Kadencja wewnętrznych przemian

Upływająca kadencja Parlamentu Europejskiego była czasem przemian tożsamości europejskich elit. Zmieniło się ich podejście do eurosceptyków i migracji

Gdybym miał określić jednym zdaniem kadencję Parlamentu Europejskiego w latach 2014-2019, określiłbym ją kadencją wewnętrznych przemian. Był to bowiem okres ważny dla tożsamości elit politycznych UE, przede wszystkich elit kontynentalnych, które od wielu lat przyglądają się Europie z punktu widzenia Brukseli i procesu integracji europejskiej. Ich nastawienie wobec spraw wewnętrznych Unii (postrzeganie praworządności, interpretacja wartości unijnych zapisanych w Traktatach, granica między tym co wewnątrzkrajowe, a tym, co unijne), spraw zewnętrznych (agresywna i imperialna polityka Putina, wojna na Ukrainie, nowy prezydent USA o kontrowersyjnych poglądach na UE, działania Chin wobec Europy) zmieniało się w tej kadencji kilkukrotnie. Europosłowie we wszystkich tych procesach uczestniczyli i byli często wyrazicielami tych zmian. Nie pod wpływem głębokiej autorefleksji, ale pod wpływem dotkliwych zdarzeń na świecie i w Europie.

Donald Tusk wygłosił przemówienie, gdzie argumentował, że „między wizją Angeli a wizją Viktora” jest możliwe porozumienie

Eurosceptycyzm już nie jest populizmem?

Najlepszym być może przykładem na to jest zimny prysznic od Brytyjczyków. Niewyobrażalne stało się możliwe: duży i bogaty kraj europejski nie chce być dłużej częścią UE, choć podpisał wcześniej Traktaty i przeprowadza procedurę wyjścia, która jest nie do podważenia na gruncie prawnym i politycznym. Nie da się dłużej udawać, że wszystko w Unii jest super, a krytyka obecnego stanu to tylko populistyczne pomysły politycznych frustratów.

Najbardziej wpływowi europosłowie tej kadencji i „europoselskie masy” zmieniały więc zdanie i podejście w kilku ważnych sferach. Pierwszym tego przykładem jest podejście do eurosceptycyzmu.  W sierpniu 2014 r. eurosceptycy wciąż byli traktowani wyłącznie jak zło konieczne i polityczni populiści. Wydaje mi się, że u progu 2019 r. największe partie widzą lepiej potrzebę wewnętrznej reformy. W warstwie języka, używanego w debacie unijnej, zmiana ta nie zawsze jest widoczna, w tej sferze nie ma w polityce europejskiej miejsca na jednoznaczne przyznanie się do winy. Tu zasada „zachowania twarzy” jest święta. Mówi się więc nadal o właściwych decyzjach i dobrych rozwiązaniach, ale w praktyce przyjmuje się zmienioną wersję zdarzeń lub decyzji.

Politycznymi zwycięzcami tej kadencji są moim zdaniem Antonio Tajani i po części Nigel Farage, a na pewno Michel Barnier

Bez wątpienia do tej zmiany przyczynił się wynik referendum „wyjściowego” w Wielkiej Brytanii. Niektórzy chcą na ten przełomowy moment patrzeć jako na wielki sukces eurosceptyków a la Nigel Farage. Do pewnego stopnia należy to uznać, ale moim zdaniem teoria, że od lat wyśmiewani eurosceptycy z mniejszych frakcji wreszcie pokazali europejskiemu mainstreamowi, na czym polega ich siła, i utarli im nosa, jest lekko przesadzona. Bliżej mi do prostej prawdy, w myśl której siłą przeciwników integracji europejskich jest kryzys partii głównego nurtu i utrata przez nie zasadniczych komponentów tożsamości. W przypadku Farage’a decydujący był kryzys torysów i ich sposób przywództwa nad Wielką Brytanią. I to właśnie dotarło do głów dużej części unijnych elit. Nawoływanie do reformy dużych partii może wynikać z troski o stan UE. Antyelitarna międzynarodówka w typie Donalda Trumpa i Marine LePen będzie znaczyć mniej, jeśli duże partie chadeckie, socjalistyczne czy liberalne będą zdolne do zmian wewnętrznych w duchu odpowiedzialności za Unię Europejską na miarę aktualnych wyzwań.

Okołomigracyjny zwrot przez rufę

Drugim przykładem wewnętrznej zmiany jest zwrot w stronę realizmu polityki migracyjnej w Europejskiej Partii Ludowej (EPL): od decyzji Rady UE z września 2015 r. o przymusowej relokacji uchodźców pomiędzy wszystkie kraje członkowskie (rząd Ewy Kopacz poparł tę decyzję, ale już nowy rząd PiS w pierwszych słowach po wyborach oprotestował ją i zapowiedział jej niewykonywanie) aż do „wyczerpania się tej decyzji” i de facto odejścia od niej w roku 2018. Europosłowie największych frakcji początkowo bardzo popierali linię objętą przez Radę i Komisję w 2015 roku, a posłanki Metsola (EPL, Malta) i Kyenge (Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów, Włochy) w komisji Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych przygotowały obszerny raport nt. „całościowego podejścia UE do problematyki migracji”. Naturalnie ze strony frakcji najbardziej eurosceptycznych płynęły głównie głosy krytyczne, ale już wśród Europejskich Konserwatystów i Reformatorów odpowiedzialną za ten dokument była dość progresywna społecznie polityk Helga Stevens z Belgii. Raport popierał oczywiście decyzje o relokacji i przyjęto go w stosunku 459 głosów za i 206 przeciw.

Potem nastąpiło wiele politycznych i emocjonalnych szantaży, opór państw Grupy Wyszehradzkiej, trudne doświadczenia innych krajów, które zdecydowały się podjąć próbę wykonania decyzji z 2015 r. Wątpię, czy w drugiej połowie 2018 roku wielu europosłów w rozmowach prywatnych byłoby gotowych równie entuzjastycznie co w 2015 roku bronić decyzji pierwotnej. A przynajmniej ja ich nie znajduję. I nie chodzi mi tutaj o wałkowany nie tylko w polskiej, ale głównie niemieckiej debacie publicznej spór o to, kto miał rację i emocjonalne tezy o tym, kto i co ściąga na Europę daną postawą. Chodzi mi proces wewnętrznej przemiany. Duża część elity, zorientowawszy się, że nie ma racji powoli zaczęła odchodzić od pierwotnej decyzji. W EPL, gdzie ogromny wpływ Angeli Merkel jako szefowej CDU i kanclerz Niemiec początkowo wyznaczył oficjalne stanowisko „otwartych drzwi”, już kilka miesięcy później powołano grupę roboczą pod przewodnictwem szefa partii Josepha Daula.  W ramach jej prac stworzono dokument, przyjęty na kongresie Europejskiej Partii Ludowej w 2017 r., w którym zawarto wiele z postulatów… Viktora Orbána (oprócz tego, że jest on premierem Węgier, jest też szefem partii – członka EPL). Wewnętrzną debatę w dużych partiach często pomija się w analizie życia publicznego, a to ważna składowa efektów końcowych. Co znamienne, na tymże kongresie Donald Tusk wygłosił przemówienie, gdzie argumentował, że „między wizją Angeli a wizją Viktora” jest możliwe porozumienie.

Innym przykładem – wyznacznikiem różnej atmosfery pierwszej i drugiej połowy kadencji – może być dyrektywa o domniemaniu niewinności. Bardzo łagodny w swojej wymowie raport, który kładł nacisk na silne prawa jednostki, na obronę oskarżonych i ich dobrego imienia przed wydaniem prawomocnego wyroku, został przyjęty na sesji plenarnej w Strasburgu w styczniu 2016 roku. Dwa miesiące później zdarzyły się zamachy terrorystyczne w Brukseli, które nazwałbym – oczywiście z pewną rezerwą – momentem przełomowym tej kadencji. Nie tylko dały one naturalne poczucie wspólnoty wszystkim pracującym w Brukseli politykom i urzędnikom, ale także uzmysłowiły elicie unijnej realne zagrożenie. Po atakach mniej było propozycji w stylu „domniemania niewinności” a w zamian szybko odblokowano przez miesiące czekającą na wyjście z impasu dyrektywę antyterrorystyczną, pogłębiającą integrację w dziedzinie bezpieczeństwa i systemów sprawiedliwości. Moi rozmówcy z Rady UE również potwierdzają wyraźny zwrot w stronę realizmu w tej instytucji począwszy od wiosny 2016 r.

Wśród osobistych porażek tych pięciu lat wymieniłbym Martina Schulza i – generalnie – socjalistów

Kto zyskał osobiście w polityce europejskiej?

Politycznymi zwycięzcami tej kadencji są moim zdaniem Antonio Tajani i po części Nigel Farage, a na pewno Michel Barnier. Tajani został przewodniczącym PE pomimo braku poparcia socjalistów, drugiej największej frakcji tej kadencji. W czasach trudnych dla włoskiej polityki ma wysokie notowania wewnątrz UE. A to prawdziwy weteran polityki europejskiej i wie o niej dużo. Dwukrotnie pełnił funkcję komisarza, europosłem jest od 1994 r., z przerwami właśnie na obecność w Komisji Europejskiej. Reprezentuje więc klasyczny mainstream europejski. Jeśli duże partie europejskie mają dokonać jakiejś reformy wewnętrznej, to duża w tym rola Tajaniego.

Z kolei Farage tuż po Brexicie oddał władzę nad partią UKIP, pozostając przewodniczącym frakcji parlamentarnej „Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej”. W Brukseli widywany jest coraz rzadziej, a jego rola w Brexicie jest moim zdaniem przeceniana, ale jednak trzeba uznać, że osiągnął zasadniczy cel swojej agendy i sprowadził torysów do rogu zarówno na podwórku krajowym, jak i europejskim, sprawiając, że realizują oni dużą część jego postulatów.

Bezwzględnym zwycięzcą „brukselskiego rynku medialnego” jest „Politico”. Gdy kadencja ruszała w 2014 r. tego tytułu nie było na europejskim rynku. Pojawił się kilkanaście miesięcy później i szybko zawojował cały rynek

Z pewnością zwycięzcą osobistym drugiej połowy kadencji jest też Michel Barnier, który prowadząc negocjacje brexitowe w imieniu Unii zbierał głównie pochwały. Angela Merkel nazwała wynegocjowaną przez niego umowę „dyplomatycznym dziełem sztuki” – oczywiście jeśli spojrzymy na ten dokument z perspektywy UE-27. Jako współtwórca nowej konstrukcji UE bez Wielkiej Brytanii, Barnier miałby duże szanse na to by zostać kolejnym szefem Komisji Europejskiej, o czym mówi się dużo na brukselskich korytarzach.

Kto osobiście stracił?

Wśród osobistych porażek tych pięciu lat wymieniłbym Martina Schulza i – generalnie – socjalistów. Schulz święcił triumfy w pierwszej połowie kadencji, pretendując do roli lidera progresywnej Europy w sporze z „trudnymi” rządami, takimi jak węgierski i polski, a potem do roli lidera zmian w ogóle. Gdy chadecy uparli się, że nie może być on po raz trzeci wybrany na przewodniczącego PE, wrócił do Niemiec, gdzie po błyskotliwym zwycięstwie w wyborach partyjnych (100 proc. głosów za jego przywództwem) przegrał pojedynek narodowy z CDU, a SPD zaliczyło najsłabszy wynik w historii. Grupa Socjalistów i Demokratów w ogóle zdaje się przeżywać kryzys, związany także z opuszczeniem ich szeregów przez brytyjskich laburzystów. To aż 20 posłów w tej kadencji.

Moim zaskoczeniem był Guy Verhofstadt, „rozczochrany Belg”, jak nazwał go polski Internet po słynnej debacie z premier Szydło na temat sytuacji w Polsce. Jego tyrady na temat wąskiej Unii, w której „Brexit może być szansą” na ściślejszą integrację wewnątrz kontynentu, są być może traktowane z dystansem, ale to bardzo sprawny gracz, jeśli chodzi o parlamentarne układanki. Mając dużo gorszą pozycję negocjacyjną niż Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, wypracował dla swojej frakcji – Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy – więcej stanowisk w drugiej połowie kadencji w zamian za poparcie Tajaniego w glosowaniu na przewodniczącego. Jako członek komisji konstytucyjnej był od początku zwolennikiem rozwiązań federalnych, ale nie uczestniczył regularnie w pracach. Gdy pojawił się Brexit, szybko zyskał dla siebie nominację na koordynatora rozmów z ramienia całego PE, wyprzedzając tym samym pozycję samej komisji konstytucyjnej. Potem brylował na posiedzeniach konstytucyjnych, zdając relacje z rozmów wszystkim pozostałym członkom. Nie chcę napisać, że podziwiam jego sprawność, bo nie o podziw tu chodzi, ale o stwierdzenie faktu, że w zbliżającej się rozgrywce o przywództwo w europejskiej rodzinie liberalnej nie będzie on łatwym przeciwnikiem dla holenderskiego premiera Marka Ruttego, czy francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona.

Politico królem mediów

Bezwzględnym zwycięzcą „brukselskiego rynku medialnego” jest „Politico”. Gdy kadencja ruszała w 2014 r. tego tytułu nie było na europejskim rynku. Pojawił się kilkanaście miesięcy później i szybko zawojował cały rynek, stając się najbardziej opiniotwórczym tygodnikiem w brukselskich kręgach politycznych. Wydawane wcześniej „New Europe”, „Euractive” czy inne tytuły nadal zachowały swoje nisze, ale to z „Politico” liczą się oficerowie prasowi grup politycznych i dziennikarze szukający ogólnoeuropejskich tematów. Naturalnie, życie korespondentów politycznych w Brukseli skupia się na ich rodzimych redakcjach, a medialny rynek ogólnoeuropejski to nadal twór sztuczny. Odbiorcy mediów z Hamburga, Krakowa czy Lublany, ale także z powiatów dolnośląskich i bawarskich, wolą pozostawać w swoich lokalnych i krajowych bańkach medialnych niż sięgać po pracę dziennikarzy ogólnoeuropejskich nadawców. Wpływowy i dobrze poinformowany pozostaje „Financial Times” oraz „The Economist”, ale obie te redakcje funkcjonują w innej logice.

Teza, wedle której kilkunastu wpływowych polityków, biznesmenów czy ludzi show-biznesu decyduje w zaplanowany i skoordynowany sposób o tym, co ma się wydarzyć w Unii Europejskiej po prostu nie broni się w zderzeniu z rzeczywistością

Ta kadencja ośmieszyła według mnie europejskie teorie spiskowe i teorie skrajnie eurosceptyczne. Nie to, żebym kiedykolwiek bardzo w nie wierzył, a jednak wiele młodych osób w Polsce uderza w te tony, gdy rozmawia się z nimi o UE. Także wielu wyborców PiS-u posługuje się stereotypami rodem z teorii spiskowych. Tymczasem teza, wedle której kilkunastu wpływowych polityków, biznesmenów czy ludzi show-biznesu decyduje w zaplanowany i skoordynowany sposób o tym, co ma się wydarzyć w Unii Europejskiej, po prostu nie broni się w zderzeniu z rzeczywistością, którą obserwuję. Wręcz przeciwnie, te lata potwierdzają tezę, że silna presja na instytucje unijne i polityków europejskich ma sens, a politycy zarządzający instytucjami europejskimi są podatni na procesy zachodzące w Europie. Walka o elastyczną i transparentną UE trwa, i Polska nadal ma szansę odegrać w niej pozytywną rolę. Chciałbym wierzyć, że reforma partii głównego nurtu jest możliwa, tak aby nie dawały one więcej amunicji przeciwnikom Unii Europejskiej. Na taką reformę, niezależnie od osobiście wyznawanych poglądów, powinni liczyć wszyscy zwolennicy Unii solidarnej i dużej, i przeciwnicy Unii wąskiej i hermetycznej.

 

Stały współpracownik Nowej Konfederacji. Politolog i organizator, na co dzień pracuje w Parlamencie Europejskim w Brukseli. Ukończył studia politologiczne na Uniwersytecie Wrocławskim i Wolnym Uniwersytecie w Brukseli (ULB). Szef zespołu Europosła Kazimierza M. Ujazdowskiego i W-ce Prezes Zarządu wrocławskiej Fundacji „Młoda Rzeczpospolita”, członek Zarządu European Christian Political Youth

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Kadencja wewnętrznych przemian”

  1. Jakub pisze:

    Świetny artykuł. Fajnie byłoby, gdyby kiedyś udało się jeszcze kwestię szczególnie z ostatniego akapitu na łamach NK rozwinąć, bo polska debata publiczna niezmiernie potrzebuje rozsądnych głosów, jak faktycznie działa Bruksela.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz