Newsletter

Wojna hybrydowa jako alibi

Pomimo tabloidyzacji pojęcia rosyjskiej wojny hybrydowej i regularnego wykorzystywania go przez Ukraińców, problem jest poważny. Niestety, wydane niedawno w Polsce książki na ten temat rozczarowują

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Nie lubię pojęcia wojny hybrydowej. Nie dlatego, że lekceważę zjawisko asymetrycznych konfliktów czy wojny informacyjnej. Problem polega na tym, że w rzeczywistości medialnej pojęcie wojny hybrydowej coraz częściej przybiera kształt pałki, którą można okładać politycznych przeciwników, a zarazem alibi, z pomocą którego można uchylić się od analizowania problemów własnej społeczności. Doskonale widać to w aktywności publicznej ukraińskich polityków, a także w publicystyce części proukraińskich polskich środowisk opiniotwórczych. Pod koniec 2017 r. grupa deputowanych Rady Najwyższej zaprotestowała przeciwko monumentowi ofiar zbrodni wołyńskiej, który ma zostać odsłonięty w Toruniu. Plany ustanowienia tego pomnikowego bohomazu zostały potraktowane jako przejaw rosyjskiej wojny hybrydowej. W tym samym kluczu dziennikarz „Gazety Wyborczej” Mirosław Czech interpretował „ukraińskie” fragmenty ustawy o IPN. Z drugiej strony, w ubiegłym roku na jednej konferencji naukowej dowiedziałem się od pewnej osoby z tytułem doktora, że za działalność nacjonalistycznej „Swobody” odpowiada rosyjska agentura. Faktycznie na infiltrację ukraińskich nacjonalistów przez Rosję nie ma żadnych twardych dowodów, choć istnieją dokumenty poświadczające bliskie kontakty między „Swobodą” a Partią Regionów przed 2014 r. Upraszczając – to, co nie podoba się Ukraińcom, jest przejawem rosyjskiej wojny hybrydowej. To, co ich kompromituje – również.  Na takiej zasadzie również wszelkie formy upamiętnienia zbrodni wołyńskiej można potraktować (a jakże!) jako przejaw rosyjskiej wojny hybrydowej, a samą zbrodnię wołyńską jako wydarzenie, za które odpowiadają Sowieci (w wersji zaktualizowanej – sowiecka wojna hybrydowa).

Autorzy piszą o „rozpitej i nieczytającej Rosji”, czy też o imperium „opierającym się na obskurantyzmie, strachu i kłamstwie”

I choć nie można zaprzeczyć, że niektóre akcje na pograniczu polsko-ukraińskim, takie jak niszczenie miejsc pamięci po obydwu stronach granicy, są według wszelkiego prawdopodobieństwa inspirowane przez Kreml, a sporo środowisk w Polsce i na Ukrainie pozostaje pod pośrednim wpływem Rosji, to widzenie wszędzie rosyjskich prowokacji jest przejawem intelektualnego lenistwa. Zamiast stawiać czoła realnym problemom, związanym z miejscowymi nacjonalizmami, oraz wyzwaniom w sferze polityki pamięci, a tym samym – likwidować pola nieporozumień, na których gra „trzecia siła”, zaczynamy poszukiwać trudno uchwytnego wroga. A przeciwnik ten wcale nie da się łatwo złapać. Interpretowanie wszelakich polsko-ukraińskich nieporozumień w kontekście rosyjskiej wojny hybrydowej niesie z sobą jeszcze jeden problem. Najczęściej zapominamy, że wojnę informacyjną prowadzi nie tylko Rosja, lecz również (choć na mniejszą skalę) Ukraina.

Krytyka ocierająca się o szowinizm

Pomimo tabloidyzacji pojęcia rosyjskiej wojny hybrydowej i regularnego wykorzystywania tego pojęcia przez Ukraińców, problem jest poważny. Dlatego zareagowałem radością na informacje o ukazaniu się dwóch książek próbujących zmierzyć się z zagadnieniem wojny hybrydowej. Niestety, zarówno wydana przez krakowskie wydawnictwo „ARCANA” praca autorstwa Olgi i Sergiusza Wasiutów „Wojna hybrydowa Rosji przeciwko Ukrainie”, jak również opublikowana przez Uniwersytet Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie  praca zbiorowa pod niemal identycznym tytułem („Wojna hybrydowa Rosji przeciwko Ukrainie w latach 2014-2016”)  rozczarowują. Choć trzeba przyznać, że w bardzo różnym stopniu.

Krakowskie wydawnictwo „ARCANA” ma w dorobku wiele wartościowych prac dotyczących problematyki wschodniej. Książki Andrzeja Nowaka, Jana Jacka Bruskiego czy Henryka Głębockiego są klasą same dla siebie. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o pracy małżeństwa Wasiutów.  W istocie mówi ona znacznie mniej o rosyjskiej wojnie hybrydowej niż o ukraińskim etnonacjonalizmie. Wasiutowie nie zdołali stworzyć przekonującej analizy zjawiska rosyjskiej wojny hybrydowej. Wprawdzie dość dobrze opracowali zagadnienia teoretyczne związane z tą problematyką (fragmenty poświęcone ocenie zjawiska wojny hybrydowej przez analityków zachodnich i rosyjskich są zdecydowanie najmocniejszymi punktami książki), to znacznie gorzej wygląda kwestia opisu samego zjawiska rosyjskiej wojny hybrydowej. Konstrukcja pracy jest problematyczna, nieraz w różnych rozdziałach te same informacje są kilkukrotnie powtarzane. Jeszcze gorzej wygląda metodologia pracy ze źródłami. Bezkrytyczność autorów wobec ukraińskich źródeł o charakterze propagandowym jest wręcz porażająca. I choć na poszczególnych stronach pracy można niekiedy znaleźć interesujące informacje o rosyjskiej wojnie hybrydowej, to jest ich znacznie mniej niż otwartej, proukraińskiej propagandy.

Problemem książki jest jej ogólny charakter – autorzy opisują główne instrumenty, za pomocą których Rosja prowadzi wojnę informacyjną, takie jak telewizja „Russia Today”, agencja informacyjna „RIA Nowosti” czy „Pierwyj Kanał”, ale już nie próbują podjąć bardziej wyczerpującej analizy

Liczne sformułowania Wasiutów, używane na określenie Rosji i Rosjan, ocierają się o niemający wiele wspólnego z rzetelną krytyką szowinizm. Autorzy piszą o „rozpitej i nieczytającej Rosji”, czy też o imperium „opierającym się na obskurantyzmie, strachu i kłamstwie”. Z kolei w społeczeństwie rosyjskim zdaniem Wasiutów: „kradzież i kłamstwo, alkoholizm i niemoralność są integralną częścią kultury i mentalności narodowej”. Autorzy używają licznych niezbyt jasnych pojęć, które świadczą o ich daleko posuniętym etnonacjonalizmie i prymordializmie – takich jak „pamięć genetyczna”, „genotyp”, „naturalny obszar geopolityczny”, czy „ziemie etniczne”. Co gorsza, autorzy odwołują się też do ukraińskich koncepcji rasowych. Wasiutowie poważnie przyjmują teorię o ugrofińskim pochodzeniu Rosjan, która została stworzona przez Franciszka Duchińskiego, a rozpowszechniona była m.in. przez Stepana Rudnyckiego, Wadyma Szczerbakiwskiego i Jurija Łypę. Niekiedy w odwołaniach do teorii rasowych autorzy są przerażająco bezpośredni. Jak piszą „badania antropologiczne Anatolija Bogdanowa i Fedira Wowka przeprowadzone na ludzkich czaszkach potwierdzają specyfikę oraz różnice między fińskimi i słowiańskimi grupami etnicznymi”.

Autorzy też popełniają liczne, poważne błędy faktograficzne. Zdaniem Wasiutów, inicjatorem powstałej w latach dwudziestych XX w. ideologii eurazjatyzmu był Lew Gumilow. Wydaje się to dość problematyczne, bowiem ten znany teoretyk neoeurazjatyzmu w 1920 r. miał osiem lat. Według autorów, Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej powstał w 2014 r., podczas gdy faktycznie miało to miejsce osiem lat wcześniej i wiązało się z inicjatywą prezydenta Wiktora Juszczenki. Twierdzenie Wasiutów, że znajdujące się w Rosji na tzw. liście zagranicznych agentów „Centrum Lewady” jest wykorzystywane przez Kreml do kształtowania opinii społecznej, można pozostawić bez komentarza. Pisanie powyższych zdań jest dla mnie dość przykre, gdyż szczerze cenię wydawcę książki Wasiutów. Niestety tym razem „ARCANA” zaliczyły wpadkę.

Czekając na reportaż?

Również książka wydana przez UMCS rozczarowuje, choć z zupełnie innej przyczyny. Ta praca zbiorowa składa się z sześciu rozdziałów, spośród których tylko jeden poświęcony jest samemu sednu rosyjskiej wojny hybrydowej na wschodzie Ukrainy w latach 2014-2016 r. Pozostałe fragmenty, w których autorzy omawiają zagadnienia teoretyczne, międzynarodowe reakcje na wojnę ukraińsko-rosyjską, czy jej następstwa są ciekawe, ale nie dotykają samej istoty problemu. Problemem książki jest jej ogólny charakter – autorzy opisują główne instrumenty, za pomocą których Rosja prowadzi wojnę informacyjną, takie jak telewizja „Russia Today”, agencja informacyjna „RIA Nowosti” czy „Pierwyj Kanał”, ale już nie próbują podjąć bardziej wyczerpującej analizy. Przykładowo – wymieniają całą listę prorosyjskich organizacji, działających na Ukrainie przed 2014 r., ale nie starają się w jakikolwiek sposób zgłębić tego zagadnienia. I choć praca nie zawiera podobnie wątpliwych twierdzeń jak książka Wasiutów, to trudno uznać, aby wyczerpywała problematykę rosyjskiej wojny hybrydowej.

Faktycznie najważniejsze jest nie to, co się w obydwu książkach znajduje, lecz to czego w nich nie ma. W żadnej z omawianych książek nie znajdziemy wyczerpującej analizy tego w jaki sposób Rosja wykorzystuje trolli i hakerów w wojnie informacyjnej. Nie dowiemy się, jaką rolę odgrywają w niej wyspecjalizowane fundacje zajmujące się historią, takie jak Fundacja Perspektywy Historycznej (ta jest wymieniona przez Wasiutów), czy zwłaszcza Fundacja Pamięć Historyczna, kierowana przez Aleksandra Diukowa. Próżno też szukać informacji, o tym w jaki sposób uformowane zostało tzw. „pospolite ruszenie Donbasu” i jak wygląda jego struktura. Tym bardziej nie dowiemy się, jaki typ ludzi stanął na czele oddziałów separatystów, choć refleksja nad ich związkami z rosyjską armią czy służbami specjalnymi mogłaby być fascynująca. Autorzy żadnej z prac nie zdołali również stworzyć przekonującej mapy powiązań Kremla z europejską skrajną prawicą i lewicą. Tym bardziej nie spróbowali przeanalizować w naukowy sposób medialnych doniesień wokół infiltracji przez Kreml środowisk ukraińskich nacjonalistów.

Chciałbym kiedyś przeczytać polską książkę reporterską, poświęconą temu zagadnieniu, znajdującą się na poziomie zbliżonym do znakomitych prac Zbigniewa Parafianowicza i Michała Potockiego o Ukrainach Wiktora Janukowycza i Petra Poroszenki

W rezultacie jedna książka kręci się wokół ukraińskiej kontrpropagandy, a druga – często wokół ogólników i powszechnie dostępnej wiedzy. Obie za to jawią się jako ilustracja problemów współczesnej nauki. W dobie masowego przepływu informacji, naukowcy często dążą do zwięzłości, na skutek czego ich analizy bywają powierzchowne i pozbawione siły szczegółu. W przypadku nauk politycznych problem jest podwójny, gdyż badacze często pozbawieni są dostępu do źródeł wewnętrznych. W rezultacie politolog często ma znacznie mniejsze możliwości dotarcia do wartościowych informacji niż dziennikarz śledczy posiadający dobry warsztat. Wydaje się, że temat rosyjskiej wojny hybrydowej czeka na analizę podjętą nie przez politologa, a właśnie przez dziennikarza śledczego. Chciałbym kiedyś przeczytać polską książkę reporterską, poświęconą temu zagadnieniu, będącą na poziomie zbliżonym do znakomitych prac Zbigniewa Parafianowicza i Michała Potockiego o Ukrainach Wiktora Janukowycza i Petra Poroszenki. Taka książka jest potrzebna, gdyż problem rosyjskiej wojny hybrydowej – mimo tabloidyzacji tego pojęcia – istnieje realnie.

Olga Wasiuta, Sergiusz Wasiuta, Wojna hybrydowa Rosji przeciwko Ukrainie, Wydawnictwo ARCANA, Kraków 2017.

Wojna hybrydowa Rosji przeciwko Ukrainie w latach 2014-2016, red. Walenty Baluk, Mykoła Doroszko, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2017.