Newsletter

Piłkarska walka o wolność

Zbigniew Rokita w książce „Królowie strzelców” pokazuje, że nie ma wielkiego sportu bez polityki. Piłka może dawać ludziom nadzieję, może stawać się również trybikiem w maszynie polityki imperialnej

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

20 października 1957 r., Stadion Śląski. Mija rok od wydarzeń poznańskiego Czerwca. Na murawę wbiegają drużyny Polski i Związku Radzieckiego. Śpiewany przez niemal sto tysięcy gardeł Mazurek Dąbrowskiego onieśmiela faworyzowanych przyjezdnych. W 50 minucie spotkania jest 2:0 dla Polski. Obydwie bramki zdobywa Gerard Cieślik. Ale on jest tylko jednym z bohaterów. Drugim jawi się bramkarz Edward Szymkowiak, dzięki którego kapitalnym interwencjom udaje się utrzymać zwycięski wynik do końca (mecz kończy się rezultatem 2:1). Podobno po końcowym gwizdku Szymkowiak miał się popłakać. Miał zresztą ku temu osobisty powód – jego ojca wiosną 1940 r. Sowieci rozstrzelali w Katyniu.

„Królowie strzelców” to może książka niepozbawiona wad, ale z pewnością bardzo udany debiut. I także (a może przede wszystkim) znakomite wprowadzenie w piłkarską rzeczywistość na wschód od Bugu, którą warto zrozumieć trochę lepiej w przeddzień rosyjskiego mundialu

Sport i polityka

Pamiętny mecz Polska – ZSRR jawi się jako jeden z tych symbolicznych momentów w dziejach naszego kraju, w których sport i polityka przeplatały się tak ściśle, że stawały się niemal jednością. Po upadku „żelaznej kurtyny” nie oglądaliśmy już spotkań Polaków wywołujących podobne emocje. Wydawało się, że futbol na dobre oddzielił się polityki, że mamy do czynienia z piłkarskim „końcem historii”. Ale wystarczył mecz Polska-Rosja na Stadionie Narodowym podczas Euro 2012, aby przekonać się, że marzenia o piłce wolnej od podtekstów historycznych czy politycznych jeszcze długo się nie ziszczą. Wielu pewnie do dziś pamięta okładkę „Newsweeka”, przedstawiającą trenera Franciszka Smudę, ustylizowanego na polskiego generała i opatrzoną podpisem „Bitwa Warszawska 2012”. Tym większe są pozasportowe emocje związane z piłką w krajach, w których nurt historii płynie żwawiej aniżeli w Polsce. Jednym z takich miejsc jest niewątpliwie Europa Wschodnia. Właśnie relacjom sportu i polityki w tej przestrzeni geopolitycznej poświęcona jest debiutancka książka redaktora „Nowej Europy Wschodniej” Zbigniewa Rokity, która nieprzypadkowo ukazała się niemalże w przeddzień rosyjskiego mundialu.

Rokita krytykuje wstrzemięźliwą reakcję FIFA i UEFA na zajęcie Krymu przekonując, że Rosja powinna być pozbawiona organizacji Mistrzostw Świata 2018. Jak twierdzi: „sport nie jest ponad polityką i utrzymywanie tej fikcji to mydlenie oczu i zrzucanie z siebie odpowiedzialności”

„Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium” to zbiór tekstów i reportaży, odnoszących się do przeszłości i teraźniejszości. Są tu pierwsze rosyjskie kluby piłkarskie: petersburski Sport i moskiewskie KS Oriechowo, czterej bracia Starostinowie kopiący piłkę w rzeczywistości sowieckiego imperium i zmagający się z własną skomplikowaną tożsamością Ernest Wilimowski. Rokita nie ogranicza się do opisywania piłkarskiej rzeczywistości sprzed kilkudziesięciu czy stu lat. Przytacza historię konfliktu w Górskim Karabachu, pokazując, jak rzutuje on na sportowe relacje Armenii i Azerbejdżanu. Jedzie na mundial państw nieuznawanych do Abchazji, aby zrozumieć, co znaczy piłka dla ludzi żyjących w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc (a może raczej dzień dobry?).

Rokita pisze nie tylko o futbolu. Pojawiają się również Węgrzy i Litwini, dla których odpowiednio piłka wodna i koszykówka stają się orężem, z pomocą którego toczą walkę z sowieckim imperium. Sport stał się bronią w walce o wolność. Ale równie dobrze, jak pokazuje Rokita, może być on narzędziem, z pomocą którego umacnia się prestiż i siłę państw autorytarnych, imperialnych, czy totalitarnych.

„Dobrzy” i „źli”

Wokół tych dwóch biegunów tkana jest narracja książki. Marzący o lepszym życiu i odrobinie godności kibice abchaskiej drużyny, walczący o wolność Litwini i Węgrzy, czy grający „romantyczną” piłkę w drużynie moskiewskiego Spartaka Starostinowie jawią się jako „dobrzy”. Ich wspólnym przeciwnikiem jest imperium. Ono znów przybiera różne oblicza. Raz posiada twarz narkoma spraw wewnętrznych, Ławrientija Berii, i jego ulubionego klubu Dynamo Moskwa (przeciwnika Spartaka). Innym razem jako jego ucieleśnienie jawi się cały sowiecki system, żądający od ludzi (w tym wypadku od piłkarzy) sukcesów za wszelką cenę. Wreszcie współczesne oblicze imperium symbolizuje logo Gazpromu, które możemy oglądać na ekranie podczas wieczorów z Ligą Mistrzów. To ostatnie oblicze budzi słuszną obawę Rokity, który zauważa: „Osoby młodsze czy mniej zainteresowane polityką nie będą kojarzyły Gazpromu z agresywną polityką zagraniczną Kremla, tylko z miłymi wieczorami z przyjaciółmi, spędzonymi na kibicowaniu ulubionym drużynom, podczas których na ekranie wciąż przewija się logo rosyjskiej firmy”. Imperium pełni rolę „złego”, ale również Zachód i jego piłkarskie struktury nieraz są opisywane w sposób gorzki. Rokita krytykuje wstrzemięźliwą reakcję FIFA i UEFA na zajęcie Krymu przekonując, że Rosja powinna być pozbawiona organizacji Mistrzostw Świata 2018. Jak twierdzi: „sport nie jest ponad polityką i utrzymywanie tej fikcji to mydlenie oczu i zrzucanie z siebie odpowiedzialności”. Książka napisana jest w duchu głębokiego humanizmu, który autor mimo zastrzeżeń łączy z cywilizacją i kulturą zachodnią. Pogląd ten Rokita demonstruje w sposób subtelny i bardzo wyważony. Stanowi to o wartości książki, gdyż rzadkością nie są reportaże, w których poglądy autora prezentowane są tak nachalnie, że psują nieraz znakomitą dziennikarską robotę (choćby „Białystok” Marcina Kąckiego).

Zresztą pod względem reporterskim niewiele można Rokicie zarzucić. Oczywiście czasem chciałoby się, aby autor wsiadł w maszynę do podróży w czasie i porozmawiał z Wilimowskim czy Starostinami, co jednak przekracza granice jego możliwości. A to, co robi, zasługuje na docenienie. Rozmawia w Budapeszcie z Györgym Kárpátim, jednym z ostatnich żyjących zawodników węgierskiej reprezentacji, która zdobyła złoto w piłce wodnej na olimpiadzie w Melbourne w 1956. Jedzie do Kowna, aby spotkać się z Vladasem Garastasem, trenerem i twórcą sukcesów litewskiej koszykówki w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych. Rozmawia z dziennikarzami sportowymi z Rosji, Armenii i Azerbejdżanu. W Abchazji spotyka się prezesem Konfederacji Niezależnych Związków Piłkarskich (CONIFA) Perem-Andersem Blindem, jego współpracownikiem Saschą Düerkopem i wiceministrem spraw zagranicznych tego parapaństwa, Kanem Taniyą. I oczywiście chodzi na mecze, obserwuje, a nieraz nawet daje się ponieść kibicowskiej gorączce.

Największy niedosyt wywołuje dość skromny fragment poświęcony nie tyle kibicom (o tych w książce jest sporo), ile środowiskom kibolskim

Trzeba postawić kropkę

„Królowie Strzelców” są świetnie napisaną książką. Lektura jest lekka, okraszona licznymi, zabawnymi anegdotami, które czynią treść jeszcze bardziej przystępną. Ta zaleta książki łączy się z jej słabością. Dzięki świetnemu pióru Rokity książkę pochłonąłem w kilka godzin, jednakże w niektórych partiach książki trochę brakowało mi większego przywiązania autora do szczegółu. Mam tu na myśli głównie rozdział „Rosja. Pralnie reputacji”, w którym zbiega się kilka dość luźno powiązanych wątków. Są tu właściciel Chelsea FC, Roman Abramowicz i jego futbolowe imperium, rasistowscy kibice petersburskiego Zenita, problemy komunikacyjne drużyny SKA Chabarowsk, a nawet sytuacja ukraińskiej piłki po „rewolucji godności”. I choć Rokita zjawiska te opisuje z przekonaniem i sercem, to czasem brakuje głębszego wejścia w detale. Czymś takim mogłoby być zilustrowanie zjawiska inwestowania Rosjan w zachodni futbol nie tylko historią Chelsea Abramowicza, ale również AS Monaco Dmitrija Rybołowlewa.

Największy niedosyt wywołuje dość skromny fragment poświęcony nie tyle kibicom (o tych w książę jest sporo), ile środowiskom kibolskim. Ten fascynujący fenomen opisany jest w „Królach Strzelców” bardzo pobieżnie. Być może dzieje się tak z racji faktu, że Rokicie nie udało się spotkać z liderem ultrasów Zenita, ale mimo wszystko pewien niedosyt pozostaje. Dla mnie osobiście jest on tym większy, że środowiska pseudokibiców na wschodzie Europy są blisko związane nie tylko z rosyjską, lecz również z ukraińską skrajną prawicą (chociażby ultrasi Karpat Lwów). Mógłbym jeszcze napisać, że przydałby się oddzielny rozdział o ukraińskiej piłce, i tak dalej. Myśląc o tym, uświadamiam sobie, że skoro chcę więcej i więcej, to książka jest zwyczajnie dobra. A obowiązkiem autora jest postawienie w pewnym momencie kropki.

„Królowie Strzelców” to może książka niepozbawiona wad, ale z pewnością bardzo udany debiut. I także (a może przede wszystkim) znakomite wprowadzenie w piłkarską rzeczywistość na wschód od Bugu, którą warto zrozumieć trochę lepiej w przeddzień rosyjskiego mundialu.  Warto przy tym zauważyć, że autor jest kolejną osobą z młodego pokolenia, udowadniającą, że ma ono wiele ciekawego do powiedzenia o otaczającej nas rzeczywistości. Nie chcąc jednak na siłę forsować tezy o wyjątkowości dwudziestolatków i trzydziestolatków, poprzestanę na stwierdzeniu, że Zbigniew Rokita napisał bardzo dobrą książkę.

Zbigniew Rokita, Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.