronników. Z Marine Le Pen szło to już trudniej. Teraz służy jej jawne niezadowolenie wojska z nienazywania problemów z islamem po imieniu. Le Pen coraz bardziej staje się taką kandydatką, jak inni kandydaci, a jej partia – jak inne partie.

Wewnętrzna logika wyborów większościowych pozwala zepchnąć przegraną partię na margines wtedy, gdy nie ma ona zdolności koalicyjnej. To dlatego Zjednoczenie Narodowe walcząc od lat o prezydenturę ma tylko wątłą reprezentację parlamentarną. Ale epoka izolacji RN być może dobiega końca. A jeśli tak się rzeczywiście stanie, to czeka nas polityczne trzęsienie ziemi.

współpracownik NK, pracował w „Tygodniku Powszechnym”, w „Radiu Kraków”, w „Gazecie Wyborczej”, w Instytucie Pamięci Narodowej oraz w Instytucie Literatury. Wydał: Konstytucja dla Polski, Znak-Fundacja Batorego, 1997; Polski Kościół - polska demokracja, Universitas , 1999; Bo jestem z Wilna (wywiad-rzeka z Józefą Hennelową), Znak, 2001; Tropem SB. Jak czytać teczki, Znak 2007; Cena przetrwania? SB wobec Tygodnika Powszechnego, Czerwone i Czarne, 2011: Chrzanowski, Świat Książki, 2013, Od uwikłania do autentyczności. Biografia polityczna Tadeusza Mazowieckiego, Zysk i S-ka, 2015; Demiurg. Biografia Adama Michnika, Zona Zero, 2021.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz