Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Polska na rozstajach, czyli pułapka Naszyzmu

Coraz łatwiej ulegamy nowemu rodzajowi manipulacji – naszyzmowi. Nadmiar informacji prowadzi nas do przyjmowania za prawdziwe tych, które odpowiadają naszemu rodzajowi wrażliwości –liberalnej, libertariańskiej czy konserwatywnej – i odrzucenia tych, które nam nie pasują. Dlaczego tak się dzieje?

Krym nasz!

(zasłyszane w Rosji)

 

Piszę ten tekst w przededniu wyborów prezydenckich w Polsce. Temperatura emocji politycznych jest wysoka, oczekiwania i obawy są ogromne, mobilizacja zdaje się przekraczać wieloletnią średnią. W jakim kierunku prowadzą nas nasze własne emocje, którymi próbują zarządzać, a nawet manipulować politycy i polityczni komentatorzy? Co może wyłonić się z widocznej już coraz wyraźniej dynamiki kolejnych politycznych zmagań?

Chciałbym, odwołując się do pojęć i idei zaczerpniętych z różnych teorii i nauk, opisać potencjalne konsekwencje naszych preferencji politycznych dokonywanych pod wpływem emocji wzmacnianych przez cyfrową rewolucję, które mogą być konsekwencją zarówno bieżących, jak i każdych następnych wyborów.

Instytucje, głupcze!

Wybory Prezydenta RP są z natury rzeczy bardzo personalne. Uwaga wyborców koncentruje się na wadach i zaletach kandydatów, a w tle – na emocjach związanych z ich politycznym rodowodem. W walce o prezydenturę nie jest jednak dzisiaj ważny jej wymiar personalny czy inklinacje polityczne. Walka ta jest dzisiaj częścią znacznie poważniejszych zmagań toczonych od kilku lat między obozami liberalnym a konserwatywnym o panowanie nad instytucjami i szerzej nad ramami instytucjonalnymi państwa polskiego. Niezależnie od intencji walczących stron – czy tych publicznie deklarowanych, czy tych planowanych w zamkniętych gremiach politycznych – warto uświadomić sobie, jakie ta walka ma znaczenie dla funkcjonowania ram instytucjonalnych państwa polskiego, a w konsekwencji dla jego przyszłej możliwej ewolucji.

Konieczność twórczej destrukcji z jednej strony, a z drugiej chęć zachowania status quo wsparta przez najsilniejsze imperatywy behawioralne człowieka – obawę przed stratą i poczucie sprawiedliwości – cały czas wystawia rządzących i aspirujących do rządzenia krajem na próbę, w ramach której wciąż na nowo trzeba wymyślać ramy instytucjonalne państwa

Daron Acemoğlu i James Robinson w książce Dlaczego narody przegrywają obrazują państwo jako bardzo złożony system, który działa poprzez instytucje i generowaną przez nie sieć społecznych sprzężeń zwrotnych.

Stanem na świecie dominującym – i współcześnie i historycznie – są wyzyskujące instytucje polityczne i generowane przez nie ujemne sprzężenia zwrotne, zamykające możliwości rozwoju w błędnym kole. W takiej sytuacji władza skoncentrowana jest w rękach nielicznej elity i nakładane są na nią niewielkie ograniczenia. Ta elita tak kształtuje instytucje gospodarcze, aby eksploatować zasoby reszty społeczeństwa na swoje potrzeby i pomysły.

Kiedy państwa osiągają pewien, niezbędny dla ochrony prawa i porządku, centralizm rozumiany jako monopol na uprawnione użycie przemocy oraz pluralizm instytucji politycznych, mogą osiągnąć wówczas stan włączający. Jest on delikatną równowagą, którą udaje się osiągnąć w rozwoju instytucjonalnym i w związanej z nim sieci społecznych sprzężeń zwrotnych. Instytucje włączające raczej będą prowadzić do zastępowania wyzyskujących instytucji gospodarczych, które odbierają zasoby, wznoszą bariery wejścia, czy ograniczają funkcjonowanie rynków – włączającymi instytucjami gospodarczymi, prowadząc do dodatnich sprzężeń zwrotnych przynoszących rozwój.

Oddajmy w tym miejscu na chwilę głos autorom: „Instytucje gospodarcze i polityczne, które ostatecznie wybiera samo społeczeństwo, mogą być włączające i wspierać wzrost gospodarczy, ale mogą być też wyzyskujące, a wtedy stają się przeszkodą dla wzrostu. Państwa ponoszą porażki, gdy instytucje gospodarcze mają charakter wyzyskujący i są wspierane przez wyzyskujące instytucje polityczne, które przeszkadzają wzrostowi gospodarczemu czy wręcz go blokują. Z tego wynika, że dla poszukiwanego przez nas zrozumienia przyczyn sukcesów państw i ich porażek kluczowe znaczenie ma wybór instytucji, czyli polityka instytucji. Musimy zrozumieć, dlaczego polityka niektórych społeczeństw prowadzi do instytucji włączających, które sprzyjają wzrostowi, podczas gdy polityka zdecydowanej większości społeczeństw w dziejach prowadziła i nadal prowadzi do instytucji wyzyskujących, które hamują wzrost”.

Dlaczego jednak już osiągnięta równowaga między centralizmem a pluralizmem, pozwalająca na zbudowanie instytucji włączających, przez które przechodzą kolejne fale dodatnich, rozwojowych sprzężeń zwrotnych, jest taka delikatna? Tak o tym piszą Acemoğlu i Robinson: „Zasadniczą sprawą jest to, że nigdy nie będzie zgody w sprawie instytucji gospodarczych. Różne instytucje przynoszą różne konsekwencje dla dobrobytu państwa, dla dystrybucji tego dobrobytu i władzy. (…) Wzrostowi gospodarczemu i przemianom technicznym towarzyszy – by użyć określenia wielkiego ekonomisty Josepha Schumpetera – twórcza destrukcja. To, co stare, zastępuje się nowym. Nowe sektory wytwórczości podbierają zasoby starym. (…) Proces wzrostu gospodarczego oraz włączające instytucje stanowiące jego podstawę tworzą przegranych i zwycięzców, zarówno na arenie politycznej, jak i na rynku gospodarczym. Strach przed twórczą destrukcją jest częstym źródłem sprzeciwu wobec włączających instytucji gospodarczych i politycznych:.

W ten sposób konieczność twórczej destrukcji z jednej strony, a z drugiej chęć zachowania status quo wsparta przez najsilniejsze imperatywy behawioralne człowieka – obawę przed stratą i poczucie sprawiedliwości – cały czas wystawia rządzących i aspirujących do rządzenia krajem na próbę, w ramach której wciąż na nowo trzeba wymyślać ramy instytucjonalne państwa i sposoby zachowania pokoju społecznego.

Państwo jest systemem złożonym. Poprzez swoje ramy instytucjonalne i systemy sprzężeń zwrotnych łączących na wiele sposobów jego obywateli generuje zasoby, których potrzebuje na swoje utrzymanie. Jak każdy system złożony ma swoją pamięć wewnętrzną i „zależność od ścieżki”, czyli przebyta już droga nie pozostaje bez wpływu na przyszłe drogi rozwoju (choć ich w pełni nie determinuje). Ludzie, tworzący system złożony, realizują swój wpływ na funkcjonowanie państwa, będąc ze sobą w łączności, wpływając na siebie i wzajemnie się do siebie adaptując. Robią to tworząc sieci formalnych i nieformalnych powiązań, o różnym kształcie, funkcjonalności i możliwościach wpływu.

Uwięzieni w sieciach

W świat tych sieci wprowadza nas praca Nialla Fergusona „Rynek i ratusz. O ukrytej sieci powiązań, która rządzi światem”. Podając liczne przykłady rozwoju i zderzania się sieci wzajemnych powiązań i relacji pomiędzy pojedynczymi osobami, luźnymi związkami, organizacjami czy instytucjami budującymi ramy instytucjonalne państw i narodów autor zwraca uwagę na pewną wyjątkowość toczących się dzisiaj gwałtownych procesów społecznych.

Tracimy przez to zdolność akceptowania, radzenia sobie z odmiennymi wrażliwościami, z odmiennymi interpretacjami co jest dobre, właściwe, korzystne dla wspólnoty, a co jest zagrożeniem, błędnym i prowadzącym do pogorszenia sytuacji sprzężeniem zwrotnym. Wskutek tego, pisze Haidt, stajemy się coraz bardziej manichejscy

Po to, aby je zrozumieć, Ferguson postuluje cofnąć się do XVI stulecia i porównać skutki globalnego wpływu Internetu – cyfrowej rewolucji – do rozprzestrzenienia się druku. Pisze: „Komputer osobisty i smartfon dały sieciom władzę porównywalną z tą, jaką wcześniej, w czasach Lutra, zapewniły im broszura i książka”. I porównuje ze sobą wykresy zmian cen oraz liczbę komputerów (dziś) i książek (po rewolucji Gutenberga) – co do zasady prawie identyczne.

Kolejna, podobna w swojej istocie, rewolucja w ilości, dostępności i szybkości rozprzestrzeniania się informacji prowadzi – twierdzi Ferguson – bezpośrednio do nasilenia usieciowienia społecznego. Ale jednocześnie wskazuje na znaczące różnice. Pierwszą jest szybkość, z jaką rozpowszechniają się zmiany. Rewolucja Gutenberga była o cały rząd wielkości wolniejsza. Drugą są konsekwencje ekonomiczne. Gutenberg nie dorobił się na rewolucji swojego imienia. Nie można tego powiedzieć o niesamowitej koncentracji przetwarzania i przechowywania danych cyfrowych, z której czerpią korzyści nie tylko udziałowcy GAFA (Google, Apple, Facebook, Amazon) lub ich chińskie odpowiedniki. W tradycyjnych społeczeństwach, opartych na dziedzicznych sieciach, jak pisze Ferguson, siły nowego porządku prowadzą do zwiększenia mobilności społecznej i zmniejszenia nierówności. Takie właśnie były konsekwencje rewolucji Gutenberga. Kiedy jednak sieci i rynki działają w tym samym kierunku, nierówności tylko się zwiększają. Trzecią jest to, że w przeciwieństwie do wynalazku prasy drukarskiej konsekwencje dzisiejszej zmiany usieciowienia społecznego nie dotknęły religii, a od razu przeniosły się najpierw w sferę handlu i zaraz potem w sferę bezpośredniej polityki, zmieniając sposób powstawania sieci i interakcji między nimi.

Jak zatem zmienią się instytucje, systemy sprzężeń zwrotnych napędzające państwa, hierarchiczne z natury sieci władzy naciskane przez bezskalowe sieci tych, którzy wymieniając między sobą informacje tworzą powiązania i potrafią wywoływać zbiorowe działania jako tłum i antytłum? Ferguson ostrzega, że pokładanie nadziei w nowych możliwościach działania w sieci powiązań między ludźmi, pomysły kognisfery, czy libertariańska wizja wolnych i równych obywateli sieci – to prosta droga do anarchii. A w najlepszym przypadku droga do władzy iluminatów, albo co jeszcze prawdopodobniejsze – jakobinów.

Aby dostrzec dynamikę nadawaną przez tworzące się w oparciu o nowe możliwości techniczne bezskalowe sieci wpływów, oraz postawić hipotezy, jak wpływa to już dziś na działania hierarchicznych sieci władzy odwołam się do psychologii behawioralnej.

Cyfrowa rewolucja a wrodzone predyspozycje

Rewolucje, których istota zawsze polega na relatywnie szybkich zmianach w szeroko pojętym porządku rzeczy, wywołują w ludziach emocje. W jednych być może nadzieję na zmiany, na lepszą przyszłość, w drugich obawy, strach przed zmianą, szczególnie w obliczu „twórczej destrukcji”. Psycholog behawioralny, Jonathan Haidt, jako wyjaśnienie tego, w jaki sposób w odpowiedzi na płynące z otoczenia bodźce grupują się ludzie, zaproponował pojęcie wrodzonych, a później w trakcie życia rozwijanych fundamentów, „smaków moralnych”. W książce „Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka”, nazwał ich sześć: Troska, Wolność, Sprawiedliwość, Lojalność, Autorytet, Świętość.

Wskazał przy tym, że każdy z nas intuicyjnie przypisuje tym fundamentom trochę inną wagę, co pozwoliło mu w ramach diagnozy tego, na czym polegają polityczne podziały, określić „matryce moralne”, swoiste wzorce wrażliwości dla trzech postaw politycznych nazwanych za tradycją amerykańską Liberałami, Libertarianami i Konserwatystami. Wrażliwość Liberałów to przede wszystkim Troska, potem Wolność, Sprawiedliwość i pozostałe. Dla Libertarian – Wolność, potem Sprawiedliwość i na końcu pozostałe. Dla Konserwatystów wszystkie w mniej więcej równym zakresie.

Bezpiecznie czujemy się wśród myślących podobnie, bojąc się myślących inaczej i odwracając się od nich

Ma to swoje konsekwencje – opisywane przez Haidta – nie tylko w wagach, ważności i hierarchiach planowanych działań, ale przede wszystkim w indukowanych, poprzez różne postrzeganie świata, emocjach. Możliwości cyfrowej rewolucji, podnosząc co najmniej o rząd wielkości ilość, szybkość i dostępność przeróżnych informacji, przekraczają nasze dzisiejsze zdolności ich analizy, wartościowania i odróżniania prawdy, zgodności z rzeczywistością, od fałszu i pozornych zależności. Tracimy przez to zdolność akceptowania, radzenia sobie z odmiennymi wrażliwościami, z odmiennymi interpretacjami co jest dobre, właściwe, korzystne dla wspólnoty, a co jest zagrożeniem, błędnym i prowadzącym do pogorszenia sytuacji sprzężeniem zwrotnym. Wskutek tego, pisze Haidt, stajemy się coraz bardziej manichejscy. Emocje, których nie nadążamy i nie potrafimy zracjonalizować, prowadzą do postrzegania grupujących się wokół innych niż nasze własne smaków moralnych jako sił ciemności, w przeciwieństwie do „naszych”, które traktujemy jako siły światłości.

Cyfrowa rewolucja wzmacnia tym samym naturalne ludzkie skłonności grupowania się, wykorzystujące wrażliwości wrodzone każdemu z nas i rozwijane przez sieci wzajemnych połączeń. Przytłoczeni możliwościami nawiązywania relacji, budowania i uczestniczenia w sieciach wymiany informacji, na podstawie których dokonujemy adaptacji i uczestniczymy w tworzeniu tłumu i antytłumu w niezliczonej ilości spraw, coraz częściej koncentrujemy się i czujemy się bezpiecznie wśród ludzi myślących tak jak my, o podobnej wrażliwości, odwracając się od i bojąc się myślących inaczej. A przecież, jak sugeruje Haidt, różne wrażliwości są ze sobą połączone jak dwie strony tej samej monety, splatają się niczym yin i yang w znanym z filozofii chińskiej symbolu. W końcu wszyscy jesteśmy potrzebni sobie nawzajem.

Mądrość i ślepota tłumu

O tym, jak bardzo rzeczywiście jesteśmy sobie potrzebni, można przeczytać w książce Jamesa Surowieckiego „Mądrość tłumu. Większość ma rację w ekonomii, biznesie i polityce”. Zwraca on uwagę na unikatową ludzką umiejętność obserwacji i rozumienia naszego otoczenia. Umiejętność ta pozwala nie tylko indywidualnie proponować rozwiązanie problemów, oceniać szanse powodzenia podejmowanych działań, czy dokonywać celnych obserwacji. W przeciwieństwie do zdolności fizycznych, jak na przykład w biegu na 100 metrów, gdzie oczywistym jest, że średnia prędkość wyliczona dla grupy osób będzie mniejsza niż najszybszych jej przedstawicieli, uśrednienie obserwacji, ocen, oszacowań modeli proponowanych działań daje nierzadko wynik równie dobry, jak najlepszego członka grupy. A w sporej części przypadków lepszy. Surowiecki pisze w konkluzji uśredniania postrzegania rzeczywistości przez ludzi: „Wygląda na to, że zostaliśmy tak zaprogramowani, abyśmy byli zbiorowo mądrzy”.

Na stronach swojej książki Surowiecki podaje wiele interesujących przykładów, kiedy korzystając z „mądrości tłumu” osiągano niejednokrotnie rezultaty niemożliwe do osiągnięcia przez nawet wysokiej klasy specjalistów. Ale pada również wiele przykładów zbiorowego zaślepienia. Spektakularnym tego przykładem była katastrofa promu kosmicznego Columbia, kiedy zespół kierujący misją, wraz z zespołem inżynierów z NASA, Boeinga i Lockheed Martina oraz załogą orbitującego promu nie wykorzystały potencjału grupy i źle oszacowały prawdopodobieństwo uszkodzenia poszycia wahadłowca przez oderwany podczas startu element zewnętrznego zbiornika paliwa i jego konsekwencje dla powrotu do atmosfery, w efekcie czego statek spłonął podczas powrotu na ziemię.

Mając zaufanie do „naszych”, partie coraz chętniej obsadzają nimi instytucje, spółki państwowe i samorządowe, teatry czy muzea, a nawet firmy je sprzątające

Umysł każdego z nas nieustannie modeluje otaczający nas świat i ciągle porównuje opracowane modele z poprzednimi. Nieustannie szacuje też prawdopodobieństwa osiągania celów, zagrożeń, zmian stawiając na jedne strategie działania, a powstrzymując się od realizacji innych. Jesteśmy węzłami sieci kauzalnej świata, a biorąc pod uwagę na ile sposobów i w jakim celu możemy budować sieci wpływania na siebie i wzajemnej adaptacji, o których pisał Ferguson, potrafimy być inspirująco niezależni, jak i zawstydzająco zależni od siebie nawzajem. Po to, aby w pełni wykorzystać „mądrość tłumu”, ludzie muszą mieć poczucie, że ich postrzeganie ma znaczenie, że wymiana informacji jest deliberacją, a nie polemiką. Wtedy spada prawdopodobieństwo zdominowania grupy przez najsilniejsze emocjonalnie jednostki, czy najsilniej wpływające na emocje memy, które mogą zamknąć drogę do znajdowania lepszych rozwiązań. Grupa, której mądrość chcemy wykorzystać, musi być też odpowiednio zróżnicowana, aby uniknąć zaraźliwego kopiowania pierwszych ocen i oszacowań.

Zróżnicowana grupa, sieć umysłów jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym. Surowiecki, kiedy pisze o wykorzystaniu potencjału sieci, zwraca uwagę na mające kapitalne znaczenie środki, przy pomocy których, szczególnie w mocno zdecentralizowanych grupach, agreguje się oceny, opinie. Agregacja ocen bowiem, która jest formą centralizacji ludzkich wysiłków (przypomnę w tym miejscu równowagę między centralizmem a pluralizmem – postulowaną przez Robinsona i Acemoğlu – jako warunek niezbędny do zbudowania i utrzymania instytucji włączających), pełni ważną rolę w decentralizacji, czyli cesji potrzebnej analizy problemu na sieć umysłów mającą wykorzystać „mądrość tłumu” dla znalezienia rozwiązania, oszacowania prawdopodobieństwa sukcesu lub porażki. Wszystko po to, aby decentralizacja, ułatwiająca wspólne znajdowanie rozwiązań, nie zamieniła się w dezorganizację.

Naszyzm, czyli początek błędnego koła

Czas, żeby połączyć ze sobą opisane wcześniej wątki. Łączymy się ze sobą w sieci. Od hierarchicznych sieci władzy, przez wielką ilość różnych form do bezskalowych sieci połączeń w ramach mediów społecznościowych. Poprzez te sieci wymiany informacji realizujemy pętle sprzężeń zwrotnych kształtując, w oparciu o indywidualne, wrodzone predyspozycje, indywidualne „ja” i własną strategię behawioralną formującą sieć osobistych relacji, socjalizującą nas i budującą pozycję w grupie. Poprzez te sieci realizujemy również pętle sprzężeń zwrotnych, decydujących o szansach wejścia na drogę rozwoju, przy włączających instytucjach politycznych i gospodarczych, lub pętle prowadzące do błędnego koła stagnacji czy regresu przy dominacji politycznych instytucji wyzyskujących.

Technika wpływa mocno i bezpośrednio, na możliwe do zrealizowania polityczne scenariusze. Wystarczy sięgnąć do pierwszej połowy XX wieku i przypomnieć sobie, jak szybko rotacyjne maszyny drukarskie, radio i kroniki filmowe ułatwiały w sprzyjających okolicznościach mobilizację powstałych w wyniku rewolucji rolniczo-przemysłowej mas w kierunku akceptacji zmian ram instytucjonalnych społeczeństw w Europie na te wyzyskujące izmy – narodowy socjalizm, faszyzm czy komunizm.

Dzisiaj, jeżeli posłużyć się sformułowaniami Fergusona, hierarchiczne sieci władzy poddawane są presji cyfrowej rewolucji. Nie ma już mas, ludzie łączą się w rzeczywistości realnej i przede wszystkim wirtualnej na niezliczoną ilość sposobów. Trudno o tak bezpośrednią manipulację, jak w XX wieku. A jednak w obliczu nadmiaru informacji, coraz większej zmienności, coraz krótszych trendów, które dają coraz krótsze i mniej pewne oparcie dla naszych stale modelujących rzeczywistość i szacujących prawdopodobieństwo sukcesu lub porażki umysłów, coraz łatwiej nam ulec nowemu rodzajowi manipulacji – naszyzmowi.

Warto otwierać się na ludzi o różnych wrażliwościach w Kancelarii Prezydenta, w radach, zespołach konsultacyjnych, w nieistniejącym niestety, zróżnicowanym zespole doradczym do spraw pandemii

Nadmiar informacji prowadzi nas do przyjmowania za prawdziwe, zgodne z rzeczywistością tych, które odpowiadają naszej intuicji, naszemu rodzajowi wrażliwości – tej bardziej liberalnej, libertariańskiej czy konserwatywnej – i odrzucenia tych, które nam nie pasują. Bezpiecznie czujemy się wśród myślących podobnie, bojąc się myślących inaczej i odwracając się od nich. Ta swoista, postępująca epidemia wrażliwości, czyni nas podatnymi nie na manipulację elit, ale na automanipulację. Wymieniając się informacjami, których wartość i prawdziwość coraz trudniej nam ustalić, ufamy tym, którzy mają podobną matrycę moralną i podobną wrażliwość. To właśnie manicheizm, o którym, jak wspominałem, pisał Haidt.

W ślad za nowymi sposobami wzajemnego postrzegania się i możliwościami hurtowego zbierania przez biznes i polityków informacji o trendach automanipulacyjnych, o kolejnych odsłonach epidemii wrażliwości napędzanych wzbudzającymi emocje wydarzeniami, poprzez badania socjologiczne, prowadzone w każdej sprawie sondaże, testy na mediach społecznościowych nośności potencjalnych virali, dokonuje się podział na naszych i obcych. Zaczynamy postrzegać innych coraz bardziej asymetrycznie – dla naszych mamy zaufanie, tolerancję, przyzwolenie na ich najbardziej kontrowersyjne działania. Dla innych – nieufność, podejrzliwość, wrogość.

Nasi są bardziej zrozumiali, lepsi. Mając zaufanie do „naszych”, partie coraz chętniej obsadzają nimi instytucje, spółki państwowe i samorządowe, teatry czy muzea, a nawet firmy je sprzątające. Instytucje, zarówno w sensie organizacyjnym, jak i prawnym zmienia się pod kątem tego, jak obsadzić je „naszymi”. Coraz mniej miejsca, na coraz podrzędniejszych stanowiskach, zostaje dla tych, którzy nie myślą tak jak my, nie mają „naszej” wrażliwości.

Oczywiście zawsze był jakiś podział na swoich i obcych. Więzy krwi, plemię, religia, rasa, język, ideologia łączą ludzi ułatwiając, a czasami utrudniając wspólne działanie. Cyfrowa rewolucja zwiększająca poziom usieciowienia społecznego nadaje jednak działaniom nową dynamikę. Podział nie przebiega między zwolennikami, a przeciwnikami reprezentującymi różne opcje polityczne, sposoby działania, idee. Podział dokonuje się w oparciu o, szerzącą się poprzez sieć, epidemię wrażliwości prowadząc do manichejskiego rozróżnienia na siły światłości i siły ciemności.

W imię źle pojętej sprawiedliwości możemy rozmontowywać reprezentatywne grupy ludzi o różnych wrażliwościach, nadających codzienny bieg potrzebnym w życiu publicznym instytucjom

Raz rozpoczęta spirala naszyzmu, personalna czystka, wendetta, zmienianie ram instytucjonalnych państwa pod szykowane rozwiązania personalne, prowadzące nawet do naciągania czy wręcz łamania konstytucji, ma tendencję do samopowielania się. W imię źle pojętej sprawiedliwości możemy rozmontowywać reprezentatywne grupy ludzi o różnych wrażliwościach, nadających codzienny bieg potrzebnym w życiu publicznym instytucjom. Przekonanie, że mamy rację, że jesteśmy – w grupie naszych – mądrzejsi niż dobrze dobrany, reprezentatywny zespół ludzi o różnych wrażliwościach, może zamknąć błędne koło, dopełniając zbiór instytucji wyzyskujących. A to pozwoli elitom stanowiącym władzę – jakie by one nie były, czy bardziej liberalne, czy konserwatywne – przechwytywać wartość dodaną wypracowywaną przez nas wszystkich, blokować działanie twórczej destrukcji i skazać nas na wieczne kibicowanie walce o władzę, toczonej przez lokalnych kacyków, za przechwycone wcześniej środki. Już raz w historii wpadliśmy – jak pokazują to Acemoğlu i Robinson na przykładzie całej Europy Środkowo-Wschodniej od XVI wieku – w dryf instytucjonalny i w konsekwencji w cywilizacyjną i gospodarczą zapaść, z której po dziś dzień nie potrafimy się w sposób trwały wydobyć.

Dziś, w sposób trudny do dostrzeżenia, w wyniku najbliższych, albo następnych dokonywanych w wyniku manichejskich emocji, wyborów, możemy osiągnąć wynikającą z teorii złożoności masę krytyczną zmian i ześlizgnąć się w zamykające nas na rozwój błędne koło naszyzmu.

Ale być może młode pokolenie polityków, którego reprezentanci toczą teraz bój o prezydenturę dostrzeże zamykającą się pułapkę. Warto otwierać się na ludzi o różnych wrażliwościach w Kancelarii Prezydenta, w radach, zespołach konsultacyjnych, w nieistniejącym niestety, zróżnicowanym zespole doradczym do spraw pandemii itp., licząc na zbiorową mądrość pomimo tego, że niektóre osoby, zarażone wirusem naszyzmu, mogą się w takich sytuacjach nie sprawdzić. Warto wypracowane stanowiska, przyjęte założenia i podyktowane nimi działania udostępniać w ramach sięgającej po zasoby „mądrości tłumu” społecznej deliberacji.

Jeżeli tak się nie stanie, to będą pojawiać się kolejne próby tworzenia pozapartyjnych ruchów i wyłaniać ich przywódcy. Nie tylko w Polsce, ale i w USA, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Włoszech – problemy z konsekwencjami epidemii wrażliwości nakręcanej zdobyczami cyfrowej rewolucji dotyczą w mniejszym lub większym zakresie wszystkich społeczeństw świata. Możliwości usieciowienia społecznego, które oferuje nam cyfrowa rewolucja nie determinują rozwoju przyszłych wydarzeń, kiedy rządzące dziś pokolenie 70-latków przestanie trząść światem polityki. Ale zagrożenie jest poważne i warto je brać pod uwagę przy dokonywaniu wyborów politycznych.

 

Były wydawca „Stańczyka”, przedsiębiorca

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Polska na rozstajach, czyli pułapka Naszyzmu”

  1. Sherlock00 pisze:

    Bardzo dobry tekst. Gratuluję. Choć wg. mnie trudny do wykorzystania w szerszym wirtualny świecie bez dodatkowego tłumaczenia. Podzielam Pana nadzieję, że jednak naturalne procesy będące w nas pomimo wszytko wydobędą nas z głupoty wewnętrznej walki na “śmierć i życie”. Ewentualny wróg jest na zewnątrz, a nie wiadomo czemu, szczególnie my Polacy łatwo popadamy w wewnętrzne wojny i wojenki, które często wykorzystują ci, którzy przyglądają się z zewnątrz. Niestety, na razie spirala się nakręca. Mam jednak mimo wszystko nadzieję na zmianę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz