Nie stać nas na tanie państwo

O ile jeszcze kilka lat temu bezrobocie było na tyle duże, że nie było kłopotów ze znalezieniem pracowników do administracji, o tyle dziś jest to istotny problem. Winne są niskie zarobki urzędników

Kryjąc się za „głosem ludu”, Jarosław Kaczyński dwa miesiące temu, w odpowiedzi na miażdżącą krytykę wywołaną przez opozycję, wygłosił słynne już przemówienie, w którym nakazał ministrom przekazanie nagród na Caritas, a przy okazji zapowiedział obcięcie pensji urzędnikom państwowym (dostało się przy tym po uszach także samorządowcom). Problem polega jednak na tym, że nie bardzo jest z czego obcinać, czego dowodzi raport firmy Sedlak & Sedlak o wynagrodzeniach Polaków.

Wg raportu, opartego na Ogólnopolskim Badaniu Wynagrodzeń, 50 proc. Polaków w 2017 r. zarabiało niecałe 3000 zł na rękę (4157 PLN brutto). Jest to wskaźnik mediany wynagrodzeń, który daje bardziej precyzyjny obraz niż podawane co miesiąc przez GUS przeciętne wynagrodzenie, zawyżane przez płace prezesów i menedżerów. Pensje Polaków faktycznie znacząco wzrosły w ostatnich latach, choć należy zauważyć, że trudno ten efekt przypisywać działaniom rządu Beaty Szydło; z największym wzrostem wynagrodzeń wg danych GUS mieliśmy do czynienia w latach 2007 (o 7,9 proc.), 2008 (o 10,1 proc.) i 2011 (o 5,6 proc.), zaś od roku 2012 wzrost ten wynosił od 3,2 do 3,7 proc. rocznie (rok do roku).

Mediana wynagrodzeń urzędników wyniosła w ubiegłym roku jedynie 3450 zł brutto, co oznacza, że 50 proc. pracowników administracji zarabiało około 2500 zł na rękę lub mniej

Jak na tym tle przedstawiają się wynagrodzenia w administracji publicznej? Raport Sedlak&Sedlak pt. „Wynagrodzenia w administracji publicznej w 2017 r.” wskazuje, że są one niewysokie. Mediana wynagrodzeń urzędników wyniosła w ubiegłym roku jedynie 3450 zł brutto, co oznacza, że 50 proc. pracowników administracji zarabiało około 2500 zł na rękę lub mniej. Jest to około 310 tysięcy osób z ogólnej liczby około 620 tys. urzędników (dane GUS bez jednostek zatrudniających mniej niż 9 osób). Przeciętny urzędnik administracji zarabia więc około 500 złotych mniej niż Polacy pracujący w innych sektorach.

W Polakach tkwi natomiast głębokie przekonanie, że urzędnicy zarabiają zbyt dużo, i że jest ich zbyt wielu. Jarosław Kaczyński dobrze wie, że ograniczenie wydatków administracji jest chwytem, który zawsze spotka się z pozytywnym odbiorem społeczeństwa – już pierwszy rząd PiS zaproponował program „Tanie państwo”, który miał zapobiegać przerostom administracji między innymi przez planowaną pierwotnie likwidację kilku agend rządowych (Agencji Nieruchomości Rolnych, Wojskowej Agencji Mieszkaniowej i Rządowego Centrum Studiów Strategicznych – ostatecznie „udało się”, ze szkodą dla krajowego planowania strategicznego, zlikwidować tylko to ostatnie; dwie pozostałe instytucje uległy przekształceniom, jednak nie zostały zrealizowane pierwotne plany przekazania ich zadań samorządom). Slogany o tanim państwie powtarzał następnie w swoim expose w 2007 r. Donald Tusk.

Czy jednak naprawdę chcemy „taniego państwa”? O ile jeszcze kilka lat temu bezrobocie było na tyle duże, że nie było kłopotów ze znalezieniem pracowników do administracji, o tyle dziś jest to istotny problem. Zmniejsza się w Polsce liczba urzędników mianowanych, a w 2017 r. w porównaniu do 2013 r. ponadtrzykrotnie spadła średnia liczba kandydatów do służby cywilnej. Pensje od ośmiu lat są zamrożone. O ile w mniejszych jednostkach samorządowych problem jeszcze nie jest aż tak wyraźny, to należy zauważyć, że najwięcej instytucji publicznych działa w Warszawie (przede wszystkim administracja centralna, w tym ministerstwa). A tam płace w biznesie są dużo wyższe niż w pozostałej części kraju. W związku z tym, że stawki administracyjne są takie same w całej Polsce, praca w urzędach staje się kompletnie nieatrakcyjna dla osób wyżej wykwalifikowanych. Osoby z kadry zarządzającej warszawskich instytucji publicznych zauważają coraz częściej, że na rozmowy kwalifikacyjne zgłaszają się nieraz tylko osoby o niskich kwalifikacjach lub bez doświadczenia zawodowego. Będzie to siłą rzeczy w dłuższym okresie prowadzić do pogorszenia działań administracji.

Owszem, państwo nadmiernie rozbudowane, przeregulowane, to bardzo zły pomysł. Państwo – zgodnie z zasadą pomocniczości – powinno być stosunkowo niewielkie. Można i należy zastanawiać się, w których miejscach obciążenia biurokratyczne są zbyt duże, a brak zaufania do obywatela powoduje mnożenie urzędniczych etatów. Można poszukać racjonalności lub jej braku w realizowanych zadaniach (o wyrzucaniu pieniędzy w błoto pisali niedawno Stefan Sękowski oraz Maria Libura i Stanisław Maksymowicz). Jednak nawet niewielkie państwo musi być sprawne, żeby zapewnić odpowiednią obsługę obywatelom. Niskie pensje są najgorszym możliwym rozwiązaniem.

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Tygodnik Powszechny"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *