Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Kto destabilizuje Bliski Wschód?

Warszawska konferencja bliskowschodnia miała przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa w regionie. Jednak największym destabilizatorem Bliskiego Wschodu nie jest Iran, a… Arabia Saudyjska, którą podjęliśmy z wszystkimi honorami

W bardzo często powtarzanej narracji to Iran jest państwem, które odpowiada za wojny i niepokój na Bliskim Wschodzie. Wspiera rebeliantów walczących w Jemenie, popiera Hezbollah i Hamas, tym samym destabilizując scenę polityczną w Libanie i Palestynie, a także posiada ogromne wpływy polityczne w Iraku. Przez lata starał się wyprodukować broń atomową i dopiero porozumienie z 2015 roku powstrzymało dążenia ajatollahów rządzących w Teheranie od rewolucji 1979 roku. Do tego cały czas rozwija swoją technologię rakietową i ostatnio, ku niezadowoleniu Zachodu, testuje rakiety z pociskami samosterującymi.

Mogłoby się więc wydawać, że to rzeczywiście Iran jest największym zagrożeniem dla pokoju na Bliskim Wschodzie. Tymczasem Teheran wydaje na zbrojenia 4-5 razy mniej niż Arabia Saudyjska, a wydatki te stanowią niecałe 4% jego PKB. W przypadku państwa Saudów jest to między 8% a 11%

Nie od dziś Iran jest dla Zachodu „czarnym charakterem” Bliskiego Wschodu. Co prawda po rewolucji zerwał stosunki z USA, przez co relacje z Izraelem również zostały mocno nadwyrężone, ale aż do początku lat 90. Iran – ze względu na Zimną Wojnę oraz ośmioletni konflikt z Irakiem – funkcjonował w regionie na podobnych prawach jak inne państwa. Problemy zaczęły się w latach 90. Koniec zimnej wojny, a więc wycofanie pomocy Związku Radzieckiego dla państw arabskich oraz I wojna w Zatoce, która zniszczyła potencjał najpotężniejszego wówczas państwa arabskiego, pozostawiły Izrael sam na sam z Iranem. Dla Tel Awiwu, który zawsze wojował z państwami sunnickimi, była to sytuacja nowa. Strategiczna próżnia, którą pozostawiła zapaść Iraku, szybko musiała zostać zapełniona – Iran, jako kolejne potencjalne mocarstwo, stał się wrogiem numer jeden. Począwszy od 1993 roku Izrael prowadził więc zdecydowaną kampanię antyirańską, a w jego ślady poszły Stany Zjednoczone. Administracja Clintona szybko przyjęła doktrynę podwójnego powstrzymywania (Iraku i Iranu) opracowaną przez Martina Indyka, nałożyła na Iran sankcje i de facto odcięła państwo ajatollahów od świata zachodniego. Od tego czasu w relacjach Iranu z USA mamy do czynienia ze stanem, który badacz polityki irańskiej Trita Parsi bardzo celnie nazywa „zinstytucjonalizowaną wrogością”.

W tych okolicznościach nie powinno dziwić, że Iran zaczął zabiegać o pozyskanie broni atomowej, a także uciekać się do wsparcia dla religijnie i ideologicznie bliskich sobie grup. Jako państwo wykluczone z regionalnego układu sił, czuł, że wybór opcji atomowej będzie najpewniejszym sposobem na przetrwanie wśród państw mu wrogich, a w najlepszym razie nieprzyjaznych.

Ostry kurs MBS

Mogłoby się więc wydawać, że to rzeczywiście Iran jest największym zagrożeniem dla pokoju na Bliskim Wschodzie. Tymczasem Teheran wydaje na zbrojenia 4-5 razy mniej niż Arabia Saudyjska, a wydatki te stanowią niecałe 4% jego PKB. W przypadku państwa Saudów jest to między 8% a 11%. Arabia podpisała niedawno ogromny kontrakt na zakup uzbrojenia od Stanów Zjednoczonych i cieszy się wsparciem Ligi Państw Arabskich, a przede wszystkim ponadprzeciętnie zmilitaryzowanych Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Kwitnie również współpraca między Rijadem a Tel Awiwem, szczególnie w kwestiach wywiadowczych. Iran nie może równać się potęgą militarną z całą koalicją państw, przez które jest okrążony. Nawet jeżeli chciałby poważnie zdestabilizować region, to jest na to po prostu zbyt słaby.

Co innego Arabia Saudyjska. Państwo, w którym panuje wiekowy Salman al-Saud, ale władzę de facto sprawuje 33-letni Muhammad bin Salman (MBS), mocno rozpycha się w ostatnich latach na Bliskim Wschodzie. Po przejęciu kontroli nad aparatem państwowym niemal dwa lata temu, młody władca zdążył już nie tylko ogłosić plany modernizacji królestwa na niespotykaną skalę, ale też mocno zaostrzyć kurs w polityce zagranicznej. Cel jest jeden: pokonanie Iranu w rywalizacji o regionalny prymat.

A że może liczyć na niemal bezwarunkowe poparcie administracji prezydenta Trumpa, zaplecze w postaci wojsk ZEA oraz współpracy z Izraelem, Salman w środkach nie przebiera i swoją pozycję wykorzystuje do przechylenia równowagi sił w regionie na korzyść swojego państwa.

Nieprzewidywalny Rijad

Najbardziej jaskrawym tego przykładem są zabiegi o posiadanie broni atomowej. W sytuacji, gdy o to samo starał się Iran, działania te były zrozumiałe. Jednak po wejściu w życie porozumienia, które pozbawiało Teheran możliwości wyprodukowania własnej broni atomowej, Rijad w wysiłkach nie ustał. Wręcz przeciwnie. Zdaniem autorów raportu jednej z komisji amerykańskiej Izby Reprezentantów, w Białym Domu regularnie poruszany jest temat sprzedaży do Arabii Saudyjskiej technologii nuklearnej. Pomysł naturalnie nie wyszedł z Waszyngtonu, bowiem Saudowie od dawna sondowali taką możliwość. Teraz jednak, gdy Mohammad Bin Salman utrzymuje bardzo bliskie relacje (również biznesowe) z zięciem Trumpa, Jaredem Kushnerem, nie powinno dziwić, że temat atomu pojawia się często w agendzie dwustronnych stosunków. Nieprzypadkowa jest również niedawna wizyta Salmana w Pakistanie, który jest państwem atomowym i w przeszłości chętnie dzielił się technologią nuklearną z Koreą Północną, Libią czy… Iranem.

Nie trzeba dodawać, że w sytuacji gdy Iran przestrzega porozumienia z 2015 roku, zdobycie przez Arabię atomu zachwiałoby równowagę w regionie i zmusiłoby Iran do wypowiedzenia dokumentu.

Warto przypomnieć, że to nie Iran montuje koalicję antysaudyjską, tylko Arabia Saudyjska koalicję antyirańską

Salman robi też wszystko, aby postrzegać go jako mało racjonalnego polityka. W październiku ubiegłego roku z jego rozkazu na terenie konsulatu saudyjskiego w Stambule został zamordowany dziennikarz Dżamal Chaszukdżi, który często krytykował rodzinę królewską. Sprawa wywołała wielki skandal dyplomatyczny, z inwestycji w Arabii zaczęły się wycofywać kolejne zachodnie przedsiębiorstwa, a relacje Rijadu z Ankarą znacząco się pogorszyły. Partnerzy Rijadu zorientowali się, że młody władca jest porywczy, bywa nieprzewidywalny i pod wpływem impulsu jest w stanie wywołać poważny kryzys.

Koalicja antyirańska

Bardziej racjonalne, choć równie nieskuteczne działania Salman podjął w czerwcu 2017 roku, kiedy doprowadził do blokady Kataru. Rządzący nim emirowie zostali oskarżeni o wspieranie terroryzmu, Iranu oraz Bractwa Muzułmańskiego. Zarzut ten brzmi dość groteskowo, gdy weźmie się pod uwagę, że to właśnie Arabia Saudyjska posiada największe zasługi w rozwoju międzynarodowego terroryzmu. Rijad aktywnie promuje ideologię, z którą utożsamiają się Al-Kaida czy Państwo Islamskie i niewiele robi, aby zablokować pieniądze, które wartkim strumieniem płyną do Pakistanu, Jemenu, Afganistanu czy Iraku i są wykorzystywane do finansowania działalności organizacji terrorystycznych. Oskarżanie Iranu i jego sojuszników – na przykład Kataru – o wspieranie terroryzmu jest oczywiście zasadne, ale należy pamiętać, że oskarżenia te kieruje państwo nieproporcjonalnie bardziej na tym polu „zasłużone”.

W końcu warto przypomnieć, że to nie Iran montuje koalicję antysaudyjską, tylko Arabia Saudyjska koalicję antyirańską. Wspierając Hamas, Hezbollah czy lokalne siły w Iraku, Iran używa metod państwa słabego, którego nie stać finansowo ani militarnie, aby postawić na swoim. Arabia ma zaś do dyspozycji wielomiliardowy budżet obronny, zasobnych i po zęby uzbrojonych sojuszników oraz o wiele większą gospodarkę. Może w regionie robić co tylko chce, i w pełni możliwość tę wykorzystuje ze szkodą dla stabilności i przewidywalności wypadków w regionie.

Jeżeli więc sądziliśmy organizując konferencję bliskowschodnią, że przyczyniamy się do pokoju i stabilności, należy jasno powiedzieć, że stanęliśmy po stronie silniejszego, aby kopnąć leżącego. A przecież doskonale powinniśmy wiedzieć, że z trzymania pod butem przeciwnika ważnego dla regionalnej równowagi sił nigdy nie może nic dobrego wyniknąć. W stulecie konferencji wersalskiej pokazaliśmy jednak, że tej ważnej lekcji nie odrobiliśmy.

fot: Kancelaria Prezydenta

absolwent stosunków międzynarodowych na Univeristy of Birmingham. Zajmuje się teoriami stosunków międzynarodowych i polityką wielkich mocarstw.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Kto destabilizuje Bliski Wschód?”

  1. Szostak pisze:

    Prawdę powiedziawszy, to tekst nie nakreśla jednej ważnej perspektywy – status quo. Różne rzeczy można mówić o Arabii Saudyjskiej, ale ona generalnie broni reżimów wojskowych lub parawojskowych, które utrzymują z nią pozytywne relacje. Iran z kolei stara się zmienić status quo, bo jak zostało powiedziane, ten mu nie służy.
    Dodatkowo ważne są jeszcze dwa fakty.
    Jeden, Iran ostatnio mocno urósł ze względu na pozyskanie do bloku antyamerykańskiego Turcji, która próbuje obrócić się na Chiny, które ściśle współpracują z Iranem.
    Dwa, saudyjskie siły zbrojne zostały negatywnie zweryfikowane przez wojnę w Jemenie. Bardzo słabo wyposażeni partyzanci bez poważnego zaplecza czy przeszkolenia zadali mocne straty Saudyjskiej armii i pokazali, że ich generałowie są bardzo słabi w warunkach realnego konfliktu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz