Azja szykuje się na Trumpa

Zwycięstwo Donalda Trumpa może oznaczać trzęsienie ziemi w układzie sił w Azji Wschodniej. Swoją szansę dojrzały Chiny, jednak ich zdolność do zastąpienia USA w regionie nie jest taka pewna

Amerykański prezydent elekt zapowiedział, że odstąpi od Partnerstwa Transpacyficznego (TPP), jednego z filarów polityki pivotu zainicjowanej przez Baracka Obamę. Negocjacje nad kompleksowym porozumieniem, tworzącym największą na świecie strefę wolnego handlu, ruszyły już w lutym 2008 roku. W 2015 roku porozumienie zostało podpisane przez dwanaście państw: Australię, Brunei, Chile, Japonię, Kanadę, Malezję, Meksyk, Nową Zelandię, Peru, Singapur, USA i Wietnam. TPP jednak od samego początku budziło olbrzymie kontrowersje u wszystkich potencjalnych członków. Obawiano się „niezdrowej” konkurencji ze strony sygnatariuszy o niższych kosztach pracy, zalewu towarów czy wreszcie zbytniego uprzywilejowania amerykańskich koncernów, poprzez wymuszoną zmianę przepisów i wprowadzenie sądów arbitrażowych. Dlatego też negocjacje były kilkakrotnie zawieszane i wszędzie towarzyszyła im zażarta dyskusja.

Chińska alternatywa

Pierwszym poważnym sygnałem, że TPP znalazło się w niebezpieczeństwie była niechęć ze strony amerykańskiego kongresu i opinii publicznej. Porozumienie stało się jedną z kwestii poruszanych w kampanii prezydenckiej, przy czym jego przeciwnikiem był nie tylko Donald Trump, ale także Hillary Clinton, za której kadencji jako sekretarz stanu rozpoczęto negocjacje. Warto tutaj zauważyć, że jeszcze w 2012 roku zachwalała ona TPP jako wzorzec i „złoty standard” umów o wolnym handlu. W związku z taką sytuacją wiele państw, w tym sojusznicy Waszyngtonu – Wietnam i Singapur – przyjęło postawę wyczekującą, a chęć ratyfikacji umowy w obecnym kształcie deklaruje stale jedynie Japonia.

Przywódca ChRL wielokrotnie mówił o jeszcze szerszym otwarciu Chin na świat oraz woli do dzielenia się „owocami rozwoju”

TPP od początku miało służyć wzmocnieniu pozycji USA w regionie i ograniczeniu ambicji Chin. Także ta kwestia była dla wielu krajów Azji dyskusyjna. Już w dzień podpisania porozumienia, czyli 4 lutego 2016 roku, premier Japonii Shinzō Abe stwierdził, że liczy na rychłe dołączenie do umowy także ChRL. Trudno zresztą sobie wyobrazić pozostawienie największej gospodarki Azji Wschodniej poza taką umową. Te sprzeczne dążenia dały o sobie znać w połowie listopada na forum Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku (APEC) w Limie, kiedy wynik amerykańskich wyborów był już znany. Po zapowiedzi Trumpa pozostali sygnatariusze TPP mieli rozpocząć rozmowy w sprawie ratyfikacji porozumienia bez udziału Stanów Zjednoczonych, chociaż według powszechnej opinii ekonomistów mija się to z celem. Rozważano także rozpoczęcie negocjacji od początku, a według dziennika „The Australian” nawet dołączenie do układu Chin w miejsce USA. Dyskusyjne jest jednak, czy Pekin będzie zainteresowany takimi rozmowami, skoro posiada własną kontrofertę.

Chiny niemal od początku starały się przedstawić alternatywę dla TPP, występując w listopadzie 2011 roku z ideą Regionalnego Wszechstronnego Partnerstwa Ekonomicznego (RCEP – Regional Comprehensive Economic Partnership). Porozumienie miałoby objąć oprócz Chin jeszcze piętnaście państw, w tym: Indie, Japonię, Koreę Południową, Australię, Nową Zelandię oraz państwa ASEAN. Według doniesień medialnych zainteresowanie chińską propozycją wyraziły także Peru i Chile. Czy jednak Chiny będą w stanie wypełnić próżnię powstałą po ewentualnym odejściu Stanów Zjednoczonych?

RCEP jest w swoim założeniu dużo skromniejsze niż TPP. Porozumienie ogranicza się do zniesienia barier celnych i to nie wszystkich. Za pełną liberalizacją handlu opowiadają się Japonia, Australia i kraje ASEAN, z kolei Indie i Korea Południowa za bardziej protekcjonistyczną polityką. Sam Pekin proponuje trzystopniowe podejście i selektywne znoszenie barier, opierające się na już istniejących porozumieniach o wolnym handlu, co stoi w sprzeczności z deklaracjami Xi Jinpinga z Limy. Przywódca ChRL mówił tam o jeszcze szerszym otwarciu Chin na świat oraz zaawansowanej integracji gospodarczej regionu Azji i Pacyfiku oraz o budowie otwartych gospodarek. Zaznaczył przy tym, że jakiekolwiek plany handlowe o skali regionalnej powinny posiadać szerokie poparcie i – podobnie jak na wrześniowym szczycie G20 w Hangzhou – podkreślił wolę Chin do dzielenia się „owocami rozwoju”. Mimo takich deklaracji RCEP pozostaje w dużym kontraście do TPP, które – oprócz ingerencji w krajowe prawodawstwo – miało ambicję stworzyć ramy dla przyszłych umów handlowych, zawieranych przez Waszyngton na całym świecie. Niezależnie od tych rozważań Australia, Brunei, Japonia, Malezja, Nowa Zelandia, Singapur i Wietnam, ale również Peru, przystąpiły także do negocjacji nad RCEP.

Trump Pacific Partnership

Zdolność Chin do przejęcia roli Stanów Zjednoczonych jest jednak mocno dyskusyjna. Pierwszym powodem wskazywanym przez ekonomistów jest słaby jeszcze rozwój chińskiego sektora finansowego, niezdolnego do objęcia roli centrum, zrzeszającego państwa odpowiadające za około jedną czwartą globalnego PKB i 40% światowego handlu. Kolejną słabością Chin jest mała transparentność prowadzenia interesów, co utrudni głębszą integrację z bardziej uregulowanymi gospodarkami, choćby Australii czy Japonii. Pozostaje jeszcze kwestia polityczno-gospodarcza: azjatyckie państwa zaangażowane w TPP widziały w nim szanse na zrównoważenie wpływów Chin, a w przyszłości zapewne ujęcie ich w pewne ramy. Trudno się jednak spodziewać, aby Pekin dobrowolnie dał sobie nałożyć jakąkolwiek uprząż.

Zainteresowanie amerykańskich sojuszników poprawą relacji z Chinami nie dziwi w obliczu niepewności, co do kierunku, jaki po 20 stycznia 2017 roku obierze amerykańska polityka zagraniczna

Z drugiej strony sami Chińczycy nie składają jeszcze TPP do grobu. Według Wanga Huiyao z think tanku Center for China and Globalization istnieją przesłanki, że Trump niekoniecznie odrzuci porozumienie, a raczej będzie optował za jego zmodyfikowaną wersją, która i tak postawi Chiny w niekorzystnej pozycji. Podobną opinię podziela premier Nowej Zelandii John Key. Na szczycie w Limie stwierdził, że po „kosmetycznych zmianach” porozumienie może być bardziej do przyjęcia dla przyszłego prezydenta USA. Żartobliwie zaproponował też zmianę nazwy na „Trump Pacific Partnership”. Jednak chwilę później już całkiem poważnie nakreślił obraz sytuacji z wykorzystaniem „planów B”, których tragizm polega na nieuwzględnianiu Stanów Zjednoczonych. Wdrożenie takich alternatywnych rozwiązań oznaczałoby olbrzymi krok wstecz dla amerykańskiego przywództwa w regionie, aczkolwiek istnieje pewna alternatywa zarówno dla TPP, jak i dla RCEP. Jest nią Strefa Wolnego Handlu Azji i Pacyfiku (FTAAP), dyskutowana już od dekady na forum APEC. Mimo umieszczenia w agendzie organizacji, idea napotyka na poważny problem w postaci braku zainteresowania ze strony polityków; samo APEC ostrożnie uznało FTAAP za cel do realizacji w dalekiej przyszłości. Inny problem stanowi fakt, że wszyscy ewentualni członkowie takiego porozumienia są na liście potencjalnych sygnatariuszy RCEP. Ujawnia to inną kwestię, przynaglającą państwa ASEAN, Australię, Chiny, Indie, Japonię, Koreę Południową i Nową Zelandię do wypracowania szerszego porozumienia gospodarczego: liczba umów o wolnym handlu między nimi wynosi obecnie około 350, przy czym wiele to porozumienia dwustronne.

Więcej Azji, mniej USA

Zainteresowanie amerykańskich sojuszników poprawą relacji z Chinami nie dziwi w obliczu niepewności, co do kierunku, jaki po 20 stycznia 2017 roku obierze amerykańska polityka zagraniczna. Gareth Evans z think tanku Australian Strategic Policy Institute wyznacza dwa istotne punkty odniesienia dla azjatyckich przywódców. Po pierwsze, trzeba pogodzić się z faktami i uznać dążenia Chin do objęcia roli współtwórcy regionalnego porządku. Jednak w wypadku, gdy Pekin przeholuje, jak na Morzu Południowochińskim, należy się jasno przeciwstawić. Prowadzi to do drugiego punktu: spójne i rozsądne przywództwo Stanów Zjednoczonych nie było i nie jest dane na zawsze. Trzeba więc starać się budować regionalną strukturę bezpieczeństwa bardziej samodzielną w stosunku do Waszyngtonu, zdolną ograniczać zbyt wybujałe ambicje Pekinu, jednocześnie uznającą jego coraz bardziej istotną rolę. Krótko mówiąc – „więcej Azji, mniej USA”.

Chińskie think tanki uznały dość zgodnie, że prezydentura Trumpa oznacza spadek ryzyka wybuchu otwartego konfliktu

W samych deklaracjach Donalda Trumpa tkwią sprzeczności i trudno ocenić, co jest tylko elementem kampanii wyborczej, a co prawdziwymi przekonaniami prezydenta elekta. Już chociażby hasła „America first” i „make America great again” zawierają pewną sprzeczność. Trudno pogodzić izolacjonizm z aktywną polityką zagraniczną i rozległą siecią powiązań, na których od siedmiu dekad opiera się amerykańska potęga. Pisząc dobitniej: globalne interesy po prostu uniemożliwiają Waszyngtonowi powrót do miłej sercom wielu Amerykanów izolacjonistycznej polityki w stylu XIX wieku. Mimo wszelkich deklaracji, Trump doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Bardzo szybko prezydent elekt zapowiedział, że będzie dążyć do „odbudowy” sił zbrojnych. Zwiększeniu ma ulec stan US Army o niemal sto tysięcy ludzi, z obecnie 475 do ok. 560 tysięcy. Jeszcze ambitniejsze są jego plany odnośnie do marynarki wojennej, niezbędnej przy odgrywaniu roli globalnego mocarstwa. Już w trakcie kampanii wyborczej Trump mówił o konieczności zwiększenia liczebności US Navy z obecnych 272 do 350 okrętów, tak aby mogła „toczyć wojnę na dwóch oceanach równocześnie”. Na obecną chwilę w planach znajduje się zwiększenie liczby lotniskowców z 10 do 12, budowa dodatkowych niszczycieli, być może typu Zumwalt, oraz atomowych okrętów podwodnych typu Virginia. Co jest zapewne niemiłym zaskoczeniem dla Moskwy i Pekinu – przyszła administracja przewiduje także modernizację krążowników typu Ticonderoga i włączenie ich w skład rozszerzonego systemu tarczy antyrakietowej.

Spadek ryzyka otwartego konfliktu?

Jako jeden z jastrzębi w ekipie Trumpa i potencjalny sekretarz ds. marynarki wojennej jawi się Randy Forbes. Jeszcze we wrześniu w swoim wystąpieniu przed Kongresem mówił o konieczności zrównoważenia rosnącej potęgi militarnej i asertywności Chin. Forbes zdecydowanie potępia działania Pekinu na Morzu Południowochińskim i jest adwokatem wzmocnionej amerykańskiej obecności wojskowej w Azji Południowo-Wschodniej. Krytykuje on także działania administracji Obamy w regionie, a odnośnie do planu rozbudowy floty postuluje przeznaczać na budowę nowych okrętów 20 miliardów dolarów rocznie.

O ile Rosjanie wiążą z Trumpem duże nadzieje, to Chińczycy ewentualne przyszłe negocjacje widzą jako złożenie ofert: „czego dokładnie chcecie i ile gotowi jesteście za to zapłacić”?

Co znamienne, w przeciwieństwie do Kremla, Pekin niechętnie wypowiadał się na temat kandydatów w amerykańskich wyborach prezydenckich. Wiele wypowiedzi Trumpa, jak chociażby niechęć do TPP czy ograniczenie zaangażowania na arenie międzynarodowej, było po myśli Chin, jednak w obliczu protekcjonistycznych haseł zachowywano dużą ostrożność. Chińskie think tanki uznały także dość zgodnie, że prezydentura Trumpa oznacza spadek ryzyka wybuchu otwartego konfliktu. Głównym źródłem obaw decydentów z Pekinu pozostaje „biznesowe” podejście amerykańskiego prezydenta elekta do polityki. O ile Rosjanie wiążą z nim oficjalnie duże nadzieje, to Chińczycy ewentualne przyszłe negocjacje widzą jako złożenie ofert: „czego dokładnie chcecie i ile gotowi jesteście za to zapłacić”? Spodziewana cena wywoławcza nie będzie jednak przystępna. W ciągu najbliższego roku może wydarzyć się naprawdę wiele.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Szczecińskim, publicysta, tłumacz, szef działu Aktualności portalu Konflikty.pl. Związany z Instytutem Boyma, gdzie zajmuje się sprawami bezpieczeństwa, konfliktami oraz zbrojeniami.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz