Newsletter

Państwo-kanar

Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego będzie jak drugi bilet na ten sam autobus

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Dodatkowa kontrola pacjenta i lekarza: taki wydaje się główny cel forsowanej przez resort zdrowia Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego. Koszt jej wprowadzenia to dla Narodowego Funduszu Zdrowia niebagatelne pół miliarda złotych. Zamiast podwójnie sprawdzać, czy pacjent poddał się leczeniu, zacznijmy sprawdzać, jakie to leczenie przyniosło wyniki.

5 czerwca br. Ministerstwo Zdrowia ujawniło projekt nowelizacji ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej, finansowanych ze środków publicznych, który umożliwić ma wydawanie Kart Ubezpieczenia Zdrowotnego (KUZ). Temat „nowej” karty ubezpieczenia zdrowotnego to dość zaskakujący pomysł wobec zapowiedzi zrealizowania wieloletniego planu uruchomienia elektronicznego dowodu osobistego. To ten dokument ma docelowo stać się “kluczem do wszystkich drzwi”, zastępując obywatelowi większość dotychczasowych form identyfikacji w relacjach z instytucjami publicznymi. Po co nam więc karta, z założenia stanowiąca przejściowe rozwiązanie, gdyż w perspektywie jej rolę przejmie elektroniczny dowód osobisty i tzw. mDokumenty na smartfonie?

Zamiast podwójnie sprawdzać, czy pacjent poddał się leczeniu, zacznijmy sprawdzać, jakie to leczenie przyniosło wyniki

Nowe narzędzie, z pozoru o niewielkiej szkodliwości społecznej, ma dwa cele. Pierwszy to odnotowanie w systemie rejestracji pacjentów wizyty u danego świadczeniodawcy, co pomoże urzędnikom sprawdzić, czy faktycznie świadczenie zostało wykonane. Drugi cel to potwierdzenie tożsamości pacjenta. Cały system ma kosztować 584 mln zł.

Oba cele nowej, kosztownej karty mogą być już dziś wykonane bez dodatkowych gadżetów, a jedynie na podstawie obecnego dowodu osobistego z numerem PESEL, który pozwala ustalić, że ma się do czynienia z tym Janem Kowalskim, który miał dziś przyjść na zdjęcie gipsu, a nie np. jego bratem. Oczywiście wymaga to istnienia odpowiedniego oprogramowania w przychodniach i szpitalach, ale dotyczy to w równym stopniu obsługi projektowanej karty. Dodatkowy plastik w portfelu miałby być może jakiś sens, gdyby wiązały się nim dodatkowe korzyści dla posiadacza, np. dawałby dostęp do elektronicznej dokumentacji medycznej, pozwalał na korzystanie z usług e-zdrowia, czy choćby zapisy przez Internet (i odwoływanie wizyt tym kanałem). Na razie jednak elektroniczna dokumentacja wydaje się bardzo odległa, podobnie jak bardziej zaawansowane rozwiązania cyfrowe i telemedyczne, służące wygodzie pacjentów.

Karta do potwierdzania fizycznej obecności w placówce ochrony zdrowia zakrawa na ironię tym bardziej, że wielu pacjentów zupełnie niepotrzebnie musi je nawiedzać w celu rejestracji na wizytę. W placówkach publicznych zwykle nie ma możliwości zapisania się przez Internet, a przy niedoborach kadrowych zapisy telefoniczne oznaczają często godziny z telefonem w ręku. Podobnie jak próby odwołania wizyty tą drogą. Można śmiało założyć, że usprawnienie tych – wcale już nie nowoczesnych – kanałów komunikacji radykalnie ograniczyłoby zjawisko nieodwołanych wizyt, przynosząc ulgę wszystkim. Tymczasem zamiast np. naprawić tę kwestię, proponuje się rozwiązanie podobne do kontroli biletowej w starym autobusie – oczywiście, za przejazd trzeba płacić, ale nie ma pewności, czy pojazd dojedzie do następnego przystanku.

Szanowny Panie Ministrze – proponujemy lepsze wydanie tych środków. W systemie, w którym dramatycznie brakuje narzędzi podnoszenia jakości świadczeń i ich efektywności, inwestowanie w kolejne metody kontroli najbardziej powierzchownego aspektu funkcjonowania systemu zakrawa na marnotrawstwo. Jeżeli nie usprawnieniu rejestracji, 500 milionów złotych mogłoby przykładowo posłużyć choćby wycinkowemu pilotażowi kontroli jakości w wybranym obszarze. Zamiast podwójnie sprawdzać, czy pacjent poddał się leczeniu, zacznijmy sprawdzać, jakie to leczenie przyniosło wyniki. Możemy zacząć np. od ośrodków onkologicznych, które dzięki takiemu działaniu mogłyby znacząco podnieść skuteczność leczenia. Przyniosłoby to wymierną korzyść pacjentom. A tego trudno się spodziewać po tak zaprojektowanej karcie ubezpieczenia zdrowotnego.