Nierówności blokują Polaków

Moim zdaniem współczynnik nierówności dochodowych Giniego może być w Polsce o 10-30 proc. wyższy, niż się uważa, co sytuowałoby nas w okolicy państw bardziej nierównych, np. Bułgarii i Rumunii.

Stefan Sękowski: Dwie główne opowieści o polskim kapitalizmie mówią, że był to wielki sukces, lub że żyjemy w krwiożerczym kapitalizmie, który wpędził nas w nędzę. Która jest prawdziwa?

Dr hab. Michał Brzeziński: Chyba żadna. Obie te skrajne wizje są wykoślawione. Powiedziałbym, że jest umiarkowany, ale jednak sukces. Nie wiem, czy ktoś na poważnie twierdzi, że to jest tylko porażka i mamy przez to same problemy.

Gdy czyta się różnych lewicowców, np. z okolic Partii Razem, można taki wniosek wyciągnąć.

Jeśli ktoś tak na poważnie twierdzi, to przesadza. Uważam, że nasza polska transformacja to sukces, oczywiście z różnymi problemami. Ekonomia uczy, by porównywać rzeczywistą sytuację, np. polską w danej chwili nie do ideału, tylko do realnych alternatyw, do tego, co zostało zrealizowane gdzie indziej i co było realne. W przypadku Polski punktem odniesienia byłyby inne państwa postsocjalistyczne, Europa Południowa czy państwa latynoamerykańskie. Jak się porównujemy do krajów, które są na podobnym etapie rozwoju i mają podobną kulturę, to wszystkie wskaźniki, takie jak PKB na głowę, nierówności, stan demokracji, wskazują, że jesteśmy w czołówce.

Prawdopodobieństwo, że Polak lub Polka, której oboje rodzice mają wykształcenie podstawowe, ma wykształcenie wyższe, wynosi w całej populacji jakieś 7 proc., a jeśli przynajmniej jedno z rodziców ma wyższe wykształcenie, to ok. 70 proc. W krajach Zachodu to kilkanaście-dwadzieścia kilka proc.

Spójrzmy na pana specjalność – nierówności. Z badań Pawła Bukowskiego i Filipa Novokmeta wynika, że w Polsce nierówności są jednak większe, niż na Węgrzech czy w Czechach. Czy to znaczy, że coś poszło gorzej, czy nie ma się czym przejmować?

Moim zdaniem nierówności są nawet większe niż te, które podają oficjalne dane GUS czy Eurostatu, ale o ile większe, to tego nie wiemy. Wyniki badań Pawła i jego współpracowników trudno porównywać z analogicznymi danymi, brakuje np. tego typu wyników dla Węgier czy Czech, bo one są policzone dla koncepcji dochodu fiskalnego, a to nie jest taki dochód do dyspozycji, który np. GUS wykorzystuje do policzenia miar nierówności. Jeśli chcemy się porównywać do Czech czy Węgier, to tam nierówności były już w socjalizmie mniejsze. W trakcie procesu transformacji też w Czechach czy na Węgrzech wzrosły, może proporcjonalnie to podobny wzrost, ale u nas rosły z wyższego poziomu.

U nas były jednak za czasów PRL-u niskie, mniej więcej na poziomie Szwecji. A potem bardzo skoczyły w górę.

U nas były jak na socjalizm stosunkowo wysokie, a można byłoby się spodziewać, że będą niższe niż w państwie mimo wszystko kapitalistycznym. W Szwecji też w ostatniej dekadzie potrafiły wzrosnąć szybko do poziomu zbliżonego do Wielkiej Brytanii. Moim zdaniem poziom Giniego może być w Polsce o 10-30 proc. wyższy, niż się obecnie uważa, co sytuowałoby nas w okolicy państw bardziej nierównych, np. państw bałtyckich, czy Bułgarii i Rumunii. Jeśli te dane by się potwierdziły, nierówności dochodowe byłyby w Polsce o jakieś 20 proc. wyższe niż w Niemczech, co byłoby bardziej zgodne z tym, co obserwujemy w naszej gospodarce, niż standardowa wiedza, która mówi, że są na średnim poziomie. Mamy jednak ogromne różnice w dochodach, płacach, produktywności, umiejętnościach. Duża część populacji żyje na wsi z dorywczych płac. Mamy też ludzi pracujących w zachodnich korporacjach, którzy zarabiają jak na Zachodzie, i można byłoby się spodziewać, że te różnice powinny być co najmniej tak wysokie, jak w krajach rozwiniętych, gdzie na dole tego rozkładu można by się spodziewać niższych nierówności, niż w Polsce.

Polski kapitalizm bywa nazywany umiarkowanym, czy zakorzenionym; według terminologii Karla Polanyiego, jest to kapitalizm liberalny. To nie był „dziki” kapitalizm jak w krajach bałtyckich

To źle?

W ekonomii trudno jednoznacznie powiedzieć, czy coś jest złe, czy dobre. To bardzo nieścisła dyscyplina.

Nauka społeczna.

Trudno tu coś jednoznacznie pokazać. Ale różne badania w miarę przekonująco pokazują, że zbyt duże nierówności są problematyczne i ograniczają wzrost gospodarczy, a umiarkowana redystrybucja go specjalnie nie ogranicza. Zbyt duże nierówności powodują nierówność szans, ponieważ ludzie na dole rozkładu nie mogą dostarczyć dzieciom takiej edukacji, jak ci na górze. Nie mogą zacząć prowadzić swoich biznesów, bo mają niewystarczający majątek na starcie i nie mogą zdobyć kredytu. Wiele osób nie chce żyć w takich gospodarkach, gdzie ta nierówność szans jest bardzo duża.

W Polsce nierówności blokują ludzi gorzej usytuowanych?

Tak mi się wydaje. Mało kto to bada. Możemy mierzyć nierówności szans, ale mamy stosunkowo mało danych, dużo mniej niż na Zachodzie. Względnie łatwo jest mierzyć nierówności edukacyjne i one są bardzo duże. Prawdopodobieństwo, że Polak lub Polka, której oboje rodzice mają wykształcenie podstawowe, ma wykształcenie wyższe, wynosi w całej populacji jakieś 7 proc., a jeśli przynajmniej jedno z rodziców ma wyższe wykształcenie, to ok. 70 proc. W większości krajów zachodnich prawdopodobieństwo, że dziecko osób z wykształceniem podstawowym będzie miało wykształcenie wyższe, wynosi kilkanaście-dwadzieścia kilka procent. To się zmienia w czasie, i młodsze pokolenie ma też większe szanse. To wszystko jest też skorelowane z nierównościami dochodowymi. Nikt się tym nie przejmował.

Gdy się mówi o PRL, to przy wszystkich jego minusach na plus wskazuje się jego inkluzywizm, jeśli chodzi choćby o edukację. Czy w III RP zaszły zmiany w tym zakresie?

To skomplikowana historia i pytanie bardziej do historyków gospodarczych czy socjologów, którzy zajmowali się szansami w edukacji. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że po II wojnie światowej osób z wyższym wykształceniem prawie nie było. Nawet jeśli w socjalizmie występowała mobilność społeczna, to z bardzo niskiego poziomu. Pod koniec socjalizmu (Narodowy Spis Powszechny z 1988 r.) wyższe wykształcenie miało 6,5 proc. populacji, dużo mniej niż dziś. Ta mobilność była w innym ruchu fazowym, niż powiedzmy, na Zachodzie. Z badań prof. Marka Kwieka na temat mobilności edukacyjnej czy wyższego wykształcenia wynika, że w całej populacji ta mobilność dramatycznie się nie zwiększyła. Jest zadziwiająco mała. W młodszych kohortach na pewno jest lepiej, młodsi mieli większe szanse uzyskać wyższe wykształcenie, niż osoby starsze.

Czy to wynika z tego, że ci ludzie byli młodsi, czy nastąpiło to jednak dzięki przemianom?

Przemiany to spowodowały. Pojawiła się podaż, w socjalizmie liczba miejsc na studiach była regulowana. Po 1989 roku pojawił się sektor prywatny. Nagle otworzyły się większe możliwości, pojawił się też popyt, bo nierówności płacowe zaczęły rosnąć, pojawiła się premia edukacyjna – osoby z wyższym wykształceniem zarabiają ok. 60 proc. więcej w stosunku do średniego czy podstawowego. Od niedawna ta premia zaczyna spadać, ale ona windowała nierówności płacowe. Ludzie przecież widzieli, że wyższe wykształcenie staje się wymogiem wejścia na różne miejsca pracy. Osoby zamożniejsze miały lepsze wejście do lepszych czy prywatnych szkół – te nierówności tu też się pojawiły i powstaje pytanie, jak w dłuższym okresie to się przekłada na ich płace.

Czy to blokuje ludzi przed rozwojem?

Nie było chyba dobrych badań na ten temat, ale wydaje mi się, że to oczywiste. Spora część populacji jest uwięziona na wsiach i w małych miasteczkach, i z mnóstwa powodów nie ma dostępu do wyższej edukacji czy wyższej edukacji dobrej jakości. I z powodu biedy, nawyków, i z powodu niskiego kapitału kulturowego – argumenty, że „ty to na polu zostaniesz, bo ani poetą ani pisarzem nie będziesz”, są w wielu grupach społecznych bardzo popularne. Poza czynnikami materialnymi, bo wysłanie dziecka do miasta do szkoły i utrzymanie go, choćby częściowe, dużo kosztuje.

Z jednej strony pojawiają się argumenty, że wieś została pozostawiona sama sobie, z drugiej, że wieś sztucznie chroni nas przed bezrobociem, bo nie płaci ani podatku dochodowego, ani ZUS, a jeszcze dostaje dopłaty. Która wizja wsi po 1989 roku jest prawdziwa?

To pytanie o sedno polskiego kapitalizmu, który jest z jednej strony bardzo liberalny, z drugiej było dużo rozwiązań socjalnych, które łagodziły szok transformacyjny zaraz po 1989 roku. Początkowo pojawiły się bardzo hojne i długotrwałe zasiłki dla bezrobotnych, co trzeba było wkrótce zmienić, bo budżet się rozpadał. Pojawiły się wcześniejsze emerytury, i instrumenty dotyczące rolnictwa, o których mówiliśmy, też mogą być traktowane jako poduszki socjalne. Polski kapitalizm bywa nazywany umiarkowanym, czy zakorzenionym; według terminologii Karla Polanyiego, jest to kapitalizm liberalny. To nie był „dziki” kapitalizm jak w krajach bałtyckich. Te instrumenty z czasem były osłabiane, udział wydatków socjalnych w wydatkach spadał, i państwo stawało się coraz bardziej liberalne.

Wszelkie miary pokazujące regulacje rynku pracy sytuują nas wśród państw liberalnych

W tym momencie nie możemy już mówić o wysokich zasiłkach.

Wszelkie miary pokazujące regulacje rynku pracy sytuują nas wśród państw liberalnych. Jest wiele możliwości swobodnego kształtowania kontraktów, słabość związków zawodowych, system ustalania warunków pracy i płac, nie mamy porozumień regionalnych czy na poziomie zakładów pracy. A to przecież wpływa na siłę przetargową pracowników. Komisja Trójstronna też nie działała w dłuższym okresie.

Związki zawodowe wskazują, że Rada Dialogu Społecznego zaczyna się do niej upodabniać.

Ale jeszcze się nie buntują.

Tylko branżowo – pielęgniarki, nauczyciele… W jakim stopniu możemy jednak mówić o systemie liberalnym, skoro z jednej strony mamy te furtki do zawierania umów cywilnoprawnych, ale z drugiej bardzo rygorystyczny Kodeks pracy?

Jeśli weźmie się pod uwagę różne typy kontraktów pracowych i różne charakterystyki systemu, to sytuujemy się bliżej systemów liberalnych. Jest ciekawy raport Polityki Insight „Polski kapitalizm”, z którego wynika, że w większości mierzonych wymiarów wypadamy bliżej systemu liberalnego. Odsetek osób zatrudnionych na umowach czasowych jest jeden z najwyższych w Europie. Inaczej jest nieco z „umowami śmieciowymi” – ci, którzy się tym na poważnie zajęli, jak Joanna Tyrowicz czy Jan Rutkowski, wskazują, że te umowy są mitologizowane i że odsetek osób znajdujących się na umowach cywilnoprawnych wbrew woli jest bardzo niski. Niemniej bycie na umowie czasowej też jest trudne dla pracownika. Modele ekonomiczne i ludzie doradzający Polsce sugerują, że rynek pracy powinien być elastyczny, tego potrzebuje innowacyjna gospodarka. Promuje się model flexicurity, np. w Danii zasiłki są wysokie i długotrwałe – i jest elastyczność.

My mamy odwrotnie – słabą poduszkę socjalną i sztywny kodeks pracy.

Pytanie, czy taki system by w Polsce funkcjonował. Skądś trzeba wziąć pieniądze. Poza tym ten system działa dobrze w państwach z wysoką obywatelskością, gdzie ludzie szybko szukają pracy po jej utracie, a nie czepiają się tego, że mają zasiłek. Tego chyba nie da się dokładnie przeszczepić.

Co należałoby zmienić?

Trzeba by spytać ekspertów od rynku pracy. Są propozycje, np. Instytutu Badań Strukturalnych, by wprowadzić jednolity kontrakt płacowy, by w ramach jednej umowy uprawnienia pracowników rosły wraz ze stażem pracy, co mogłoby ograniczyć dualny rynek pracy. Nie wiem, czy taka radykalna zmiana byłaby możliwa.

Inaczej jest nieco z „umowami śmieciowymi” – ci, którzy się tym na poważnie zajęli, jak Joanna Tyrowicz czy Jan Rutkowski, wskazują, że te umowy są mitologizowane i że odsetek osób znajdujących się na umowach cywilnoprawnych wbrew woli jest bardzo niski

Jednolita danina spaliła na panewce.

Ona dotyczyła tylko części podatkowo-składkowej, niezależnie od kodeksu pracy. Niemniej to był dobry pomysł, zresztą wcześniej podobny miała Platforma Obywatelska. To na pewno likwidowałoby inną patologię naszego kapitalizmu, jaką jest słabo progresywny i redystrybucyjny system podatkowy. To nas bardzo różni od innych krajów, poza krajami bałtyckimi.

U nas klin podatkowy w dużej mierze wynika z tego, że ci, którzy zarabiają więcej, płacą relatywnie niskie składki, a właściwie ci, którzy zarabiają mniej – relatywnie wysokie.

Na Zachodzie właściwie w każdym kraju klin podatkowy rośnie wraz z dochodami. U nas praktycznie nie ma takich badań.

Choćby „Polityka Insight” robiła takie badanie.

Dotyczyło teoretycznego klina, niepoliczonego dla konkretnych gospodarstw domowych, osiągających konkretne dochody. Nie brało też pod uwagę np. VAT. W praktyce trzeba by mieć bardzo dużo informacji od różnych ministerstw, ZUS i innych instytucji, i stworzyć złożony model, który te wszystkie dane łączy, by stwierdzić, jaki mamy klin podatkowy. W innych krajach to się robi, u nas wygląda to tak, że ktoś kiedyś próbował to policzyć w jakimś doktoracie i to przy upraszczających założeniach – bo my nie mamy takich danych.

Tu brak danych, tam brak danych… Na wiele zadanych przeze mnie pytań nie znamy odpowiedzi. Dlaczego tak się dzieje? Błądzimy po omacku, jeśli chodzi o ocenę tego, co się dzieje w polskiej gospodarce?

Oczywiście. Jeśli chodzi o kwestie redystrybucyjne – nierówności, ubóstwo, klin podatkowy – wynika to z tego, że mało badaczy tym się interesowało. Ale to także efekt instytucjonalnej słabości naszego państwa, na poziomie planowania strategicznego, ale i infrastruktury. To także cecha naszego kapitalizmu. Mamy dane niskiej jakości i nie mamy zintegrowanych baz, które by łączyły dane dotyczące mieszkańców, które ma Ministerstwo Finansów, ZUS czy GUS. Nie mamy bazy dochodów wszystkich mieszkańców, nie mówiąc o majątku. To wynika też z niedojrzałości i względów historycznych. Polska to wciąż młode państwo i to wszystko jest w trakcie powstawania. Były bardziej naglące potrzeby. Państwa zachodnie, w których mamy takie dane, albo moglibyśmy mieć, ale nie mamy, bo nie chcemy zbierać tylu informacji o obywatelach, miały na budowanie tego systemu setki lat. W Polsce zbieramy ankietowo dane o sytuacji gospodarstw domowych i każdy wpisuje tam co chce (o czym pisałem już dla „Nowej Konfederacji”), a państwa skandynawskie mają administracyjny dostęp do tych danych.

W Polsce zbieramy ankietowo dane o sytuacji gospodarstw domowych i każdy wpisuje tam co chce, a państwa skandynawskie mają administracyjny dostęp do tych danych

To wymagałoby zwiększenia inwigilacji obywateli?

To zależy, czy ludzie poczytywaliby sobie to za inwigilację. U nas istnieje duża nieufność wobec państwa, w Skandynawii jest większe zaufanie, ale w USA też jest lepszy dostęp do danych, także ze źródeł administracyjnych, np. o dochodach. Żeby powiedzieć cokolwiek pewnego o polskich nierównościach albo o tym, czy opłacałoby się wprowadzić podatek majątkowy, musielibyśmy wiedzieć cokolwiek o tych majątkach. A tego nie wiemy.

Prowadzimy politykę gospodarczą na chybił-trafił?

Oczywiście, ale inne prowadzenie polityki nie jest możliwe. Od 1989 roku upłynęło naprawdę niewiele czasu. Jeśli chcemy porównywać się z krajami, które miały na budowę instytucji setki lat, to musimy wypadać słabo. W żadnym państwie postsocjalistycznym nie ma lepszego dostępu do danych. Ale z czasem jest postęp.

Częściowe dane mamy – i z nich np. OECD wyciąga wniosek, że ci, którzy wchodzą na rynek pracy, będą mieli najniższe emerytury w Europie, a wśród europejskich państw OECD gorzej wypada tylko Meksyk.

To też wynika z braku długookresowego planowania. Jeśli były przeprowadzane jakieś reformy, to nie zaszczepiły się, i były odwracane, jak np. podniesienie wieku emerytalnego. Które, nawiasem mówiąc, było wprowadzone w sposób, który wystawiał je na strzały. Wielu badaczy historii gospodarczej czy kultury podkreśla, że nam brakuje umiejętności strategicznego planowania, co jest zresztą zrozumiałe. Prof. Jerzy Kochanowicz, który był pewnie jednym z najwybitniejszych polskich ekonomistów, próbował tłumaczyć obecny stan polskiego kapitalizmu tym, że w naszej historii nie zaznaliśmy na dłużej funkcjonowania określonego systemu gospodarczego przez dłuższy czas. Do połowy XIX wieku mieliśmy właściwie feudalizm, później szybko narzucony dość czysty kapitalizm podczas I fali globalizacji, później autorytarny, monopolistyczny nacjonalizm ekonomiczny II RP, później socjalizm, później liberalny kapitalizm z elementami osłony społecznej – i to wszystko nie sprzyja wierze w sens długookresowego planowania, jak i zbudowaniu odpowiedniego kapitału kulturowego, który mógłby je realizować. Mnóstwo wybitnych umysłów wyemigrowało i w PRL, i po 1989 roku. Wiele ostatnich badań pokazuje, że rola migracji jest znacząca – takie kraje jak USA są innowacyjne, bo emigrowało tam dużo ludzi otwartych, oryginalnych i szukających ryzyka. Z kolei państwa skandynawskie też są innowacyjne, ale np. bardziej egalitarne, bo selekcja wystąpiła i indywidualiści wyjechali.

Być może w Polsce konflikt między grupami o różnym światopoglądzie jest większy, niż np. etniczny we Francji. Bogacimy się i ludzie mają coraz więcej czasu, by angażować się w konflikt światopoglądowy

Amerykanie skandynawskiego pochodzenia też są ponadprzeciętnie dobrze sytuowani.

Ich przodkami byli ludzie bardziej indywidualistyczni, przedsiębiorczy i bardziej skłonni do ryzyka. Populacja, która została, jest mniej skłonna do ryzyka, bardziej nastawiona na współpracę i może to tłumaczy, dlaczego jest tam większa równość. Polski też to dotyczy. Duża część ludzi, którzy mogliby u nas być liderami, wyjechała. To były miliony osób. Badania wskazują, że ogólnie Polacy, czy ludzie żyjący na półperyferiach i peryferiach, mają orientację na przeszłość i teraźniejszość, a na przyszłość dużo mniejszą.

Mamy wdrukowane, że to zaraz wszystko może paść?

Duża niecierpliwość bierze się też ze spuścizny feudalizmu – polscy szlachcice też byli zapatrzeni w swój krótkookresowy interes. To wynikało też z naszego położenia geograficznego. Eksportując często zboże, skóry, nie trzeba było w średnim okresie stawać się bankierem czy protokapitalistą.

Jednak obecny rząd stara się tworzyć instytucje, które mają się zająć myśleniem strategicznym. Centrum Analiz Strategicznych czy Polski Instytut Ekonomiczny…

Jestem tutaj dość sceptyczny. CAS kieruje prof. Waldemar Paruch, który zajmuje się, zdaje się, historią polityki, i nie wiem, czy on będzie zajmował się myśleniem strategicznym. Co będzie z PIE, zobaczymy, to świeża inicjatywa. Na razie publikują raporty, które nie są oparte na głębokich analizach ekonomicznych i wyprodukować mógłby je dowolny think tank nienaukowy. Nie chcę powiedzieć, że są spaleni na starcie, ale chyba nie będą zajmować się takimi kwestiami, o jakich mówię.  Oczywiście jest miejsce na silny ośrodek analityczny używający zaawansowanych metod ekonomicznych. Nawet w takich krajach jak Czechy, Węgry czy Rosja, istnieją silne ośrodki akademickie gromadzące i integrujące poważny kapitał ludzki. Często są to światowe sławy, które pracują w USA i przyjeżdżają na kontrakty do tych krajów, wychowują doktorantów i produkują ludzi, którzy wnoszą wielki wkład do nauki i mają przynajmniej szansę, by pomóc swojemu krajowi. U nas nic takiego nie ma, a polityka jest oparta na tym, że premier Morawiecki przeczytał kilka popularnonaukowych książek. To może przez przypadek albo przez szczęście się udać, ale nie ma podstaw naukowych.

Nie wiemy jak jest i nie wiemy jak powinno być?

Nikt nie dba o to, by ta wiedza była gromadzona systematycznie. Bez silnego ośrodka naukowego nie da się przekładać wiedzy na politykę gospodarczą. Jesteśmy zdani na to, że ktoś złoży projekt do Narodowego Centrum Nauki i będzie modelował emerytury, jak Joanna Tyrowicz i jej współpracownicy z GRAPE-u, bo akurat uzna, że to jest ciekawe. One będą miały wady, ale będzie najlepsze, co może ta niedoskonała nauka ekonomii zaoferować. Czasami są to badania inspirowane przez instytucje zewnętrzne. OECD produkuje systematycznie raporty o Polsce. To Bank Światowy jako pierwszy sfinansował badania o tym, jak „500+” może wpłynąć na ubóstwo w Polsce, w jakim stopniu ten program jest efektywny redystrybucyjnie. Przecież ministerstwo nie badało tego ani ex ante ani ex post.

Polityka jest oparta na tym, że premier Morawiecki przeczytał kilka popularnonaukowych książek. To może przez przypadek albo przez szczęście się udać, ale nie ma podstaw naukowych

Co należałoby w polskim kapitalizmie poprawić?

Wiele problemów już wskazywaliśmy. Mamy wiele wyzwań, choćby demograficzne. Jest problem przejścia z kapitalizmu imitacyjnego do innowacyjnego, a nie ma teorii ekonomicznej wskazującej, jak to zrobić. Trudno to zuniwersalizować, Korea Południowa stawała się innowacyjna w innym miejscu i czasie, w innym systemie prawnym gospodarki światowej. My tego sukcesu nie powtórzymy. Im stajemy się bogatsi, tym rośniemy wolniej, i z czasem będzie coraz mniej inwestycji zagranicznych i będziemy rośli jeszcze wolniej. Gonimy uciekający cel. Mamy też rosnące nierówności stowarzyszone z konfliktem politycznym. Problemem jest polaryzacja – mamy lewicę liberalną obyczajowo jak na Zachodzie i prawicę chyba najbardziej konserwatywną religijnie w Europie. Być może w Polsce konflikt między grupami o różnym światopoglądzie jest większy niż np. etniczny we Francji. Bogacimy się i ludzie mają coraz więcej czasu, by angażować się w konflikt światopoglądowy. Ten silny podział społeczny będzie raczej utrudniał długookresowe, strategiczne myślenie, bo nawet gdy ktoś coś zaplanuje, to druga strona choćby z przekory będzie chciała temu uciąć nogi. Jeśli na to się będą nakładać rosnące nierówności, to się może intensyfikować.

doktor habilitowany nauk ekonomicznych. Adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie uczy historii ekonomii, ekonomii politycznej oraz ekonomii ubóstwa i nierówności. Współpracownik naukowy Instytutu Badań Strukturalnych. Zainteresowania badawcze dotyczą pomiaru ubóstwa i nierówności w kategoriach dochodów, majątku, zdrowia i szczęścia, a także ekonomii otyłości, naukometrii i in. Autor kilkudziesięciu publikacji naukowych.
Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Nierówności blokują Polaków”

  1. Prof. LOst pisze:

    Nie podejmujecie Panowie tematu np.upolitycznienia gospodarki, upartyjnienia etatyzacji, konsekwencji przyjęcia strategii wstrząsowej Sachsa i jej skutków (do dzisiaj) na rozwój gospodarczy Polski A i B, bezkrytyczne podejście do naszego członkostwa w Eurokołchozie (od 5 lat więcej dopłacamy niż bierzemy). Jechałem tydzień temu do Jeleniej Góry szynobusem (stawał w każdej pipiduwie). I powiem Wam, moja ocena jest miażdżąca. W wielu miastach nie rewitalizuje się kamienic, a budynki publiczne (bo na to daje UE), stan chodników, jezdni, infrastruktury komunalnej jest jak w Burkina Fasso. Gdzie jest pytam się kasa unijna? Na co jest przeznaczana? Tym się zajmijcie, bo to istny kryminał!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz