Niemcy to „straszni mieszczanie” Europy

Nasi zachodni sąsiedzi stali się państwem kupieckim, które umie robić ekonomiczne interesy i prowadzić politykę handlową, ale przestały być państwem, które potrafi prowadzić politykę zagraniczną
Marek Cichocki

Publicysta, filozof i germanista, redaktor naczelny „Teologii Politycznej”

 

Stały się państwem kupieckim, które umie robić ekonomiczne interesy i prowadzić politykę handlową, ale przestały być państwem, które potrafi prowadzić politykę zagraniczną czy bezpieczeństwa.

 

Podczas zestrzelenia malezyjskiego samolotu nad Ukrainą zginęło czterech obywateli RFN. Dlaczego niemiecki rząd tak słabo reaguje na tę sytuację?

Trzeba odróżnić opinię publiczną od polityków i innych aktorów, którzy mają wpływ na politykę wschodnią. Krytyczna postawa mediów i opinii publicznej wobec Putina jest coraz bardziej widoczna, jednak za tym nie muszą iść implikacje polityczne. Z drugiej strony mamy do czynienia z coraz większą niechęcią do Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza po aferze Snowdena.

To nie może specjalnie dziwić – także jeśli chodzi o wykrycie dwóch amerykańskich szpiegów w niemieckim wywiadzie i ministerstwie obrony.

Te przypadki nie są do końca jasne – w jednym z nich nie wiadomo np., czy pracownik BND nie padł ofiarą rosyjskiej prowokacji wywiadowczej. Mało mówi się o stopniu inwigilacji Niemiec przez służby rosyjskie, która z roku na rok lawinowo rośnie. Wygląda na to, że teraz rząd niemiecki chce wykorzystać całą sytuację, by uniezależnić się od USA, także wywiadowczo. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, od czego właściwie Berlin chce się uniezależniać. Choć istnieje tendencja do kreowania Niemiec na trzecie mocarstwo balansujące między Ameryką a Rosją, to nie są one w stanie prowadzić samodzielnej polityki w dużej skali. Ich faktyczne bezpieczeństwo jest nadal uzależnione od Stanów.

Skąd bierze się ta słabość Niemiec?

Stały się państwem kupieckim, które umie robić ekonomiczne interesy i prowadzić politykę handlową, ale przestały być państwem, które potrafi prowadzić politykę zagraniczną czy bezpieczeństwa. Ze względu na historię dla nas to nie musi być złe. Ale na przyszłość warunkuje sytuację bezpieczeństwa Europy, przede wszystkim w naszym regionie. Niemcy w coraz większym stopniu uzależniają się też od rynków zbytu, często w państwach rozwijających się, takich jak Chiny.

Także w Rosji.

Sektor przemysłowy odgrywa dużą rolę w niemieckiej polityce wschodniej. Kiedy rządził Helmut Kohl, nie istniał tak wyraźny konflikt między interesami politycznymi a gospodarczymi. Rosja po rozpadzie ZSRR była państwem słabym politycznie, jednocześnie rynkiem, w który warto było inwestować. Ale od tamtego czasu sytuacja tego państwa się zmieniła. Trzeba jednak powiedzieć, że Angela Merkel i tak jak na standardy niemieckie poszła daleko, jeśli chodzi o postawienie interesu politycznego na pierwszym miejscu.

Zmiana wymagałaby przekonania Berlina do tego, by miał większy udział w zapewnianiu bezpieczeństwa swoim sąsiadom. Przecież Niemcy są bezpieczne dzięki temu, że graniczą z Polską

Jedyne, co mi się z takim podejściem kojarzy, to ograniczanie wydawania licencji na eksport do Rosji towarów mogących posłużyć do produkcji broni.

To istotny element. Zaangażowanie niemieckich firm w sektor wojskowy Rosji jest znaczące. To właśnie dzięki temu sytuacja rosyjskich wojsk jest nieporównywalnie lepsza niż w 2008 r., kiedy miał miejsce konflikt w Gruzji. Trzeba powiedzieć jasno: niemieckie firmy inwestują przeciwko naszemu bezpieczeństwu. Dlatego warto docenić próby ograniczania licencji przez niemiecki rząd. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że takie wielkie firmy jak np. Rheinmetall bardzo na tym tracą i silnie naciskają na rząd, by nie ograniczał możliwości handlu z Rosją. Rząd Angeli Merkel potrafił się im w pewnym stopniu oprzeć – w przeciwieństwie np. do Francuzów, którzy od czerwca szkolą 400 rosyjskich marynarzy w tym, jak pracować na mistralach, które Rosjanie kupili.

W Niemczech istnieją grupy, które optują za większym oporem wobec Rosji?

Występuje tam oczywiście także tradycja podejścia proatlantyckiego, która jest kontynuacją strategii RFN przed zjednoczeniem – np. prasa należąca do koncernu Springera. Jednak tego typu myślenie słabnie, a szczególnie zaszkodziła mu afera Snowdena. Jeśli była ona reżyserowana przez Rosjan, to udało im się bardzo boleśnie ugodzić we współpracę transatlantycką. Politycznie nurt ten obecny jest nadal w chadecji, zwłaszcza bawarskiej Unii Chrześcijańsko-Społecznej. Jednocześnie obóz prorosyjski rośnie w siłę. To już nie tylko skrajna lewica, tradycyjnie antyamerykańska, lecz także konserwatywna Alternatywa dla Niemiec, która jest mocno prorosyjska. Argumentację antyamerykańską przejmują nawet chadecy – niektórzy ich politycy bardzo krytykują chęć zawarcia Transatlantyckiego Porozumienia na rzecz Handlu i Inwestycji między USA a UE. Naciska na to również przemysł, który obawia się konkurencji i do tej pory nie był zbytnio zainteresowany otwartym handlem ze Stanami.

Czy możemy liczyć na to, że podejście Niemiec, a wraz z nimi całej Unii Europejskiej, się zmieni?

Jestem sceptyczny – gdyby Unia chciała zmienić swój stosunek do Rosji, zawiesiłaby personalne gierki i wysokim przedstawicielem ds. zagranicznych i bezpieczeństwa zostałby Szwed Carl Bildt, który obrałby twardy kurs. Także jeśli chodzi o sam Berlin, to nie liczyłbym tu na zmianę. Niemcy, ze względu na to, że bardziej patrzą na interes ekonomiczny, są zawsze o krok do tyłu za faktycznymi wymogami bezpieczeństwa w Europie, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi podejście do Rosji. Zmiana wymagałaby przekonania Niemiec do tego, by miały większy udział w zapewnianiu bezpieczeństwa zarówno swoim sąsiadom (w tym nam), jak i państwom bałtyckim. Przecież Niemcy są bezpieczne dzięki temu, że graniczą z Polską. Mamy dzisiaj ogromny wkład w ich bezpieczeństwo. Tymczasem oni chcieliby balansować między Wschodem a Zachodem, robiąc z Rosją Putina interesy, również dozbrajając ją – a tego nie da się dłużej robić.

Stefan Sękowski

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, dziennikarz „Gościa Niedzielnego”

 

 

[wykres]

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 30 (42)/2014, 24–30 LIPCA, CENA: 0 ZŁ
Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Niemcy to „straszni mieszczanie” Europy”

  1. [ja!] pisze:

    Także jeśli chodzi -> Tak że jeśli chodzi (!)
    ——————————————————————————————
    Swoją drogą ciekawe, na ile faktycznie powstał DDR-owski sojusz Merkel-Putin, który bezpieczeństwo Niemiec powierzy w ręce Rosji zamiast USA… I ciekawe, które ogniwo tego sojuszu padnie jako pierwsze — duet „Merkozy” pracował znacznie krócej, niż nim straszono…

  2. Samotus pisze:

    Zgadzam się z Pana stwierdzeniami, Panie Cichocki, ale sadze, ze polskie elity polityczne, o ile są do tego zdolne, winny wyciągnąć wnioski polityczne. Przede wszystkim, Niemcy wykazały, ze nie nadają się na lidera Unii Europejskiej – ani gospodarczego, ani już tym bardziej politycznego. Polityka autarkii ekonomicznej służy bieżącym interesom Niemiec, ale na krótka metę, bo niszczy rynki zależnych od Niemiec gospodarek pozostałych państw UE. USA wylazły, ze polityka sterowanego keynesizmu jest skuteczna i znacznie zwiększyła wzrost dochodu narodowego, ale przede wszystkim innowacyjność i spowodowała stopniowy powrót „outsourcingowców”, szczególnie wyższych technologii. Polskie pole manewru jest niewielkie, nazbyt jesteśmy uzależnieni od Niemiec ekonomicznie, ale jest – np. wzorem Włochów można zastosować dopłaty do nowych samochodów produkowanych np., co najmniej w 50% w Polsce, na złom wprowadzić restrykcyjne ograniczenia techniczne i czasowe (np. wysokie ubezpieczenie). Będzie nieco krzyku, ale szybko minie, biznes można robić na nowych warunkach.
    Współpraca militarna Niemiec i Francji godzi bezpośrednio w bezpieczeństwo Polski. Po co więc kupujemy złomowane w RFN „Leopardy”? Bo są wygodniejsze? Może czas na wspólny projekt polsko – skandynawski w budowie śmigłowców bojowych?
    Niemcy bardzo chcą dogodzić Rosji – może oddali by w tej sytuacji Kanał Kiloński łącznie z Szlezwikiem – Prusy zagarnęły te tereny Danii dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Co ciekawsze, Dania miała gwarancje o nienaruszalności swych granic uchwalone przez rządy Austrii, Francji Wielkiej Brytanii, Rosji i Szwecji (protokół w Londynie z dnia 2 sierpnia 1850 roku). Jak pamiętamy takie gwarancja miała też Ukraina, także podpisane przez Rosję. Dla Moskwy Szlezwik byłoby lepszym rozwiązaniem: wyjście na otwarty ocean. Krym jest położony nad morzem zamkniętym cieśninami. Z Kilonii mogliby sobie robić desanty bojowe mistralami np. na wybrzeża Francji, – po co kupować tam wino, jak je można sobie zabrać. Taka Polska czy Ukraina to tylko zboża i ziemniaki, nie mówiąc o nerwowych mieszkańcach.
    Zaprezentowałem powyżej zachodnioeuropejskie myślenie o wschodniej Europie, jako dzikich polach, na których Rosja może sobie robić, co chce, byle by dostarczała ropę a w zamian kupowała maszyny i broń. Proponuję przeniesienie „dzikich pól” na zachód od Odry.
    Afera Snowdena to „afera” niemiecko – rosyjska. Wszystkie wywiady podsłuchują – czy to się nam podoba, czy nie, taki ich zawód, skądś muszą mieć informacje, zawsze to robiły, robą i robić będą. Oczywiści dziś skala jest większa – to łączność internetowa, komórki mają zasięg globalny. Podsłuchać jest dziecinnie łatwo, problemem jest wyłapanie podejrzanych informacji za pomocą złożonych algorytmów. Na szeroka skalę stosują je firmy handlowe – każdy z nas pisząc do cioci o konieczności kupienia nowych butów, może być pewien, że zaraz otrzyma na swój PCet jakąś niewinną ofertę. Snowdena nagłośniono, aby wykazać swoją antyamerykańskość – rozumiem Niemców, USA razem z Rosją zlikwidowały ich demokratycznie wybranego Hitlera, ale taka Francja, bez D-Day i tysięcy poległych Amerykanów, pewnie dziś w Paryżu mówiono by po niemiecku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz