Newsletter

Umie w Lacana

Horubała pisze bez złudzeń i bez cynizmu, a ja myślę, że to najwęższa ścieżka, węższa niż równoważnia symetrysty

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Filmy z Bruce Willisem lubię do szaleństwa, wiem, że to niepoważne, ale co poradzę, „Szklana pułapka” numer dwa czy dwanaście, i po trzech minutach jestem ugotowany, yippee-ki-yay, motherfuckers! Wszyscy są załatwieni, narkobaroni i Chińczycy, przeładować magazynek, skąpy uśmiech Willisa, i siuuup, po linie windy, i kopa w drzwi!, wiem, że to niemożliwe, ale cudowne, zamieram, czekając, aż smużka ognia sięgnie skrzydła startującego transportowca, chociaż znam to przecież na pamięć, jedna ręka sięga po szklankę, druga po porzucone od dawna hantle, ach, być jak Bruce, jak on ich wszystkich robi!

Andrzej Horubała nie Sienkiewicza bierze na warsztat, ale właśnie Masłowską. I Teatr Ósmego Dnia. I Szpakowską. I Warlikowskiego. I Siemiona (Piotra)

Otóż Andrzej Horubała też wszystkich robi. Wszystkich, Tokarczuk i Szumowską, profesora Marcina Króla i Ignacego Karpowicza. A ja, chociaż wiem już, jak to robi, uwielbiam wpatrywać się w tę smużkę ognia ulatującą w powietrze, yippee-ki-yay! Tyle, że Horubała robi to skutecznie i na serio. Deal with it.

Godzę się z tym, że mogę być z pochwałą pisarstwa krytycznego Andrzeja Horubały nieco odosobniony. Jest ona bowiem mocno obosieczna dla obozu, czy raczej archipelagu, który go czyta, i z którego sam autor się wywodzi. Nie jest łatwo zdefiniować ten archipelag, określmy go mgliście mianem „nieendeckiej prawicy kulturowej” czy „środowisk konserwatywnych”, a pochwała mogłaby wręcz zabrzmieć jak przygana, a przynajmniej wyrzut: jak to, to już jednego Horubałę mamy? W co on takiego umie, w co inni nie umieją?

Bawił się okrutnie, jak kot z myszą

Jak odpowiedzieć im, żeby zrozumieli? W distinguo umie grać Horubała, moi wy zakochani w sobie, zasapani postsarmaci, w dyssekcję, w ukazanie głębokich sprężyn, motywacji, uwarunkowań powieści, tomików i spektakli, które ocenia. I robi to nie w odniesieniu do dzieł klasycznych, uświęconych i bezpiecznych, o które można się spierać, ale zawsze będą to letnie uczucia: wiadomo, bywa Szekspir liberalny, katolicki i homoseksualny, i o Sienkiewicza, i o Gombrowicza można ganiać się do upadłego po podwóreczku krytyki, obydwaj – jak zrymowałaby Masłowska – to już stare pryki.

Ale nie, Andrzej Horubała nie Sienkiewicza bierze na warsztat, ale właśnie Masłowską. I Teatr Ósmego Dnia. I Szpakowską. I Warlikowskiego. I Siemiona (Piotra). Czyli twórców absolutnie pierwszoplanowych, a zarazem najżywiej niechętnych orientacji konserwatywnej, najgoręcej zainteresowanych dekonstrukcją tego, co postrzegają jako opresyjny, patriarchalny ład. „Najgroźniejszych”, jak napisałby przeciętny publicysta prawicy o żywym temperamencie, któremu wszystko się z walką kojarzy i widzi kulturę w prostym, spolaryzowanym świetle kto-kogo. „Celebrytów”, dodałby zjadliwy i bezsilny komentator popkultury, no bo tak, Piotr Siemion i Małgorzata Szumowska nie goszczą na Pudelku, ale są celebrytami kultury wysokiej, to z nimi robią wywiady ambitne miesięczniki dla kobiet.

Ale nie dlatego mam Horubałę za Lao Tsy krytyki konserwatywnej, że w Lacana umie, bo znalazło by się kilku innych, co umieją, nie będąc jego wyznawcami. Ryszard Legutko, choć znużony pewnie brukselskimi zmaganiami, umie w Lacana, „Pressje” krakowskie umieją bardzo ładnie w Lacana i w kilka innych gier dla zaawansowanych, w które dziewczęta z IBL PAN usiłują nas ograć od dwóch dekad

Autor kilku powieści, współtwórca telewizji publicznej z czasów zamierzchłej i nieudanej próby zmiany PRL-owskiej mentalności na Woronicza, nie pisze przy tym z pozycji olimpijsko wyrozumiałego komentatora nowości kulturalnych ani z łabędzią gracją sunącego po równoważni „symetrysty”. Nie, Horubała atakuje, demontuje, ukazuje nie tylko ukryte założenia, jakimi kierują się omawiani przez niego twórcy ich nieuczciwe czasem zagrania, skróty i kiksy: ukazuje również nieuświadamiane przez nich założenia, którymi się kierują, przyjęte przez nich a priori przesłanki, całe wagony petitio principii. Jest w tym mistrzostwo na granicy okrucieństwa, takie samo, jakie dostrzegamy u pojedynkującego się z Kmicicem pana Michała (no tak, bez „Trylogii” się jednak nie obeszło), u wytrawnych judoków czy w traktatach Lao Tsy: nie trzeba się sprężać, iść na zwarcie frontalne. „Bawił się okrutnie, jak kot z myszą — i pozornie coraz niedbalej robił szablą. Lewą rękę wysunął zza pleców i wsunął w kieszeń hajdawerów” – i w końcu następuje ten jeden ruch i okazuje się, że Andrzej Leder, taki mądry, taki wyrozumiały, kiedy w swoich okrągłych okularach z łagodnym uśmieszkiem demaskuje zakłamanie Polaków, trochę się jednak zagalopował ze swoim Lacanem i „transpasywnością”.

Świetne jest to, że Horubała podejmuje grę na tym polu, że w ogóle nie podejmuje zajęcia przeważającej większości krytyków prawicowych (lewicowych też, ale czytuję ich mniej, więc mniej znam przykładów), czyli wydawaniem z siebie na przemian fochów i fuków. Bo przecież często nie robią nic innego, „possstęp” syczą, „Sorosss” syczą, „o, possstępowy”, a już sami nie wiedzą, czemu syczą, o bogowie, o bogowie moi, trucizny, trucizny.

Umie w Lacana. I nie tylko

Ale nie dlatego mam Horubałę za Lao Tsy krytyki konserwatywnej, że w Lacana umie, bo znalazło by się kilku innych, co umieją, nie będąc jego wyznawcami. Ryszard Legutko, choć znużony pewnie brukselskimi zmaganiami, umie w Lacana, „Pressje” krakowskie w Lacana umieją bardzo ładnie i w kilka innych gier dla zaawansowanych, w które dziewczęta z IBL PAN usiłują nas ograć od dwóch dekad. Bo to nie o gry już idzie: o bardzo konkretne doświadczenie, do którego Horubała się odwołuje. Nie w sposób kokieteryjny, mind you, jak wzięty publicysta prawicy, który nie zniesie tygodnia, by nie sfotografować się na Facebooku z małżonką, i nie wylewny w trybie „wszystko na sprzedaż”, jak wzięty publicysta lewicy, który od dekady pisze o miłości do swoich dzieci i tęsknocie za zmarłymi rodzicami tak, że rzężę z zażenowania, jakby to moich wyznań ktoś słuchał i mam ochotę wołać: zostaw to, chłopie, zostaw, to są rzeczy, które opowiada się przyjaciołom przy wódce, księdzu, żonie, ale nie drukuje w stu tysiącach nakładu; z tym, że mogę sobie wołać, już nie usłyszy mnie przez szelest stron i oklasków.

Horubała nie opowiada na szczęście zbyt wiele, szczędzi nam dziecięcych pukli i dojrzałych pokus, nawet w jego najbardziej osobistej powieści, „Farciarzu”, gra z quasi-autobiograficznymi obrazkami prowadzona była smacznie i ryzykownie, jeszcze ryzykowniej działo się w jego najlepszej z kolei powieści, „Umoczonych”, ale zawsze odsłaniał tyle tylko, ile chciał. Nie bawiąc się w środowiskową plotkę, nie usiłując przerysowywać w skali 1:1 scen z zamierzchłych dziejów pampersowskiej prawicy, pisze na tyle jednoznacznie, choć oszczędnie, że wiemy, kto zacz: twardy katol, wielodzietny, z tych, którzy załapali się na pierwszą Solidarność i na JP2, a nie tylko na „pokolenie JP2”. Bez histerii sedekwantystów-monarchistów w zaprasowanych w kancik spodniach, ale i bez przekonania, że ks. Tischner i „Tygodnik Powszechny” to największe, co przydarzyło się polskiemu Kościołowi w XX wieku. Autor „Byliśmy tacy zakochani” pisze odwołując się do tego pakietu doświadczeń, jeszcze niedawno scalającego wszystkich uczestników debaty publicznej, ale i dziś dostępnego, jeśli nie pamięcią, to wyobrażeniem, wszystkim powyżej trzydziestki.

Horubała pisze o swojej irytacji, przemyca anegdoty, ploteczki warszawskie, powiedzonka, brzęczące przez sezon – a potem sztych. I tak jest dobrze, i zmieszanie ziarna absolutu z ziarnem gliny to najlepszy rdzeń poetyk przydatnych w opisywaniu tego świata

Lecz i taki pakiet dźwigać można z namaszczeniem, jakby olej dawnych zasług skapywał na opowiadającego i go uświęcał. Iluż znam tych publicystów prawicy, których czytać nie sposób, bo usta już na zawsze ściągnęły się im w patriotyczny ciup i przemawiają, ubogacając, z solenną powagą, a brzmi to, co piszą, jak dyspozycja Sztabu Generalnego lub strona wydarta z kiepskiego podręcznika teologii dogmatycznej. Piszą – a jakby kadzili; w każdym razie więcej w tym woni niż treści. A których całkiem już to kadzidło zadusi – odskakują w stronę rechotu, który jest jeszcze łatwiejszy. I stają się kolejnym Antonim Pawlakiem lub Januszem Rudnickim, a jak który ma lepsze pióro – to Stasiukiem lub Saramonowiczem.

A Horubała nie: pisze bez złudzeń i bez cynizmu, a ja myślę, że to najwęższa ścieżka, węższa niż równoważnia symetrysty. Ponieważ najlepsze pasjanse stawia się z okładek książek, ustawiłem w tych dniach obok siebie „Wszyscy byliśmy zakochani”, a obok „Oblata”, dziwną powieść Huysmansa, nawróconego dekadenta sprzed wieku oraz zapiski siostry Małgorzaty Borkowskiej OSB „Oślica Balaama. Apel do duchownych panów”, świeżo wydanych w Tyńcu. A i Waugha można by dorzucić, a i tylu innych, którzy umieli przełamać straszliwą sztywność pobożnej frazy, którzy wiedzieli, że gniew też bywa usprawiedliwionym uczuciem, którzy nie zatracili słuchu na współczesny im język. Horubała pisze o swojej irytacji, przemyca anegdoty, ploteczki warszawskie, powiedzonka, brzęczące przez sezon – a potem sztych. I tak jest dobrze, i zmieszanie ziarna absolutu z ziarnem gliny to najlepszy rdzeń poetyk przydatnych w opisywaniu tego świata. Tak jest, wbrew tym, którym marzą się świetliste kręgi chóry i stopnie abstrakcji.

Horubała dla prawaka i lewaka

Tu chyba miejsce na odautorskie wyznanie, mam nadzieję, że nie na poziomie szlochu nad dziecięcym puklem, ale zawszeć intymne. Otóż: wiele osób na szeroko pojętej prawicy nie ma w sobie takiej jasności przewidywania, takiej nieomylności i wierności zasadom jak posłowie Pawłowicz czy Tarczyński, którzy lubią deklarować, jak to „w życiu nie splamili się wzięciem do ręki «Gazety Wyborczej», i…” – tu zwykle lubią rzucić jakiś szmoncesik. Otóż życie jest bardziej skomplikowane niż wizje świata posła Tarczyńskiego, wiosną 1989 wszyscy w warszawskim NZS bili się o to, by móc sprzedawać „Wyborczą” na rogach ulic, a i później czytywano ją z wypiekami admiracji, a i później, gdy okazało się, że ten zacny organ lubi i w Lacana, i w Jaruzela, rozstanie trwało długo i nie było bezbolesne.

No więc minęło kilkanaście lat, od „Wyborczej” odeszliśmy, chociaż wkurza tak samo jak wtedy, na dawne czasy pada cień, widoczny już nawet w tytule czwartego zbioru szkiców Horubały, a ja mam tyle samo radości z czytania,  jak wtedy, i najchętniej zalecałbym „Byliśmy tacy zakochani” wszystkim

Niemal każdy ze znajomych mi roczników ma wspomnienie zatytułowane „Jak rozstałem się mentalnie z «Wyborczą»”. Nie jest to może tak dramatyczne, jak „co robiłeś 11 września 2001”, no, ale też się pamięta. 11 września 2001 roku większość osób w Polsce jadła w pracy drugie śniadanie, z „Wyborczą” zwykle rozstawano się mentalnie po „człowieku honoru” dla Kiszczaka, czasem po wspólnym manifeście Cimoszewicza i Michnika; dajcie spokój z tym ministrem, stare dzieje. I ja tam byłem, i ja się obraziłem, ale zbierałem się do mentalnego odejścia dłużej, bo jednak fajnie się czytało Michała Cichego, i Marka Beylina, i Jana Gondowicza. I – teraz będzie wspomnienie – pamiętam krytyka książkowego i filmowego „Wyborczej”, z którym widywałem się w kręgu wspólnych przyjaciół, człowieka wielkiej mądrości i dobroci, który lubił zagadnąć mnie, sporo młodszego, co czytam. Pamiętam popołudnie, kiedy dosiadłem się do wina, zachwycony „Marzeniem o chuliganie”, krytycznym debiutem Horubały, i zacząłem ekstatyczną opowieść, że to takie nowe, na kontrze, szarpanina z polską literaturą i PRL-em w której nareszcie coś jest na serio, odważna, tygrysia… I to zdumienie, w które nigdy do końca nie uwierzyłem: że kto? Horubała? nie, nie słyszałem, ale w tym „nie słyszałem” zbyt wiele było stężenia rysów, odsunięcia się o łokieć przy wspólnym stole, jakby zaszeleściły wszystkie tafty królowej Wiktorii naraz: „We are not amused”.

– Oj, panowie – pomyślałem sobie wtedy. – Oj. Takie lekceważenie przeciwnika, takie demonstrowanie pogardy – to za bardzo rycerskie nie jest.

No więc minęło kilkanaście lat, od „Wyborczej” odeszliśmy, chociaż wkurza tak samo jak wtedy, na dawne czasy pada cień, widoczny już nawet w tytule czwartego zbioru szkiców Horubały, a ja mam tyle samo radości z czytania, co wtedy, i najchętniej zalecałbym „Byliśmy tacy zakochani” wszystkim: tym z archipelagów prawicy, bo wreszcie będą mieli okazję przekonać się, czym jest rozmowa serio. I tym z lewicy, bo wiecie, Horubała naprawdę umie w Lacana i może wam zrobić takie kuku jak Wołodyjowski Kmicicowi. Nie słyszeliście, kto to taki Kmicic? Bywa.

 

Andrzej Horubała, „Byliśmy tacy zakochani… Teksty z lat 2014-2015”, Narodowe Centrum Kultury, Fronda, 2018