Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Jakiego liberalizmu warto bronić?

To prawda: istnieje zwulgaryzowana wersja liberalizmu, która nie zauważa ograniczeń jednostki w działaniu, wynikających np. z genów, wychowania, klasy społecznej. Jednak po drugiej stronie czeka fatalizm i przekonanie o braku odpowiedzialności nawet za własne czyny

Liberalizm (przynajmniej w świecie idei) jest w totalnym odwrocie. Czasem wydaje się wręcz, że odpowiedzialny jest za całe zło świata, włącznie z grypą i tsunami. Pierwszoplanowi intelektualiści, tacy jak Slavoj Žižek, Noam Chomsky czy Naomi Klein wyrażają się o liberalizmie z największą pogardą. W Polsce nie jest inaczej. Prof. Andrzej Szahaj twierdzi, że „proneoliberalne poglądy jak mantra powtarzane przez ostatnie trzydzieści kilka lat na świecie i ostatnie 26 lat w Polsce (jak najmniej państwa, jak najwięcej rynku), prócz do głębokiego kryzysu cywilizacji zachodniej przyczyniły się niewątpliwie do jednego: kompromitacji liberalizmu jako takiego”. Prof. Marcin Król w słynnym wywiadzie pt. „Byliśmy głupi” opowiada o tym, jak poglądy liberalne (którymi sam, jak przyznaje, był przez pewien czas „zarażony”) jego zdaniem zabiły wspólnotę i pogłębiły przepaść między ludźmi. Ten przegląd można zakończyć słowami dr hab. Jana Sowy: „Liberałowie są największymi przegranymi ostatnich 25 lat”. Wydawałoby się, że liberalizm gospodarczy faktycznie przegrał, skompromitował się i powinien trafić do lamusa. Czy na pewno?

Liberalizm nie musi być darwinizmem społecznym, czyli ideą głoszącą, że silniejszy wygrywa zawsze – i powinien wygrywać – ze słabszym, że słabsi zostaną – i powinni zostać – w naturalny sposób wyeliminowani

Indywidualizm, egoizm, darwinizm?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy przyjrzeć się najpierw głównym zarzutom stawianym liberalizmowi gospodarczemu. Pierwszy z nich głosi, że liberalizm gospodarczy jest indywidualistyczny i egoistyczny, że jego naturalną konsekwencją jest społeczny darwinizm. Jednak konia z rzędem temu, kto w prosty sposób z dążenia do poszerzenia swobód ludzkiej działalności wyprowadzi indywidualizm i egoizm. Sam ojciec liberalizmu gospodarczego, Adam Smith, wskazywał w „Teorii uczuć moralnych” na sympatię (którą należałoby też tłumaczyć jako empatię) jako na źródło osądów moralnych i cnót.  To wolność umożliwia współpracę i wspomagania innych. Jak to często bywa w takich sytuacjach, liberalizmowi zaszkodzili tu jego głośni medialnie wyznawcy – przede wszystkim Ayn Rand ze swoją pochwałą egoizmu (wielkim jej zwolennikiem na naszym podwórku jest Janusz Korwin-Mikke, twierdzący, że na wolnym rynku egoizm „daje dobroczynne skutki społeczne”). Liberalizm Rand był radykalny, utopijny i fanatyczny; wolność definiowana przez nią jest tak nierealna do osiągnięcia, jak i szkodliwa („Wolność – to znaczy o nic nie prosić, niczego nie oczekiwać i nie być od niczego zależnym”). Zależności między ludźmi są faktem. Ale z tych zależności nie wynika jeszcze wprost, że wolność należy odgórnie ograniczać.

Liberalizm nie musi być darwinizmem społecznym, czyli ideą głoszącą, że silniejszy wygrywa zawsze – i powinien wygrywać – ze słabszym, że słabsi zostaną – i powinni zostać – w naturalny sposób wyeliminowani. W sposób darwinistyczny może postępować zarówno państwo (na co mamy setki przykładów nie tylko z czasów PRL), jak i wielki kapitał. Nie ma potrzeby doklejać do liberalizmu stwierdzeń Ayn Rand, jakoby egoizm był cnotą i prowadził do szczęścia, zwłaszcza, że Rand swoje tezy wypowiadała bez jakiegokolwiek respektu wobec rzeczywistości. Dziś przeczy im także nauka – choćby Elizabeth Dunn z University of British Columbia potwierdziła swoimi badaniami słowa Chrystusa cytowane przez św. Pawła: „Więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu”. Podobne wyniki osiągnął Ed O’Brian z zespołem psychologów z University of Chicago Booth School of Business i Northwestern University Kellogg School of Management.

Rand upraszcza, gdyż widzi altruizm jako przymus. To jednak nie może być argument przeciw liberalizmowi. Abstrahując od poglądów Rand czy Korwin-Mikkego, można stwierdzić, że liberalizm w swoim rdzeniu jest względem (skądinąd też wątpliwej) opozycji jednostka-wspólnota co najmniej neutralny. „Ludzkie działanie” Misesa to książka o współpracy społecznej, która przy całkowitym odrzuceniu liberalizmu jest niemożliwa lub sterowana odgórnie. W wielu sytuacjach liberalizm wręcz wspiera budowanie naturalnych wspólnot (gdyż czynności wspólnototwórczych nie wykonuje wtedy za obywatela państwo). Przynajmniej minimum liberalizmu rozumianego jako niezależność od koncesji i pozwoleń państwowych jest konieczne na przykład, by rozwinęła się niezależna spółdzielczość czy by funkcjonowały niezależne organizacje pozarządowe. Dlatego też nieporozumieniem jest popularne na prawicy uznawanie ruchu spółdzielczego czy szerzej pojętego trzeciego sektora za „lewackie pomysły”. Tylko państwo uznające własność prywatną będzie uznawało także własność dobrowolnie wspólną.

Kto jest kowalem naszego losu?

Drugi powtarzany często zarzut wobec liberalizmu mówi o tym, że nurt ten oferuje ludziom fałszywe przekonanie o sprawczości. Ze zjadliwą ironią próbuje odtworzyć te tezy liberalizmu Jaś Kapela w „Krytyce Politycznej”: „Każdy jest kowalem swojego losu, a jak miałeś pecha się urodzić bez młota, to weź się ogarnij i komuś go zabierz. (…) Sam jesteś sobie winien, gdy nie umiesz się z bagna wyciągnąć za włosy”.

Tak jak coachingowe mowy motywacyjne tchną naiwnym i fałszywym optymizmem, tak kolejne teksty „Magazynu Porażka”, wyśmiewające możliwość dojścia do jakiegokolwiek zwycięstwa o własnych siłach, w ostateczności mogą mieć efekt odwrotny do pożądanego – raczej zabiorą nadzieję tym, którzy ją mają

Nie da się zaprzeczyć, że istniała i nadal istnieje zwulgaryzowana wersja liberalizmu, która nie zauważa ograniczeń jednostki w działaniu, wynikających np. z genów, wychowania, klasy społecznej. Język takiego liberalizmu przypomina prymitywne, coachingowo-biznesowe mowy (wszyscy znamy hasła takie jak „Pierwszy milion trzeba ukraść”, przypisywane ponoć niesłusznie Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu). Nie ma się co dziwić, że budzi to sprzeciw, że chciałoby się wystąpić jednoznacznie przeciwko takiemu liberalizmowi, wskazać, jak wiele mamy ograniczeń.

Tyle tylko, że trzeba z tym bardzo uważać, bo po drugiej stronie tej filozofii czeka już fatalizm – przekonanie o braku odpowiedzialności za cokolwiek, nawet za własne czyny. A zabierając ludziom resztki poczucia wolności i – wraz z nimi – odpowiedzialność, zabieramy im poczucie sensu i motywację do życia. Nie chodzi tu o realne ustalenie, czy istnieje wolność woli i jaki ma zakres. Owszem, wiele badań (np. eksperyment Libeta) wskazuje, że nasza wolność jest ograniczona, a nawet być może jest złudzeniem. A jednak nawet jeśli to iluzja, to potrzebujemy poczucia wolności i sprawczości, żeby się rozwijać i działać. Dążenie do wolności i sprawczości jest naturalne dla człowieka – w niewoli umiera on i karleje. Wielu badaczy (np. sceptyczny przecież wobec neoliberalizmu Amartya Sen w książce „Rozwój jako wolność”) dowodzi, że strata wolności i poczucia sprawczości jest też stratą szczęścia.  Do takich samych wniosków na podstawie badań dochodzą Christian Welzel z Uniwersytetu w Bremie i Ronald Inglehart z Uniwersytetu w Michigan: poczucie sprawczości znacząco wpływa na satysfakcję z życia. I tak jak korpo-mowy motywacyjne tchną naiwnym i fałszywym optymizmem, tak kolejne teksty „Magazynu Porażka”, wyśmiewające możliwość dojścia do jakiegokolwiek zwycięstwa o własnych siłach, w ostateczności mogą mieć efekt odwrotny do pożądanego – raczej zabiorą nadzieję tym, którzy ją mają. Nawet jeśli możliwości są mniejsze niż pierwotnie myśleliśmy, to – jak pisze Czesław Miłosz – „Lawina bieg od tego zmienia/ Po jakich toczy się kamieniach”. Jeśli o tym zapomnimy, osuniemy się w zabójczy fatalizm i możemy zapomnieć o jakiejkolwiek realnej zmianie.

(Nie)święte prawo własności

Liberalizm gospodarczy krytykowany jest za ochronę własności prywatnej, która przynosi, zdaniem krytyków, nędzę, nierówność i krzywdę mas, które majątku nie posiadają – stąd ironizowanie na temat „świętego prawa własności”. Należy się jednak zastanowić, czy odrzucenie prawa własności faktycznie jest sprawiedliwe. Negatywne skutki egoizmu i wynikającego zeń skupienia bogactwa w rękach niewielu to z pewnością bardzo istotny problem. Podkreśla to nie tylko lewica, ale także twórcy katolickiej nauki społecznej. W wielu przypadkach prowadzi to do niewolnictwa i nieposzanowania godności człowieka. Jednak upaństwowienie nie jest rozwiązaniem sprawiedliwym, gdyż sprawiedliwe jest – co do tego zapewne zgodzą się obie strony sporu – prawo do owoców własnej pracy. Papież Leon XIII w encyklice „Rerum novarum” sprzeciwia się takiemu podejściu, gdyż własność wspólna (dodam: narzucona odgórnie – przyp. aut.) byłaby zrównaniem wszystkich w niedoli. I historia, i psychologia dowodzą też, że potrafimy być odpowiedzialni raczej za to, co jest nasze, niż za to, co jest niczyje.

Oczywiście na współczesnym rynku własność prywatna jest czymś zupełnie innym niż w XIX w., kiedy rozwijał się liberalizm. Zanika związek właściciela z własnością (np. przy masowym akcjonariacie). Odpowiedzialność, o której pisałem, rozmywa się. Dlatego liberał powinien walczyć nie tylko o respektowanie prawa własności, ale też o to, by własność łączyła się z odpowiedzialnością.

Owszem, mamy na świecie do czynienia ze znaczącymi nierównościami, jednak brak jednoznacznych dowodów, że akurat liberalna gospodarka rynkowa na przestrzeni dziejów faktycznie sprawiła, że dużym grupom ludzi żyje się znacząco gorzej. Istnieją natomiast dane wręcz przeciwne, o których mówi np. Marek Tatała, a Deirdre McCloskey z Uniwersytetu w Illinois w Chicago mówi wręcz o „Wielkim Wzbogaceniu”. Z kolei Stefan Sękowski, omawiając nową edycję Indeksu Wolności Gospodarczej wskazuje, że „Większość państw najbardziej wolnych znajduje się w czołówce lub nawet w ścisłej czołówce państw najbardziej rozwiniętych społecznie i gospodarczo”. Należy też zadać sobie pytanie, czy walka z nierównościami powinna być celem samym w sobie, ceteris paribus? Czy nie wystarczy, żeby jak największy odsetek ludzi mógł zarobić na godne życie, osiągając pewną masę krytyczną, dzięki której nie muszą troszczyć się o jutro?

To prawda, z liberalizmem gospodarczym wiąże się ryzyko monopoli, oligopoli i innych form hegemonii kapitału. Poza skrajnymi libertarianami mało kto twierdzi, że wielki kapitał nie powinien być w żaden sposób ograniczany. Najgorzej jednak, gdy jest on wspierany przez państwo – jak było też przy okazji wielkiego kryzysu finansowego po roku 2007. Liberalizm natomiast oznacza dążenie do wolności od władzy państwa, ale także od władzy kapitału. Liberał nie jest zadowolony z centralizacji bogactwa w rękach korporacji, silnego sektora bankowego, z upadku drobnej przedsiębiorczości. Chestertonowscy dystrybucjoniści, spadkobiercy klasycznego liberalizmu, są przekonani, że zarówno ograniczanie wolności przez rząd, jak i przez kapitał są takim samym złem.

Państwo więc musi istnieć, także według liberałów. Musi być sprawne, więc – jak już pisałem – nie może być tanie

Państwo więc musi istnieć, także według liberałów. Musi być sprawne, więc – jak już pisałem – nie może być tanie. Wolność gospodarcza, w tym właściwa ochrona prawa własności, zależy choćby od sprawnych instytucji – a u nas sądy są słabe i powolne. Pytanie jednak brzmi, jak duże ma być państwo, i jaki ma być zakres jego interwencji. Bo pomijając już klasyczne liberalne argumenty odwołujące się do wartości wolności samej w sobie, interwencja państwa – zwłaszcza przy nadmiernym rozroście procedur i biurokracji – jest też często nieefektywna (przykładem z ostatnich dni może być miażdżący raport NIK o efektywności urzędów pracy). Także fiński eksperyment z dochodem gwarantowanym – jak wskazują przynajmniej dotychczasowe badania ewaluacyjne – nie doprowadził do aktywizacji społecznej uczestników. Z kolei aktywność zawodowa kobiet po wdrożeniu programu „Rodzina 500 plus” spadła do najniższego poziomu od 19 lat. Piotr Wójcik może więc w „Nowym Obywatelu” wyśmiewać tezę, głoszącą, że „zasiłki dla bezrobotnych powinny być obniżone, to jednak rozleniwia”, a jednak – choć w Polsce faktycznie zasiłki te są niezwykle niskie i przyznawane na krótki okres – wiele badań potwierdza tę tezę.

W Polsce liberalizm się nie udał

Tak, w Polsce liberalizm nie udał się. Jeśli w ogóle kiedykolwiek zaistniał. Zgadzam się tu z prof. Andrzejem Szahajem, który twierdzi: „liberalizm w Polsce przybrał formę karykaturalną, którą miałbym ochotę określić mianem liberalizmu śmieciowego” (Rafał Woś w podobnym tonie używa określenia „polonoliberalizm”). Ten eksperyment nie udał się, gdyż przed 1989 r. od ponad dwustu lat – z niewielkimi przerwami – nie mieliśmy w Polsce doświadczenia wolności i nie nauczyliśmy się z niej korzystać, w przeciwieństwie do państw zachodnich. Polonoliberalizm wydaje się nie wypływać z jakiegoś szczególnego przywiązania do idei liberalnej, a raczej z braku korzeni, także ideowych. Nasz liberalizm nie był otwarty na dobro wspólne. Nie zbudowaliśmy równości szans, gdyż już transformacja ustrojowa w kształcie przyjętym w 1989 r. sztucznie faworyzowała pewne grupy, wśród których – nikt już dziś chyba temu nie zaprzeczy – do najistotniejszych należały peerelowskie władze i ich podopieczni.

Nie udała się w Polsce naprawa stosunków własnościowych. Jak mówił prof. Jacek Tittenbrun, polska prywatyzacja była w dużej mierze uwłaszczeniem nomenklatury. Ta zaś po uzyskaniu przywilejów od razu zaczęła gardłować za liberalizmem (a więc z liberalizmem nie miała nic wspólnego, gdyż „przywileje” są w idei liberalnej słowem wyklętym). Nie potrafiliśmy zagłosować za uwłaszczeniem w referendum uwłaszczeniowym, w dużej mierze ze względu na zawiść wobec sąsiada, który miałby dostać mieszkanie za darmo („podczas gdy ja ciężko tyrałem, by swoje wykupić”). Jest to skądinąd typowy przykład, kiedy egoizm skłania do postaw skrajnie nieliberalnych, wbrew temu, że mówi się o egoistycznym liberalizmie. Wtedy nie udało się zrealizować uwłaszczenia – dziś mamy uwłaszczenie dzikie, polegające na niepodzielnym panowaniu „elity” deweloperskiej na rynku mieszkaniowym. Nie zbudowaliśmy równości szans, i teraz usilnie i w chaotyczny sposób staramy się równać stany – czemu ma chyba służyć wspomniany program „500+” (bo – jak wskazują najnowsze szacunki GUS – celom demograficznym służy słabo, urodzeń w 2018 r. było mniej niż w 2017 r.). Ludzie PiS nie wstydzą się czegoś, przez co liberał zapadłby się pod ziemię – wskazywania między wierszami w sposób niedwuznaczny, że państwo to łup, na co wskazują ostatnie wypowiedzi min. Joachima Brudzińskiego o spółkach skarbu państwa czy min. Krzysztofa Szczerskiego o tym, że „nauczyciele nie muszą żyć w celibacie”. Ale i liberalizm PO był jedynie szkodliwym bajaniem. Platforma koncentrowała się przede wszystkim na dużych inwestycjach ze środków publicznych, w znacznej mierze unijnych (stadiony, Pendolino), nie przeprowadziła żadnej poważnej reformy finansów publicznych ani podatków, podwyższyła VAT, a propozycje większej ściągalności tego podatku przygotowane przez min. Mateusza Szczurka powstały późno i część przeleżała w szufladzie, aż zrealizował ją dopiero rząd PiS. „Liberalizm w Polsce to papierowy tygrys, przed którym niegdyś drżano, a dziś można go bezkarnie szarpać za wąsy” – pisał Leszek Jażdżewski i trudno się z nim nie zgodzić, choć dziwi fakt, że po tych wszystkich doświadczeniach w Tusku zdaje się widzieć nadzieję na przyszłość (co było widoczne na ubiegłorocznych „Igrzyskach Wolności”).

Nie potrafiliśmy zagłosować za uwłaszczeniem w referendum uwłaszczeniowym, w dużej mierze ze względu na zawiść wobec sąsiada, który miałby dostać mieszkanie za darmo („podczas gdy ja ciężko tyrałem, by swoje wykupić”)

Jakiego liberalizmu warto bronić?

To jasne, że nie każda forma liberalizmu gospodarczego jest właściwa. Nie ma bowiem liberalizmu bez cnót i edukacji. Bez cnoty wolność przekształca się w samowolę, dopuszczającą krzywdzenie innych. Konieczna jest też edukacja – nie wystarczy własność, ludzi trzeba nauczyć z niej rozsądnie korzystać. 45 lat PRL-u zniszczyło cnoty, które powinny stać u podstaw liberalizmu, jeśli nie ma się on wyrodzić w egoistyczny indywidualizm. I to w pierwszym rzędzie należy nadrobić. Należy jednak pamiętać, że czas komunizmu dał nam też – mieszkańcom wschodniego bloku – unikatowe w porównaniu do krajów Zachodu doświadczenie na własnej skórze, do czego prowadzi nadmierny rozrost państwa i jego interwencji.

Warto bronić liberalizmu, w którym najważniejsze jest szczęście, a nie wzrost majątku, liberalizmu świadomego, że te dwie rzeczy nie są tożsame. Mówią o tym słynne słowa Roberta Kennedy’ego, wypowiedziane na Uniwersytecie w Kansas w 1968: „Wskaźniki PKB nie odnotowują stanu zdrowia naszych dzieci, poziomu naszego wykształcenia ani radości, jaką czerpiemy z naszych zabaw. Nie mierzą piękna naszej poezji ani trwałości naszych małżeństw”. Jednocześnie warto bronić liberalizmu, który nie pozwala zapomnieć o tym, że wolność i własność należą do czynników szczęścia i jest ono prawie niemożliwe, gdy wolność i własność ludziom się zabierze.

Warto bronić liberalizmu, w którym – owszem – państwo pilnuje uczciwych reguł gry, nie puszcza rynku całkowicie na żywioł, gdyż faktycznie może to sprzyjać wielkim graczom, ale też nie wspiera np. handlu wielkopowierzchniowego czy wielkich graczy systemu bankowego zwolnieniami z podatków i bailoutami. „Bez wsparcia i ochrony rządu, sterty kapitału nie były by w stanie wzrastać tak wysoko  (…) Rozrośnięty rząd i rozrośnięty kapitał idą ręka w rękę” – pisze John C. Médaille. Ale też liberalizmu, który pozwala na nieograniczanie prywatnej inicjatywy setkami koncesji, regulowanych zawodów, niezrozumiałych i niejednolitych orzeczeń, etc. Umożliwiającego i wspierającego dobrowolny mecenat prywatny (którego możliwości dowodzi choćby sukces niedawnej zbiórki na Europejskie Centrum Solidarności) i pozarządowych działań społecznych zamiast rozbudowanego finansowania instytucji z podatków, umożliwiającego kontrolę państwa nad instytucjami, które powinny być niezależne (casus Teatru Polskiego we Wrocławiu).

Warto bronić liberalizmu, którego celem jest dobro wspólne. Liberalizmu, w którym liczy się solidarność

Warto bronić liberalizmu, którego celem jest dobro wspólne. Liberalizmu, w którym liczy się solidarność. Ale nie ta wymuszana przez państwo, bo przestaje ona być solidarnością, a staje się znienawidzonym przymusem. Jeden z ojców ordoliberalizmu, Ludwig Erhard, jako cel swoich reform wskazał „dobrobyt dla wszystkich”. Więc nie dobro wspólne rozumiane jako dobro mniej lub bardziej enigmatycznej „grupy”, a wszystkich członków społeczności. Bo liberalizm jest po to, żeby umożliwić rozwój zdolności i predyspozycji człowieka. By zlikwidować niepotrzebne bariery, służące nie dobru wszystkich, a często wybranych grup, głośnych medialnie (i ważnych z punktu widzenia wyboru).

Czy taki liberalizm dziś istnieje? Być może nie. Ale to nie znaczy, że nie ma szans się odrodzić.

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Tygodnik Powszechny"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz