Europejskie wyznanie wiary Macrona

Aktualności,

Emmanuel Macron nie spuszcza z tonu w sprawie ambitnego projektu reformy Unii Europejskiej. To, co mówił 7 września w Atenach, powtórzył w głównych zarysach 26 września w Paryżu. Dlaczego powtórzył? Bo jest w ofensywie i chcąc osiągnąć swoje cele. Zakłada, że nie powinien zwalniać tempa. Dlaczego przemówienie na Sorbonie wygłosił właśnie teraz, pod koniec września? Bo dwa dni wcześniej odbyły się w Niemczech wybory, zakończone zwycięstwem CDU Angeli Merkel, które to zwycięstwo miało być warunkiem powodzenia planów francuskiego prezydenta. Otóż właśnie ten warunek wydaje się nie być spełniony, zważywszy na relatywnie słaby wynik pani kanclerz, który zmusza ją do zawarcia egzotycznej koalicji z Zielonymi i FDP. Koalicja jest w ogólności egzotyczna, ale w kwestiach europejskich to liberałowie stanowią dla Angeli Merkel partnera trudnego, hamującego jej entuzjazm dla projektów federalistycznych – a to komplikuje także przedsięwzięcie Emmanuela Macrona.

Proeuropejska ofensywa

Francuski prezydent zapowiadał wielką proeuropejską ofensywę, kiedy jeszcze był kandydatem do prezydentury. Po zwycięstwie energicznie zabrał się do dzieła, spotykając się z większością szefów państw lub rządów 27-ki, blisko konsultując się z potencjalnym głównym partnerem tego przedsięwzięcia, Niemcami, i występując publicznie, jak w Atenach i w Paryżu.

Juncker, skądinąd też zwolennik przyspieszenia integracji, nie wspomniał o parlamencie strefy euro – co było wtedy przemilczeniem wymownym. A teraz z kolei Macron milczy na ten temat, przemawiając na Sorbonie

Sala amfiteatralna Sorbony nie została wybrana przypadkowo (nota bene nic nie jest przypadkowe w strategii komunikacyjnej nowego prezydenta). To tu bowiem odbyła się w 1992 r. sławetna dyskusja przed referendum w sprawie przyjęcia traktatu z Maastricht pomiędzy najważniejszym stronnikiem „tak”, ówczesnym prezydentem, socjalistą, François Mitterrandem, a najważniejszym stronnikiem „nie”, wówczas byłym ministrem pracy, gaullistą, Philippe’em Seguinem. Macron, tak jak ćwierć wieku wcześniej Mitterrand, wygłosił przed studenckim audytorium swoje wyznanie wiary w Unię Europejską. W przypadku starego już wtedy Mitterranda, dobrze pamiętającego wojnę, Unia miała być przede wszystkim zaporą przed odrodzeniem się starych demonów, które w czasach jego młodości pogrążyły Europę we krwi. Wyznanie europejskiej wiary Macrona jest inne z powodów biograficznych, ale jest równie żarliwe. Dla młodego prezydenta stawką jest w mniejszym stopniu strach przed odrodzeniem się w Europie nacjonalizmów (chociaż żyjemy w czasie ich relatywnego renesansu i Macron jest tego w pełni świadom), bardziej zaś jest nią obawa przed marginalizacją Europy i jej poszczególnych państw narodowych w zglobalizowanej gospodarce. W takiej gospodarce brylują już to państwa nierespektujące norm wolnościowych, pracowniczych czy ekologicznych, a przez to rynkowo konkurencyjne (np. Chiny), już to ponadnarodowe koncerny (które też nie są bez grzechu, ale często grzeszą inaczej niż państwa). Gdy chodzi o Unię, przegrywa ona z tym pierwszymi, gdy nie działa solidarnie, a z tymi drugimi – gdy nie działa szybko.

Co słychać i czego nie słychać

To właśnie obawa przed marginalizacją, ważna dla większości europejskich socjalistów, zielonych, liberałów (z oryginalnym stanowiskiem niemieckiej FPD) i chadeków, popycha do czynu prezydenta Macrona, który nie jest ani socjalistą, ani zielonym, ani liberałem, ani chadekiem (chociaż z tych czterech – jednak najbardziej liberałem). Macron jest po prostu europejskim federalistą (chociaż unika tego wyklętego słowa jak diabeł święconej wody), podobnie jak spora część francuskiej lewicy (z wyłączeniem suwerenistów jak Jean-Luc Mélenchon i Jean-Pierre Chevènement) uważa, że proeuropejska koalicja musi stawić czoła przeciwnikom integracji europejskiej, których nigdy nie brakowało i nie brakuje. Trzeba też lojalnie dodać, że idee federalistyczne są mało zrozumiałe dla zwykłych ludzi. Stąd droga nowych traktatów, a co za tym idzie, referendów w poszczególnych państwach członkowskich, jest wybitnie ryzykowna. Dlatego Macron o niej nie wspomina, wybierając drogę wykorzystania integracyjnych możliwości, tkwiących w istniejących traktatach.

W przypadku starego już wtedy Mitterranda, dobrze pamiętającego wojnę, Unia miała być przede wszystkim zaporą przed odrodzeniem się starych demonów, które w czasach jego młodości pogrążyły Europę we krwi. Wyznanie europejskiej wiary Macrona jest inne z powodów biograficznych, ale jest równie żarliwe

Co zaproponował Macron na Sorbonie? W półtoragodzinnym, pełnym pasji przemówieniu prezydent pomieścił wielkie idee (np. Europa-mocarstwo), ambitne wielkie projekty (np. pomoc rozwojowa dla Afryki) i rozwiązania szczegółowe (np. rozszerzenie programu Erasmus). Macron powtórzył swoje główne federalistyczne propozycje, znane od dawna, i dodał parę nowych: oddzielny budżet strefy euro, wspólna polityka obronna (i wspólna doktryna obronna), wspólna ochrona granic zewnętrznych, wspólna polityka azylowa, harmonizacja polityk socjalnych i podatkowych itp. Ale – uwaga! – nie powtórzył jednej ze swoich najważniejszych, ale i najbardziej kontrowersyjnych propozycji: utworzenia oddzielnego parlamentu dla strefy euro. To ważne przemilczenie. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że kilka dni po przemówieniu prezydenta Francji w Atenach, gdzie była mowa o oddzielnym parlamencie strefy, wygłosił doroczne przemówienie o stanie Unii przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Otóż Juncker, skądinąd też zwolennik przyspieszenia integracji, nie wspomniał o parlamencie strefy euro – co było wtedy przemilczeniem wymownym. A teraz z kolei Macron milczy na ten temat przemawiając na Sorbonie.

Macron a sprawa polska

Co z tego wynika dla Europy? Jak każda ambitna wizja, także ta nie doczeka się bliskiej i pełnej realizacji. Ale wydaje się, że przyspieszenie integracji, po latach przerwy i czekania na maruderów, jest teraz możliwe. Wiele zależy od tego, jak ułożą się sprawy w łonie niemieckiej koalicji rządzącej. W każdym razie dawno nie było w Europie tak dogodnego klimatu dla takich zmian.

Co z tego wynika dla Polski? To trudne pytanie dla kogoś, kto – jak niżej podpisany – fundamentalnie kwestionuje kierunek polityki europejskiej polskiego rządu. Uczciwa odpowiedź wymaga bowiem rozróżnienia między tym, co byłoby dobre dla Polski, gdyby nie polityka rządu Beaty Szydło, a tym co jest jeszcze możliwe wobec tej polityki i – szczególnie – jej konsekwencji, które w zasadniczym stopniu zawężają naszą swobodę politycznego manewru w Unii.

Ambitniejsza linia Macrona jest dla nas trudniejsza. W tym więc sensie niespodziewane kłopoty Angeli Merkel po wyborach dają nam chwilę oddechu

Moim zdaniem w interesie Polski byłaby stawka na pogłębioną integrację, bo tylko wtedy szybko zmniejszałby się nasz dystans do Zachodu, wzmacniałoby się nasze bezpieczeństwo (niezależnie od głównego NATO-wskiego filaru) i zwiększałby się nasz wpływ na strategiczne decyzje UE. Naturalnie Polska nie może zapisywać się do wszystkich wspólnych polityk, bo w niektórych dziedzinach nasza odmienność czyni szybkie przyjęcie wspólnych norm niekorzystnym. Niemniej należałoby także w tych dziedzinach wykonać wysiłek nadrabiania zaległości po to, żeby utrzymać jako wiarygodną perspektywę przyłączenia się do wspólnych polityk w przyszłości. Ta droga jest jednak zamknięta z powodów aż nadto dobrze znanych. Najogólniej mówiąc, te powody dzielą się na: 1) negatywną reakcję Unii na naszą politykę wewnętrzną, łamiącą unijne standardy; 2) niechęć polskiego rządu do polityki pogłębionej integracji. Inaczej mówiąc, niezależnie od tego, że Unia straciła do nas zaufanie i już nie chce wypuszczać się z nami na głębokie wody integracji – co rząd polski oprotestowuje – Polska zalicza się do unijnych maruderów w integracyjnym marszu: bardzo często na kolejne projekty wspólnych polityk odpowiadamy „nie”. W tym sensie polskie stanowisko jest schizofreniczne: protestujemy, że Unia nas wyklucza, ale gdy Bruksela proponuje nam jakąś kolejną formę bliskiej współpracy, my z reguły odmawiamy.

Porzucając więc nierealną wizję akcesu Polski do ścieżki szybkiej integracji, spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, co wynika dla nas z planów pogłębienia Unii w realnej sytuacji Polski w Unii dziś i w realnej sytuacji nastawienia polskiego rządu do Unii. Otóż Polska nie wejdzie do znakomitej większości nowych wspólnych polityk, które proponują czy to Macron, czy to Juncker. Tak czy tak, przejdziemy do Unii wolniejszej prędkości. Różnica między Macronem a Junckerem jest dla nas z tej perspektywy istotna o tyle, że linia Junckera jest relatywnie odrobinę łatwiejsza. Mniej nas wyklucza i daje jakieś – teoretyczne raczej – szanse na dogonienie europejskiej czołówki kiedyś w przyszłości. Ambitniejsza linia Macrona jest dla nas trudniejsza. W tym więc sensie niespodziewane kłopoty Angeli Merkel po wyborach dają nam chwilę oddechu.

Ale powtórzę: z punktu widzenia strategicznego interesu Polski to jest małe pocieszenie.