Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Plan Biedronia

O politycznym planie Roberta Biedronia mogą pozytywnie myśleć nie tylko ci, którzy są zwolennikami jego progresywnej orientacji politycznej. To coś więcej niż walka o dominację na lewicy. To próba zmiany reguł gry

Wynik wyborów sejmikowych potwierdził sensowność złożonej jesienią deklaracji Biedronia dotyczącej utworzenia nowego ruchu politycznego, z zamiarem wystawienia list w wyborach do Parlamentu Europejskiego i Sejmu RP. Co w tym wyniku otwiera drogę Biedroniowi? Po pierwsze fakt, że mimo dobrego rezultatu KO i PSL poparcie dla tych dwóch ugrupowań może nie wystarczyć do zbudowania większości parlamentarnej. Wiele będzie zależało od tego, jak będzie wyglądała reprezentacja lewicy. I tu można wskazać drugą okazję dla Biedronia, jaką jest niezadowalający wynik SLD. Milion głosów to nie tak mało – niewiele mniej niż w 2014 – ale dla Sojuszu, niepewnego przekroczenia progu, to sygnał ostrzegawczy.

W tej sytuacji możliwe jest – zwłaszcza po słabym wyniku w wyborach do PE – przyjęcie przez partię Czarzastego kursu naśladującego drogę Nowoczesnej. Jest to kurs zamiany wyborczej podmiotowości na pewność liczącej się reprezentacji sejmowej, a być może także – na udział w rządzeniu.

Jeżeli Koalicja Obywatelska zrozumie porażki PiS w wyborach prezydentów miast jako triumf anty-PiS, to popełni błąd, nie potrafiąc zrozumieć, że anty-PiS i nie-PiS to nie są tożsame zjawiska. Co więcej, nie dostrzeże, że część wyborców, bez których wsparcia trudno będzie mówić o skutecznej koalicji w następnym Sejmie, nie poprze listy prowadzonej przez Grzegorza Schetynę. To prosta kalkulacja, o której zapomniano w roku 2015, licząc, że antypisowskie emocje części elektoratu PO okażą się na tyle powszechne, że kolejna wygrana będzie bardzo łatwa.

Zbudowanie ruchu politycznego, który będzie impregnowany na najpoważniejsze choroby partii politycznych, jest niezwykle trudne

„Nowy rozdział”

Co więcej, Koalicja Obywatelska w obecnym kształcie nie potrafi zaoferować nowej jakości, złożyć obietnicy innej niż pokonanie PiS, a dla elektoratu bardziej radykalnego – bezwzględne rozliczenie czteroletnich rządów tej partii. To także tworzy korzystną aurę dla nowych inicjatyw, wykraczających poza horyzont znanych nam od ponad 13 lat zmagań między niedoszłymi koalicjantami z 2005 roku. „Nowy rozdział” to pierwszy – może jedyny – manifest polityka, który postanowił spróbować wykorzystać tę sytuację. Obiecać zmianę, która wykracza poza horyzont obecnej rywalizacji politycznej.

„Zostałem politykiem, bo inni nie załatwiali spraw, które były i są dla mnie ważne” – pisze Robert Biedroń. – „Nie chciałem wiecznie czekać ani wciąż dobijać się do drzwi polityków, którzy nie tylko nie chcieli słuchać, lecz także dzielili ludzi, bo tak im było łatwiej rządzić”. To całkiem inna motywacja niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni w biograficznych narracjach polityków „50 plus”. Tamta – zawsze zaczyna się od „Solidarności”, od przełomu 1989 roku. Nawet politycy po czterdziestce próbują się w niej odnaleźć, opowiedzieć o szansie, jaką stwarzał lub zaprzepaścił przełom. Tego horyzontu w książce Biedronia nie ma. To nie jest opis doświadczenia ruchu wolnościowego lat osiemdziesiątych, ani prób zagospodarowania zwycięstwa. To w sensie społecznym książka pisana „od dołu”, z perspektywy prowincjonalnych miast Podkarpacia, położonego w średnim mieście uniwersytetu, a potem – także Słupska. Te dwie perspektywy – pokoleniowa i prowincjonalna – są mocnym atutem spojrzenia, prezentowanego przez autora „Nowego rozdziału”.

Biedroń jest politykiem, który przyciąga zwolenników zmiany pokoleniowej i irytuje polityków starszego pokolenia. Nawet tych, którzy – jak Ryszard Bugaj – nie mają w polityce nic do stracenia. Irytuje niekonwencjonalnym stylem bycia, który bywa krytykowany jako narcyzm. Irytuje niechęcią do mówienia żargonem liberalnego lub patriotycznego odłamu inteligencji, którego podstawowe idiomy pozwalają na wyraziste odróżnienie się od „tych drugich”. Wreszcie irytuje – choć prawie nikt się do tego nie przyzna – tym zasadniczym elementem „optyki prowincjonalnej”, jakim jest przywiązywanie uwagi do spraw przyziemnych.

Uruchomienie nowej narracji, zmuszenie innych do brania jej pod uwagę – to już połowa politycznego zwycięstwa

„Nowy rozdział” to nie książka o europejskich ideach i modelach patriotyzmu, ale o tym, w jaki sposób przyziemne problemy uczynić treścią polityki. To tłumaczenie, że właśnie ta treść polityki, a nie rozgrywane przez wielkie partie sporne symbole, skłania nas do współpracy. To zarazem pewna nadzieja na nowy język, którego polityce brakowało od co najmniej dekady. „Polityka zamknęła się w skorupie przeszłości” – pisze Biedroń. I dość precyzyjnie opisuje sposób wyjścia z tej skorupy, poprzez zmianę treści polityki i osi partyjnych sporów.

Przyznam, że właśnie ta warstwa „planu Biedronia” budzi we mnie większą nadzieję, niż same perspektywy sukcesu politycznego tworzonej przezeń formacji. Uruchomienie nowej narracji, zmuszenie innych do brania jej pod uwagę – to już połowa politycznego zwycięstwa. Na bardzo ciekawej krakowskiej konferencji Open Eyes Economy Summit, Bartłomiej Sienkiewicz uznał, że największym sukcesem pokolenia 30- i 40-latków jest zmiana sposobu mówienia o polityce miejskiej, do jakiej doszło w dwóch ostatnich kampaniach wyborczych i w ostatniej kadencji polskiego samorządu. Ruchy miejskie poniosły polityczną porażkę, ale ich narracja stała się obowiązującym językiem rozmowy o zadaniach prezydentów.

Mordercze zajęcie

W przypadku Biedronia może być podobnie. Zbudowanie ruchu politycznego, który będzie impregnowany na najpoważniejsze choroby partii politycznych, jest niezwykle trudne, zwłaszcza przy pewnym idealizmie, który reprezentuje Biedroń. Bardzo dużo w tej sprawie zależy nie od osobistych talentów i wizerunku Biedronia, ale od jego umiejętności przyciągnięcia do inicjatywy nowych twarzy. Nie tylko polityków posiadających już jakąś pozycję na lewicy – jak Krzysztof Gawkowski – ale przede wszystkim nowych ludzi, którzy mogą nadać ruchowi Biedronia oblicze partii innej niż wszystkie.

To jest coś, co nie udało się Pawłowi Kukizowi, a wcześniej – Ryszardowi Petru czy Januszowi Palikotowi. Zaczynało się od ostrych oskarżeń pod adresem klasy politycznej, od dumnych zapowiedzi. A potem okazywało się, że polityka jest przede wszystkim trudnym rzemiosłem, w którym samo „gadane” nie wystarczy. Istotą tego zajęcia jest dobre lokowanie zaufania, dobór ludzi, określanie zakresu ich swobody. To ostatnie zdanie jest zbyt eleganckie. To morderczy trud radzenia sobie z ambicjami innych, z ich uwikłaniami i tajemnicami, z chciwością i zawiścią. To trud, który w jakim stopniu zmienił Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego i który nauczył ich, jaka jest cena skuteczności w kierowaniu partią.

To, czego podjął się Biedroń, będzie jednym z trudniejszych przedsięwzięć politycznych epoki po 2005 roku

Przyznam, że bliższy jest mi w wielu sprawach antropologiczny pesymizm liderów w rodzaju Tuska i Kaczyńskiego, niż pogodny optymizm Biedronia. Nie dlatego, że w polityce spotykamy gorszych ludzi, ale dlatego, że polityka otwiera przed ludźmi okazje, których w tak zwanym normalnym życiu jest znacznie mniej. Oczywiście, Biedroń ma za sobą czteroletnią kadencję w Słupsku. I czteroletnią, pod wieloma względami nieudaną, kadencję w polskim Sejmie. Ale te doświadczenia nie przekładają się na zdolności, które wymagane są od lidera partii.

To, czego podjął się Biedroń, będzie jednym z trudniejszych przedsięwzięć politycznych epoki po 2005 roku. Większość projektów politycznych startowało, odwołując się do znanego sobie środowiska rywalizacji politycznej. Solidarna Polska i Polska Razem Jarosława Gowina – to nie były idealistyczne wizje naprawy polityki, ale inicjatywy oparte na dość pragmatycznym pozycjonowaniu się na scenie. „Idealistami” byli korwinowcy i Partia Razem, którzy mieli nadzieje na to, że mówiąc mniej więcej to, co myślą, pociągną za sobie ludzi. No dobrze – przynajmniej młodzież.

Biedroń stara się połączyć te dwie strategie. Pisze innym językiem, ale nie uruchamia całej tej antyestablishmentowej maszynerii, która napędza pewien radykalizm po lewej i prawej stronie. Ta korekta jest do przyjęcia dla „zwykłego Polaka”, nie razi ideologicznymi konstruktami. Biedroń – trochę na wzór zachodnich liderów – miesza wszystkie znane dotąd ideologiczne tradycje i używa ich, nie dostrzegając sprzeczności. To otwiera jego projekt na środowiska, które miały kłopot z zaakceptowaniem nie tyle postulatów, ile nieco hermetycznego języka Partii Razem. Jednak „otwieranie się na wyborców” jest zawsze łatwiejsze niż znajdowanie nowych, wiarygodnych liderów. A znajdowanie liderów jest zawsze łatwiejsze niż zarządzanie ich energią w trakcie kampanii, nie mówiąc już o rządzeniu.

Przecież Donald Tusk musiał sobie wiele razy zadawać pytanie o to, czy Jan Rokita jest dla formacji większym atutem czy kłopotem. Wiemy, którą odpowiedź wybrał. Podobnie jak Kaczyński w relacjach z Dornem. Biedroń ten aspekt w swojej książce pomija. Pisze o współpracownikach ze Słupska z tym samym entuzjazmem, z jakim mówili o sobie przed rokiem 2005 liderzy projektowanego PO-PiS-u. Zanim wzięli na siebie to mordercze zajęcie, jakim było kierowanie partią w warunkach ostrego, brutalnego konfliktu.

Zmiana, której potrzebujemy

„Zmiana może być naszą wielką wspólną przygodą” – pisze Biedroń. To prawda, zwłaszcza jeżeli zmianę potraktujemy nie jako to, co można zrobić po dojściu do władzy, ale jako presję, wywieraną na politykę rządu i wielkich partii niejako z zewnątrz. W projekcie Biedronia mieści się także wywieranie wpływu na media i instytucje niepoddane politycznej kontroli. „Nowy rozdział” formułuje bowiem cele – związane z prawami kobiet, językiem debaty, troską o słabszych, uznaniem mniejszości seksualnych, docenieniem prowincji – których bronić można nie tylko podczas prac nad ustawami czy politykami publicznymi. Biedroń stara się zebrać te postulaty w jakąś polityczną całość, wpisać je w spójną fabułę, ale nie uzależnia ich realizacji od sukcesu partyjnego.

W projekcie Biedronia mieści się także wywieranie wpływu na media i instytucje niepoddane politycznej kontroli

To pewna zaleta perspektywy, którą przyjmuje. Mimo tego, co niektórzy odbierają jako egocentryzm, w jego opowieści nie ma miejsca na wiarę we własny geniusz. Nie ma tego natrętnego opowiadania o wodzu, który wszystko przewidział, zawsze był po uczciwej stronie, reprezentuje lepszą odmianę polskości. Jakkolwiek to zabrzmi, po egocentryzmie polityków pokolenia, które rządzi dziś Polską, które potrafi wyolbrzymiać swoje zasługi i zdolności przewidywania, swoje cnoty i moralną niezłomność – narracja Biedronia przynosi ulgę.

Od lat czytam wyniki wyborów, staram się rozumieć motywy głosowania, usłyszeć w rozmowach to, co może kierować ludźmi, gdy wspierają tę czy inną politykę, tę czy inną partię. Robert Biedroń nie jest dziś kandydatem większości. Także dlatego, że ludzie nie wierzą, że taka polityka jest możliwa. Wolą usłyszeć kolejną obietnicę „zrobimy to dla was”, zamiast jakiegoś abstrakcyjnego „zrobimy to z wami”. Wolą usłyszeć, że za złe rzeczy, z którymi mają do czynienia, odpowiada jakiś konkretny PiS albo PO, jakiś Kaczyński albo Tusk. I że jak się go tylko przegoni, to nam wszystkim będzie lepiej.

Wyjście poza ten schemat jest bardzo trudne. Wymaga porzucenia nawyków myślowych, ale także tego, by na liście wyborczej pojawił się kandydat, który nie jest jakąś zmodyfikowaną wersją znanych nam liderów. Biedroń daje szansę na taką zmianę, nawet wtedy, gdy nie będzie potrafił zbudować silnej, zwycięskiej partii. Nawet wtedy, gdy zawiedzie nas decyzjami personalnymi, błędami taktycznymi, lapsusami w wystąpieniach partyjnych. Polityczni liderzy są zawsze do pewnego stopnia własnością swoich zwolenników. Robią miny groźnych władców, ale to, kim są, zależy od nich samych tylko trochę. W tym sensie, nie wiedząc, co kalkuluje Biedroń jako lider i polityk, mogę powiedzieć, że jest nam – nie tylko tym, którzy na niego zagłosują – potrzebny, bo opowiada o zmianie, która powinna nadejść wraz z wyczerpywaniem się polityki pokolenia, które swoje kariery zaczęło w latach osiemdziesiątych.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, politolog, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Ostatnio opublikował książkę "Rywalizacja polityczna w Polsce" (2013)

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz