Mit dwóch procent

Procenty nie walczą, kwoty wydawane na cele wojskowe – też nie. Między wskaźnikami, którymi politycy absorbują opinię publiczną, a realnymi zdolnościami do zapewnienia bezpieczeństwa jest niestety przepaść

Na szczycie NATO w walijskim Newport we wrześniu 2014 roku przywódcy 28 państw członkowskich Paktu zobowiązali się do dojścia w ciągu kolejnych 10 lat, czyli do roku 2024, do zalecanego przez organizację pułapu wydatków na obronę w wysokości 2 procent PKB. Od tego czasu zwłaszcza prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump uwielbia łajać opieszałych, wskazując – skądinąd nie bez racji – że jadą „na gapę” w pociągu, za którego bezpieczeństwo płaci amerykański podatnik.

Procentologia stosowana

Faktem jest, że po pierwszych czterech latach od wspomnianej deklaracji w okolicy dwuprocentowego pułapu znajdują się tylko nieliczne kraje członkowskie Sojuszu. Liderem pozostają oczywiście same Stany – które w roku 2017, wedle cieszących się dobrą renomą danych Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem SIPRI, wydały na obronność 3,1 proc. swego PKB (acz warto zauważyć, że wartość ta spada na przestrzeni ostatnich lat – z rekordowego w obecnym stuleciu poziomu 4,7 proc. w roku 2010). Ale już np. Kanada oscyluje wciąż niewiele powyżej jednego procenta, a kluczowi europejscy członkowie Paktu też pozostają w tyle: Wielka Brytania miała w ubiegłym roku wydatki obronne na poziomie 1,8 proc. PKB, Niemcy – 1,2 proc., Hiszpania – 1,2 proc. a Włochy – 1,5 proc. (co oznacza, że w przypadku Zjednoczonego Królestwa wskaźnik pogorszył się od czasów Newport o 0,2 proc., a w pozostałych przypadkach nie uległ zmianie).

In plus wyróżniają się tradycyjnie Francja (w potocznej opinii mylnie uważana za kraj pacyfistyczny, ale przywiązująca do swych zdolności militarnych sporą wagę, i wydająca na ten cel od 2,2 proc. PKB w roku 2014 do 2,3 proc. w roku 2017) oraz Grecja (średnio 2,5 proc. w ciągu ostatnich czterech lat) i Turcja (wzrost w tym okresie z 1,9 do 2,2 proc.; wypada jednak zaznaczyć, że relatywnie spory wysiłek tych dwóch krajów w kwestii finansowania sił zbrojnych wynika w dużym stopniu z zadawnionego konfliktu między nimi, a nie ze szczególnej gotowości do wspierania NATO w działaniach na rzecz wspólnego bezpieczeństwa). Tuż za tymi liderami plasują się Polska i Rumunia, które w 2017 roku osiągnęły w przybliżeniu zakładane 2 proc. (wzrost od 2014 r. – odpowiednio o 0,1 i 0,7 proc.) oraz mała, lecz „frontowa” Estonia (2,1 proc.). Na uwagę zasługuje szybki wzrost wydatków Litwy i Łotwy (z 0,9 proc. do 1,7 proc. w omawianym okresie „po Newport”, a w przypadku drugiego ze wspomnianych krajów – najprawdopodobniej jednak do ponad 2 proc. w „jeszcze nie podliczonym” przez SIPRI roku bieżącym); cała reszta ze swej deklaracji wydaje się nie wyciągać żadnych wniosków praktycznych, koncentrując się raczej na wyszukiwaniu możliwie zgrabnych alibi, by jednak nie podnosić procentowego poziomu wydatków (zazwyczaj oscylujących wokół 1 proc. PKB).

Według wstępnych danych, Sojusz ma wydać w tym roku 2,4 proc. swojego połączonego PKB na obronność, jednak jeśli wyłączyć USA, wskaźnik ten spadnie do 1,47 proc. PKB

Dla porządku – zaznaczmy, że zależnie od szczegółów metodologicznych uzyskiwane dane mogą różnić się dość znacznie (w dużej mierze wynika to z tego, że można przyjmować do porównania wszystkie wydatki na obronność, nierzadko rozproszone w budżetach kilku ministerstw, lub tylko wydatki samych resortów obrony; różne są także zasady przeliczania kursów walutowych). Wedle własnych szacunków NATO, Stany Zjednoczone wydają obecnie 3,5 proc. swojego PKB na obronność, Grecja – 2,27 proc., Estonia – 2,14 proc., Wielka Brytania – 2,1 proc., Łotwa – 2 proc., Polska – 1,98 proc., Litwa – 1,96 proc., Rumunia – 1,93 proc., Francja – 1,81 proc., Turcja – 1,68 proc., Niemcy – 1,24 proc., Włochy – 1,15 proc., a Hiszpania – 0,93 procenta. Według wstępnych danych, Sojusz ma wydać w tym roku 2,4 proc. swojego połączonego PKB na obronność, jednak jeśli wyłączyć USA, wskaźnik ten spadnie do 1,47 proc. PKB.

Tyle statystyk, opartych na tyleż chwytliwym, co mylącym kryterium owych mitycznych „procentów od PKB”. Czas na „ale”. 

Kwoty, czyli bliżej realiów

Po pierwsze, o ile europejscy członkowie Paktu w praktyce całość swego wysiłku obronnego wpisują w główne zadania NATO (te definiowane na kolejnych szczytach Sojuszu) – to ze Stanami Zjednoczonymi rzecz nie jest taka prosta. Otóż, znaczna część ich wydatków jest przeznaczana na programy dedykowane bezpośrednio zdolnościom wojskowym w rejonie Azji Południowo-Wschodniej, co z celami NATO ma związek bardzo luźny lub wręcz żaden. Można więc przyjąć, że wkład Amerykanów w wąsko rozumiane bezpieczeństwo Europy (czyli utrzymanie sił tutaj dyslokowanych), plus te globalne elementy ich potencjału, które służą pośrednio wspólnemu bezpieczeństwu transatlantyckiemu (m.in. programy kosmiczne, zdolności do walki w cyberprzestrzeni, zapewnianie względnego bezpieczeństwa transportu morskiego w skali globalnej, zwalczanie międzynarodowego terroryzmu, włącznie z ofensywnymi operacjami na Bliskim i Środkowym Wschodzie), plus nawet utrzymanie sił na własnym terytorium, które (teoretycznie) mogą być w razie potrzeby przerzucone na Stary Kontynent – to w najbardziej optymistycznym szacunku niewiele ponad 65 procent ich budżetu, a więc właśnie około 2 procent PKB. W pesymistycznym, czyli bez uwzględnienia wydatków „globalnych”, będzie to zaledwie 0,5 proc. PKB!

Po drugie, o ile już sam PKB jest dość kontrowersyjnym i niedoskonałym wskaźnikiem służącym do oceny siły danej gospodarki narodowej, o tyle „procent PKB przeznaczony na obronność” ma znaczenie głównie symboliczne – ważniejsze są tutaj konkretne kwoty. Gdy popatrzymy na nie, krajobraz zmienia się bardzo interesująco: mamy USA z budżetem rzędu 610 miliardów dolarów w roku 2017 i około 660 w bieżącym (z czego, jak wyjaśniono wyżej, zależnie od przyjętych kryteriów szacowania od około 100 do 400 miliardów jest wydawane w związku z celami strategicznymi NATO). Dalej idą (znów wedle danych SIPRI za rok 2017) Francja – 57,8 mld dol., Wielka Brytania – 47,2, Niemcy – 44,3, Włochy – 29,2. Z wymienionych wcześniej członków NATO: Kanada – 20,6 mld dol., Turcja 18,2, Hiszpania – 16,2, Polska – 10,0, Grecja – 5,1, Rumunia – 4,0, Litwa – 0,8, Estonia i Łotwa – po 0,5.

Nie dajmy się zwariować, i zamiast podniecać się np. sukcesem w łotewskim wzroście procentowym, zainteresujmy się brytyjskim spadkiem kwotowym – bo 1 miliard 640 milionów (o tyle mniej wydało Zjednoczone Królestwo w 2017 niż w 2014 roku) to niemal tyle, ile całe, połączone budżety obronne Łotwy, Litwy i Estonii!

Dla porównania kilka innych krajów, nie tylko spośród członków NATO: Chiny – 228.2 mld dol., Arabia Saudyjska – 69,4, Rosja – 66,3, Indie – 63,9, Japonia – 45,4, Korea Południowa – 39,2, Australia – 27,5, Izrael – 16,5, Iran – 14,5, Tajwan – 10,6, Filipiny i Singapur – po 10,2, Holandia – 10,0, Oman – 8,6, Norwegia – 6,6, Szwecja – 5,5, Szwajcaria – 4,6, Dania – 3,8, Finlandia – 3,6 mld. Wniosek z tego prosty: nie dajmy się zwariować, i zamiast podniecać się np. sukcesem w łotewskim wzroście procentowym, zainteresujmy się brytyjskim spadkiem kwotowym – bo 1 miliard 640 milionów (o tyle mniej wydało Zjednoczone Królestwo w 2017 niż w 2014 roku) to niemal tyle, ile całe, połączone budżety obronne Łotwy, Litwy i Estonii! Rosyjski wzrost o ponad 6 mld dol. w tym samym okresie (tylko ten oficjalny, bo ukryty jest prawdopodobnie przynajmniej o połowę wyższy) to z kolei mniej więcej tyle samo, co połączony wzrost wydatków niemieckich i francuskich.

Jak i na co wydajemy?

Najważniejsze wśród sygnalizowanych „ale” jest jednak to trzecie. Przy okazji, jest ono bardzo smutne dla Zachodu – otóż pieniądze same z siebie nie walczą. Gdyby tak było, moglibyśmy spać spokojnie – kto nie wierzy, niech już sam zsumuje sobie budżety wojenne Chin i Rosji, i porówna je z wydatkami Zachodu.

Problemem jest efektywność alokacji tych środków. O ile machiny wojskowe znajdujące się w dyspozycji Pekinu czy Moskwy są w miarę spójne, i podobnie ich finansowanie, my – czyli ów „Zachód” – dublujemy (ba, nawet w niektórych sprawach multiplikujemy) wydatki, prowadząc odrębne i wzajemnie konkurencyjne prace badawczo-rozwojowe i wdrożeniowe, utrzymując liczne, odrębne i często niekompatybilne systemy… Straty z tego tytułu są trudne do precyzyjnego oszacowania, ale można przyjąć, że sięgają przynajmniej 20 procent wydatkowanych kwot. I nie miejmy złudzeń – za powtarzanymi co pewien czas zaklęciami polityków co do pogłębiania współpracy w tej sferze idzie tyle samo realnej woli, co za deklaracjami z Newport o zdecydowanym dążeniu do pułapu 2 procent. Czyli – zero.

Problem kolejny, związany z efektywnością wydatków, dotyczy struktury budżetów obronnych, których wartości przedstawiono wyżej. Na nasze (czyli „zachodnie”) szczęście – dotyczy to wszystkich krajów świata, także tych nam wrogich. Otóż tylko pewna część tych ogromnych pieniędzy idzie na realne podnoszenie zdolności bojowej. Znaczna natomiast – na wydatki albo niezwiązane nawet pośrednio z obronnością (vide: polskie wliczenie do puli środków na obronność pieniędzy na zakup samolotów dla VIP-ów oraz na programy modernizacyjne i szkoleniowe Straży Granicznej, Policji, Straży Pożarnej oraz BOR/SOP), albo przynajmniej mniej czy bardziej niecelowe. Prosty przykład – utrzymywanie wysokich stanów osobowych sił lądowych w krajach, które w przewidywalnej perspektywie nie będą miały dla nich zastosowania, wobec braku zagrożenia pełnoskalową agresją sił konwencjonalnych – to zupełnie zbędne wydatki na budynki, sorty mundurowe, żołd, wyżywienie, paliwo dla samochodów, i tak dalej. Ale pieniądze płyną, kupując wyborczą przychylność kadry i ich rodzin (w przeciwnym razie zagrożonych obniżeniem statusu społecznego i materialnego), a także lokalnych przedsiębiorców, żyjących z obsługi garnizonów. Twardy rachunek kazałby przynajmniej część pieniędzy przekierować na działania związane z bardziej prawdopodobnymi zagrożeniami – ma przykład na obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową lub zdolności do walki w cyberprzestrzeni. Ale konserwatyzm i oportunizm generałów oraz potrzeby polityków zazwyczaj stanowią przeszkody nie do przezwyciężenia.

W Polsce na instytucje centralne (m.in. na samo MON, Sztab Generalny, Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych plus Dowództwo Garnizonu Warszawa) wydajemy z roku na rok więcej, i to mimo reform struktury, niż na Siły Powietrzne

Wojna za biurkami…

Dodajmy do tego różnice w efektywności wydawania pieniędzy na konkretne programy modernizacji sprzętu i uzbrojenia. W USA, gdzie działa w mechanizm w znacznej mierze rynkowy, nie jest z tym źle – co widać po efektach jakościowych. W Europie bywa gorzej, bo swoje usiłują ugrać politycy, często korumpowani przez lobbystów, a zdolności bojowe armii ceniący sobie zazwyczaj mniej, niż inne wartości lub doraźne interesy. Procedury przetargowe grzęzną często w drobiazgach i mają coraz mniej wspólnego z bojowymi potrzebami sił zbrojnych (jeśli to dla kogoś pocieszenie, w paru krajach europejskich jeszcze bardziej niż nad Wisłą).

Kolejny punkt to koszty biurokracji, a także rozbudowanych programów socjalnych, w tym emerytalnych – stosunkowo najmniejsze w USA, ale dość istotne wśród europejskich członków NATO. Dla przykładu – w Polsce na instytucje centralne (m.in. na samo MON, Sztab Generalny, Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych plus Dowództwo Garnizonu Warszawa) wydajemy z roku na rok więcej, i to mimo reform struktury, niż na Siły Powietrzne; na Agencję Mienia Wojskowego – więcej, niż na Marynarkę Wojenną albo na wzięte razem Wojska Specjalne, wywiad i kontrwywiad. Więcej nawet, niż na kontrowersyjne skądinąd Wojska Obrony Terytorialnej, oskarżane o budżetowe „kanibalizowanie” wojsk operacyjnych. W innym ujęciu – z około 44 miliardów złotych, które w roku 2019 pójdą na szeroko pojętą obronność, grubo ponad połowę pochłoną wydatki bieżące na uposażenia i dodatki żołnierzy, funkcjonariuszy i osób cywilnych (11 mld), na usługi remontowe, zdrowotne, telekomunikacyjne itp. plus zakupy materiałów, wyposażenia, energii i żywności (9 mld) oraz na emerytury i renty (7 mld); we wszystkich tych kategoriach notujemy zresztą stały, wyraźny wzrost. Reszta, to w znacznej części wydatki na infrastrukturę budowlaną. I to wszystko – przy jednoczesnym ograniczonym (czyli wyraźnie niższym procentowo, niż wzrost wszystkich nakładów na obronność) zwiększaniu środków, przeznaczanych na zakupy szczególnie potrzebnego, nowoczesnego sprzętu i wyposażenia stricte bojowego. Plan Modernizacji Technicznej obejmuje bowiem wydatki majątkowe na kwotę 10 mld i wydatki bieżące w wysokości 1,4 mld PLN. W tym – tylko 7,6 mld zarezerwowano na trzynaście priorytetowych Programów Operacyjnych (najwięcej na „System obrony powietrznej” – 2,85 mld oraz „Modernizację wojsk rakietowych i artylerii” – 0,95 mld, ale np. na „Zwalczanie zagrożeń na morzu” – niespełna 0,69 mld, a na „Bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni i wsparcie kryptologiczne” – zaledwie 0,04 mld). W obliczu wieloletnich zaniedbań, obciążających zresztą wszystkie poprzednie ekipy rządzące, to jest po prostu dramatycznie za mało.

Oceniając wysiłek na rzecz obronności i, w szerszym rozumieniu, na rzecz bezpieczeństwa, musimy pamiętać o tym, że w realnym środowisku poza pieniędzmi liczy się też sensowność ich wydawania

Do smutnego obrazu dorzućmy jeszcze skłonność polityków europejskich do wspierania z budżetów resortów obrony przeróżnych ideologii, akurat uznanych za „poprawne politycznie” – można owe idee prywatnie szanować i lubić albo nie, ale z fachowego punktu widzenia trudno uznać, że jakoś szczególnie wzmacniają one zdolności bojowe wojska. Dotyczy to zarówno wojskowej „polityki historycznej” u nas (np. Muzeum Wojska Polskiego tylko na nowe inwestycje budowlane otrzyma 0,12 mld), czy rosnących o ponad 11 proc. wydatków na służbę duszpasterską (ponad 0,02 mld), jak i popularnych w zachodniej Europie programów „genderowych”, w tym promujących równouprawnienie kobiet i mniejszości seksualnych (w ubiegłym roku sama Bundeswehra wydała na nie równowartość około 0,11 mld PLN). Te kwoty, choć mogą wydawać się stosunkowo drobne, także w jakimś stopniu składają się przecież na „dążenie do pułapu 2 procent”.

Na pocieszenie pozostaje nam fakt, że – wedle opinii zasłyszanej kiedyś w prywatnej rozmowie od jednego z rosyjskich analityków wojskowych – w Rosji sama korupcja wśród wyższych urzędników resortu obrony oraz generalicji powoduje „rozkurz” przynajmniej 20 procent budżetu… U nas, na Zachodzie, jest pod tym względem jednak lepiej.

…i wojna w realnym świecie

Oceniając wysiłek na rzecz obronności i, w szerszym rozumieniu, na rzecz bezpieczeństwa, musimy pamiętać o tym, że w realnym środowisku poza pieniędzmi liczy się też sensowność ich wydawania (wątpliwości w tym zakresie zasygnalizowano wyżej), a poza tym – takie czynniki niematerialne jak właściwy plan strategiczny, umiejętności kadry oraz wola walki (to już tematy na zupełnie odrębną analizę).

Żyjemy w epoce asymetrii bezpieczeństwa, w której biedni, acz zdeterminowani są w stanie boleśnie uderzać w bogatych i gnuśnych. Może więc, zamiast do znudzenia liczyć procenty i promile, zacząć wreszcie realnie szacować zagrożenia i szukać adekwatnych środków ich zwalczania? Także w sferach niedostępnych dla rachmistrzów i księgowych?

Tak przy okazji – mało kto porównuje budżety wywiadowcze, a współczesne machiny niewidzialnej intelligence to równie skuteczna „tarcza i miecz”, jak umundurowane armie, które podziwiamy na paradach. Z całym szacunkiem dla wojskowych, może nawet i skuteczniejsze – gdyż są w stanie nie tylko z wyprzedzeniem raportować o zamiarach wrogów (i przyjaciół), ale także wywoływać u nich zamieszki, zmieniać nastawienia rządów lub same rządy, paraliżować lub stymulować sztaby, media, giełdy i banki… To w dzisiejszym świecie dużo efektywniejszy sposób agresji (i samoobrony także), niż jeżdżenie czołgami i strzelanie z armat. Acz i to się czasami zdarza… jako uzupełnienie walki informacyjnej.

Mityczne „2 procent PKB na obronność” niekiedy bywa uznawane za swoiste panaceum – tak jakby osiągnięcie tego pułapu samo w sobie miało i uratować spoistość Paktu Północnoatlantyckiego, i zagwarantować bezpieczeństwo poszczególnym jego członkom

Przypomnę w ramach tej dygresji: na wszystkie nasze służby specjalne (w tym kontrwywiadowcze oraz na CBA) wydamy w przyszłym roku około 260 milionów dolarów. Amerykanie na swoje – około 80 miliardów dolarów, Chińczycy i Rosjanie – przynajmniej po 50 miliardów (dane szacunkowe, bo w tych krajach nie ujawnia się większości budżetów instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo), a na przykład Francuzi czy Brytyjczycy – po około 10 miliardów.

I jeszcze jedna uwaga, pod rozwagę Czytelników: pod koniec swego istnienia II Rzeczpospolita wydawała na cele wojskowe około 35 proc. budżetu państwa, co stanowiło niemal 7 proc. PKB.

I tak nie wystarczyło.

Mityczne „2 procent PKB na obronność” niekiedy bywa uznawane za swoiste panaceum – tak jakby osiągnięcie tego pułapu samo w sobie miało i uratować spoistość Paktu Północnoatlantyckiego, i zagwarantować bezpieczeństwo poszczególnym jego członkom. Nie zapewni, i nie uratuje. Owszem, ma natomiast do odegrania swoją rolę w realizacji planów produkcyjnych kompleksu wojskowo-przemysłowego w niektórych krajach, a co za tym idzie – przełoży się na miejsca pracy, fundusze na kampanie i słupki poparcia polityków. Związek z bezpieczeństwem narodowym i międzynarodowym ma natomiast, w najlepszym razie, dość luźny. Tu nie chodzi bowiem głównie o to, by wydawać więcej, ale przede wszystkim – by wydawać z sensem.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, wicedyrektor Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, członek Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int, jeden z fundatorów i wiceprezes Fundacji Wiedza-Rozwój-Bezpieczeństwo. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu, public relations i wywiadu konkurencyjnego. Współpracował z Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, był członkiem Polar Task Force (zespołu doradczego ad hoc przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych). Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Zajmuje się problematyką ewolucji cywilizacji zachodniej i jej wpływem na bezpieczeństwo, wyzwaniami i zagrożeniami asymetrycznymi (w tym walką informacyjną, terroryzmem, przestępczością zorganizowaną i migracjami), a także funkcjonowaniem służb specjalnych i sektora prywatnego w sferze bezpieczeństwa. Jest autorem, redaktorem i współredaktorem kilkudziesięciu prac naukowych z tego zakresu, w tym monografii: „Polityka bezpieczeństwa na Starym Kontynencie” (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2010), „Asymetria i hybrydowość – stare armie wobec nowych konfliktów” (Wyd. Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Warszawa 2011) oraz „Sztuka polityki” (Wyd. Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Kielce 2017). Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego (1992) oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej (1996); stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego (2005).

Komentarze

2 odpowiedzi na “Mit dwóch procent”

  1. eszet33 pisze:

    No cóż, Panie Autorze… szacun za wnikliwą i słuszną analizę! Pozostaje mi tylko życzyć, by takich głosów było coraz więcej. I żeby jak najszybciej zostały one masowo upowszechnione i przede wszystkim: by wnioski z nich płynące wdrożone były natychmiast do działania przez nasze władze. A jeśli owe władze nie zechcą – to powinny natychmiast zostać usunięte! I na ich miejsce wprowadzone inne, dążące faktycznie do PRAWDZIWEJ dobrej zmiany. Zmiany dobrej dla Narodu POLSKIEGO i POLSKIEGO Państwa!
    Oby tak się stało – czego źyczę naszym rodakom w kraju i za granicą (by mogli wreszcie zacząć wracać…) oraz Panu i sobie – już w nadchodzącym roku 2019. Pozdrawiam!

  2. Przemaj1990 pisze:

    Artykuł ciekawy chociaż w wielu kwestiach mozna polemizować. Za 2 procent przemawia fakt ze wcześniejsze cięcia wpedzały w wojsko w 2 rodzaje problemów:
    1. Kadrowych (niedobur kadr bo one są jednym z głównych kosztów powodował efekt o wiele gorszy bo promował nepotyzm. Przy braku wolnych etatów awansowano “swoich” a reszta awansów bywała wstrzymana co przekładało się na spadek zaangazowania bo po co się starać jak ocena roczna nie da i tak awansu)
    2. Sztucznych oszczędności ( by nie przekraczać budżetu wybierano “modernizacje” pozorną wymieniając sprzet na tańszy ale bezwartościowy w wojnie np. Przeciwlotniczą artylerię lufową ponad rakietową z tego tylko powodu ze ćwiczenia z jej udziałem są znacząco tańsze). Trzeba zaznaczyć ze było to pokłosie kwestii kadrowych. Tzw. Plecakówk którzy do wojska przyszli zająć etat po ojcach nie wierząc w realną wojnę.
    Dodatkowo autor sam obala swój argument ze za duzo idzie na instytucje centralne (SG, SKW, SWW, Wojska specjalne) chwaląc pózniej znaczenie służb i dobrej myśli strategicznej której nie da się osiągnąć przez budowania samych “mięśni” bez “mózgu”.
    Aczkolwiek tematyka zasługuje na rozwinięcie min. Przez analizy jak owe koszty mozna by redukować bez ograniczenia zdolności bojowej. Pozdrawiam i zachęcam do dakszych tak merytorycznych dyskusji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz