Newsletter

Geopolityzm Jacka Bartosiaka

Jacek Bartosiak swoją „Rzeczpospolitą” udowodnił, że jest myślicielem, zasługującym na własny „-izm”. Jego „geopolityzm” opiera się na zreinterpretowanej geopolityce klasycznej połączonej ze światopoglądem militarystów amerykańskich i polską tradycją mesjanistyczną

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

„Rzeczpospolitą między lądem a morzem” Bartosiaka przeczytałem późno, długo po wybuchu geopolitycznej debaty. Kierując się logiką sporu, powinienem książkę tę skrytykować (i to z góry w dół). Byłoby to dość proste. Wystarczyłoby zastosować wobec „Rzeczypospolitej” kryteria naukowe. Wtedy trzeba by być bezlitosnym.

Jak tak dalej pójdzie, to okaże się, że Kopernik był(a) geopolitykiem. I Maria Skłodowska-Curie też

Redakcja często spała

Po pierwsze, książkę można by połajać za błędy faktograficzne. Przykładowo opisywana przez Bartosiaka percepcja oczami „geostratega późnego średniowiecza” (cóż za nazwa!) nie mogła prowadzić przez Kalkutę (str. 117), bo Kalkutę założono pod koniec XVII w., a ważna stała się dopiero w połowie XVIII w. Piotr I ani Katarzyna II nie mogli marzyć o podboju Brytyjskiego Raju (str. 235), bo Raj ów powstał w 1858 r. Wspomniany Piotr I nie napisał swojego „testamentu”, jak twierdzi Autor (str. 230) – owa Piotrowa „ostatnia wola” to sławna fałszywka z XIX w. Rosja nie próbowała opanować Chin w 1717 r. (str. 233) – w tym roku zmarł poseł rosyjski w Pekinie, archimandryta Iłłarion, i tyle (nowe poselstwo wysłano w 1721, do wojny doszło niecałe 150 lat później).

Po drugie, krytycznie należałoby ocenić wkładanie innym w usta swoich poglądów. Wątpię, czy amerykański sinolog Lattimore w pracy z 1940 r., wspominał o interwencji ZSRR na Węgrzech w 1956 r. i w Czechosłowacji w 1968 r. (str. 254). Janet Abu-Lughod w swojej książce o epoce mongolskiej raczej nie stawiała tez o tym, że Polska nie wzięła udziału w morskich odkryciach na Atlantyku (str. 471). Indyjski intelektualista Panikkar w monografii z 1953 r. chyba nie wspominał o tym, że USA mogłyby pomóc ogłoszonemu w 2013 r. Nowemu Jedwabnemu Szlakowi ekspertyzami bankowymi (str. 473). Zaś szwedzki dziennikarz Bertil Lintner słowem się nie zająknął o „pułapce Kindlebergera” (str. 405), gdyż pisał o relacjach birmańsko-północnokoreańskich.

Bartosiak omawia krytycyzm wobec geopolityki, przywołując krytykę lewicową i liberalną. I… tyle. Nic więcej! Nie ma słowa o akademickiej critical geopolitics

Część z tych błędów to chyba konsekwencja wybrania przez Bartosiaka wydawnictwa, które prawdopodobnie nie zapewniło recenzenta i nie sprawdziło tekstu (każdy autor wielu rzeczy nie widzi i od tego ma wydawnictwo, by takie błędy wychwytywało). Tymczasem tu redakcja często chyba spała: w książce można znaleźć takie kwiatki jak to, że pokonanie Napoleona przez Rosję występuje przed rozbiorami Rzeczypospolitej (str. 223), zaś pucz Janajewa – po upadku ZSRR (str. 225). Czuję wreszcie bezradność intelektualną, widząc, jak geopolitycy przywłaszczają sobie takie postaci jak: starożytni historycy Herodot i Tukidydes (str. 54), Braudel (i inni historycy ze społecznej szkoły Annales, str. 564), neomarksista Wallerstein (str. 610-613), Stańczycy (str. 575), a nawet Dostojewski (str. 333). Jak tak dalej pójdzie, to okaże się, że Kopernik był(a) geopolitykiem. I Maria Skłodowska-Curie też.

Mógłbym tak długo: w książce jest masa tego typu mniejszych bądź większych potknięć (to, co tu wypisałem, to jedynie wycinek). Postanowiłem się jednak wznieść ponad własną recenzyjną małostkowość i nie tworzyć kolejnej „tabelki geopolitycznej”. Raz, że byłoby to niesprawiedliwe dla autora, który włożył w jej napisanie duży trud. A dwa, że mijałoby się to z celem. „Rzeczpospolita” to nie jest bowiem książka naukowa (choć na pierwszy rzut oka sprawia takie wrażenie i mniej wyrobieni czytelnicy mogą ją za taką uznać), nie należy więc od niej wymagać standardów akademickich. „Rzeczpospolita” to manifest myśli politycznej Bartosiaka.

Dobro ponad prawdą

Zrozumienie tego, jak czytać „Rzeczpospolitą” – podkreślam, w recenzji tej omawiam tylko i wyłącznie tę książkę, nie zaś inną aktywność intelektualną mecenasa – ma fundamentalne znaczenie. Traktując tę książkę jako naukową, wymagalibyśmy od niej próby obiektywnego opisu rzeczywistości: wszak rolą badaczy jest, przepraszam za patos, próba dojścia do prawdy o polityce. Celem teoretyków i praktyków polityki jest natomiast zmiana rzeczywistości na lepsze. Słowem, przywołując tradycyjny arystotelesowski podział, celem nauki jest prawda, polityki – dobro.

To, że Bartosiak w „Rzeczypospolitej” dąży do dobra, a nie do prawdy, stało się dla mnie oczywiste od samego początku. Widać to w licznych przykładach, ale z uwagi na ograniczenia długości recenzji podam tylko zasadnicze. W rozdziale pierwszym (podrozdział 2, str. 54-56) Bartosiak omawia krytycyzm wobec geopolityki, przywołując krytykę lewicową i liberalną. I… tyle. Nic więcej! Nie ma słowa o akademickiej critical geopolitics! Tak sztandarowe nazwiska dla współczesnej geopolityki, jak Gerard Toal (Gearóid Ó Tuathail), Simon Dalby, czy Paul Routledge, nie pojawiają się w pracy ani razu. Gdyby Bartosiak pisał tę książkę z zachowaniem standardów badawczych, to musiałby przytoczyć i omówić krytyków geopolityki, zarówno z paradygmatu realistycznego, jak i konstruktywistycznego, i dopiero odrzucić ich poglądy. Tymczasem wskazując oponentów przedstawił jedynie dwa najprostsze stanowiska, dorzucił do tego informację, że propaganda radziecka i peerelowska odrzucały geopolitykę, a całość krytyki pod adresem determinizmu geopolitycznego zakończył hasłem: „czytelnikom pozostawiam ocenę, czy jest to narzędzie tępe” (str. 51) W akademii taki brak kwerendy połączony z autorytarnym dictum byłby dla badacza kompromitujący. Za to takie zagranie idealnie nadaje się na wiec z wyznawcami, pełni bowiem funkcję mobilizującą.

Albo Bartosiak nie wie, że prezentuje – dawno sfalsyfikowane – poglądy pozytywizmu à la Comte z połowy XIX w., albo właśnie odwrotnie: wie, ale mimo wszystko je głosi

Po drugie, klasyczna geopolityka opierała się na dwóch podstawowych założeniach: geograficznym determinizmie i obiektywizacji geografii, które zostały poddane krytyce i sfalsyfikowane w połowie XX wieku. Od tego momentu geopolityka albo szła drogą realizmu albo konstruktywizmu. W tym drugim przypadku doprowadziło to do m.in. geopolityki feministycznej czy geopolityki LGBT, które niezmiennie polecam wszystkich miłośnikom geopolityki w Polsce: stosując ulubiony chwyt erystyczny moich oponentów, geopolityka LGBT jest badana w najważniejszych ośrodkach akademickich Zachodu  i wydawana w najbardziej prestiżowych wydawnictwach, podobnie jak geopolityka feministyczna.

Tyle współczesnego stanu badań. A jak to wygląda u Bartosiaka? Niby to głosi on, że odrzuca dwa pierwotne założenia geopolityki klasycznej (str. 54-56), ale uważny czytelnik szybko dojdzie do wniosku, że jest to z jego strony „ostrożność procesowa”. Tak naprawdę Bartosiak jest zanurzony w geopolityce klasycznej z początków XX w. Świadczą o tym chociażby takie sformułowania jak: „niezmienna geografia” (str. 44 i 403), „grawitacyjna konieczność” (str. 237), „odwieczna, naturalna dynamika” (str. 252), „odwieczne zasady geopolityczne” (str. 268), „wieczna geografia” (str. 42), „geografia stawia niezmienne wyzwania” (str. 403), „geografia przesądza” (str. 494), „nieubłagana cecha mas lądowych” (str. 283), zaś podstawowe siły w stosunkach międzynarodowych działają według autora „niczym prawa fizyki” (str. 125). Geografia wreszcie, za Mackinderem, „jest winowajczynią tego, że pokój nie może być trwały” (str. 199). Mało tego, Bartosiak idzie krok dalej i expressis verbis mówi, że nie tylko geografia, ale i geopolityka jest obiektywna (str. 38 i 39 oraz pokrewnie na str. 31 i 66).

Zwietrzałe poglądy

Wobec takich tez są tylko dwie możliwości: albo Bartosiak nie wie, że prezentuje – dawno sfalsyfikowane – poglądy pozytywizmu à la Comte z połowy XIX w., albo właśnie odwrotnie: wie, ale mimo wszystko je głosi. Moim zdaniem pierwsza opcja jest nieprawdopodobna: jako doktor nauk politycznych Bartosiak musi to wiedzieć. I myślę, że doskonale wie, co widać chociażby na str. 110, gdzie opisuje, w jaki sposób ustalono granicę Europy i Azji na Uralu: na skutek politycznych nacisków Rosji (mimo że „naturalna przebiega chyba wzdłuż działu wodnego między dorzeczami Donu i Dniepru a dorzeczem Wołgi”). Ten przykład pokazuje nam podstawowy problem z obiektywizmem geografii: jako nauka przyrodnicza i społeczna geografia ma jednocześnie element przyrodniczy (i ten zasadniczo można uznać za obiektywny), ale ma też społeczny, czyli konstruowany, a więc subiektywny. Nigdy więc nie będzie do końca obiektywna. To geografia, a co dopiero geopolityka na niej nabudowana!

Geografia ma jednocześnie element przyrodniczy (i ten zasadniczo można uznać za obiektywny), ale ma też społeczny, czyli konstruowany, a więc subiektywny. Nigdy więc nie będzie do końca obiektywna

Moim zdaniem Bartosiak ma pełną świadomość, że z punktu widzenia naukowego głosi dawno obalone archaizmy, a jednak to robi. I raczej nie z przyczyn marketingowych (jego przeciwnicy zarzucają mu, że z komiwojażerską umiejętnością sprzedaje produkt przeterminowany o sto lat), lecz dużo głębszych: on chce zmieniać rzeczywistość. Zaś geopolityka klasyczna z jej hasłami o nieuniknioności geografii służy mu do wzbudzenia w swoich zwolennikach przekonania, że oto istnieje klucz do zrozumienia świata polityki. To dla Bartosiaka narzędzie o wielkiej mocy mobilizacyjnej. Dokładnie tak samo jak marksiści ongiś głosili, że ich ideologia „naukowo” już wszystko udowodniła i najmądrzej jest jej słuchać. Ten manewr zamyka Bartosiakowi drzwi akademii, ale otwiera na oścież wrota do wpływu na społeczeństwo.

Z ww. względów uważam, że Bartosiaka nie należy, a wręcz nie wolno traktować jako badacza, lecz trzeba go sklasyfikować jako myśliciela politycznego. „Rzeczpospolita” to książka polityczna, nie naukowa. Takie postawienie sprawy oddaje Bartosiakowi sprawiedliwość jako oryginalnemu i ciekawemu pisarzowi politycznemu, jednocześnie immunizując go na trafne zarzuty środowiska akademickiego. Myśl polityczną Bartosiaka proponuję nazwać „geopolityzmem”: zdefiniowałbym ten -izm jako postrzeganie wszystkich sfer życia politycznego przez nadrzędny pryzmat geopolityki. Za trzy źródła myśli politycznej Bartosiaka uznałbym z kolei: poddaną liftingowi klasyczną geopolitykę, poglądy militarystów amerykańskich i współczesną polską tradycję mesjanistyczną.

Z klasycznej geopolityki Bartosiak wziął geograficzny determinizm i obiektywizację geografii. W pracy obficie czerpie z klasyków („wielkich geopolityków” wg jego słów, str. 326). Od Mackindera począwszy (brytyjski imperialista jest u niego „profetyczny”, jego myślą kierują się przywódcy mocarstw (str. 182), w tym chińscy (str. 190 i 469), ale i tak Amerykanie będą musieli się nad nim pochylić jeszcze raz (str. 470 i 480), gdyż jego tezy są „zabójczo trafne” (str. 194) i „ponadczasowe” (s. 333)), przez Mahana, Spykmana, Kjelléna, na Ratzlu skończywszy (niepokoi mnie używanie koncepcji Lebensraum w sposób neutralny, np. na str. 47, gdzie Bartosiak twierdzi, że „przestrzeń życiowa niezbędna jest do należytego funkcjonowania organizmu państwowego” albo na str. 48, gdzie jej posiadanie to „twarda konieczność”; co ciekawe, autor jest świadom używanych terminów, bo na str. 589 zaznacza, że Lebensraum usprawiedliwiał podbój). Do tego te wszystkie Heartlandy, Rimlandy, lądy, morza i inne podobne „teoryje”. U Bartosiaka klasyczna geopolityka przyjęta bezkrytycznie odżywa w pełni, poddana jedynie delikatnemu liftingowi.

Z geopolityką klasyczną organicznie łączy się u Bartosiaka myśl współczesnych militarystów amerykańskich (rozdział 4, str. 353-424). Bartosiak, afiliowany w waszyngtońskim Potomac Foundation, ma dostęp do kół militarnych w Waszyngtonie, co widać w przypisach. Jest to, podkreślam wyraźnie, wielki atut. Sposób jego użycia wszakże ponownie pokazuje polityczność Bartosiaka. Myśl środowiska militarystów jest przedstawiona, w kolejnym zabiegu mobilizacyjnym, jako stanowisko całego establishmentu amerykańskiego. Gdyby Bartosiak podszedł do sprawy naukowo, to omówiłby wielogłos amerykański odnośnie polityki zagranicznej. Ale on wolał przedstawić akurat tych analityków, którzy zgadzają się z jego tezą, i podsumować to zamykającym dyskusję zdaniem „mocarstwa myślą geopolitycznie” (kolejny ulubiony chwyt erystyczny miłośników geopolityki, prezentujący część jako całość). Tymczasem takie postawienie sprawy to potężna redukcja (myślę, że to właśnie z powodu tego redukcjonizmu Bartosiak wzbudza u amerykanistów szczególną irytację). Wystarczy posprawdzać poglądy amerykańskie na politykę zagraniczną, co może zrobić każdy, szukając na przykład po ośrodkach analitycznych, takich jak Brookings, Carnegie Endowment, Jamestown, Wilson Center, CSIS czy Potomac Foundation (by spróbować oszacować ich wpływ publiczny, można sprawdzić liczbę obserwujących ich osób na Twitterze; nie jest to narzędzie doskonałe, bo nie oddaje wpływu zakulisowego, ale coś nam jednak mówi). Wśród poglądów przez te instytucje głoszonych znalazłyby się tam, owszem, pokrewne Bartosiakowi głosy, ale byłaby też i geopolityka LGBT (i wiele innych). Nie ma w tym nic dziwnego, wszak w pluralistycznym społeczeństwie amerykańskich ścierają się różne głosy. I nie dziwne jest również, że Bartosiak głosi tezy środowiska militarystów, w jakim się obraca: wszak z kim się przystaje, takim się staje. Naturalne, że wojskowi będą mówili o wojnie, tak jak ekonomiści o handlu, a socjolodzy o społeczeństwie. Gdyby wojskowi mówili o pokoju, to straciliby pracę.

Niepokoi mnie używanie koncepcji Lebensraum w sposób neutralny, np. na str. 47, gdzie Bartosiak twierdzi, że „przestrzeń życiowa niezbędna jest do należytego funkcjonowania organizmu państwowego”

Wizje i cojones

Wreszcie ostatnim źródłem myśli politycznej Bartosiaka jest najnowsza polska tradycja mesjanistyczna. Szczególnie inspirujący jest tutaj Tomasz Gabiś, na którego Bartosiak powołuje się często (np. na str. 29), nazywając go wprost „przenikliwym” (str. 59). Warto zapoznać się z nadzwyczajną twórczością Gabisia – nadającą się do badań, choć niekoniecznie politologicznych (na przykład jego wizje walki „diabła wcielonego, wodza demonicznych sil Zła” przeciw „Armiom Zbawienia”) – by zrozumieć do czego to prowadzi. To z tej inspiracji biorą się takie sformułowania Bartosiaka jak „koncentryczne kręgi wtajemniczenia” (str. 9), „odwieczna, naturalna dynamika” (str. 252), „organiczne, nieusuwalne starcie” (str. 282), „wieczna gra o wpływy” (str. 403), „taka cywilizacja jest wieczna” (str. 494) czy „najbardziej wszechogarniający projekt w historii ludzkości” (o Nowym Jedwabnym Szlaku, str. 469), albo przekonanie autora „Rzeczypospolitej”, że Rosjanie „instynktownie pragną dostępu do Oceanu Światowego” (str. 230), a Brytyjczycy – też „instynktownie” nie chcą wiązać się sztywnymi zobowiązaniami (str. 402). Przedstawianie geopolityki jako jakiejś niedostępnej gnozy, wiedzy niemalże tajemnej, skrywanej przed maluczkimi i represjonowanej przez elity, świetnie się sprzedaje wśród części naszych wielbicieli tego nurtu, ogarniętych spiskowym myśleniem o świecie. Ma to jednak swoje konsekwencje: niech się potem geopolitycy nie jeżą, że krytycy zestawiają pisarstwo Bartosiaka ze strumieniami świadomości Tomasza Grygucia, gdyż Gryguć jest logiczną konsekwencją wybrania przez geopolityków gabisiowej drogi. Trzeba uczciwie przyznać, że u Bartosiaka jest tego (znacznie) mniej, ale jednak istnieje. A nie powinno. Jacku Bartosiaku i polska geopolityko! Nie idźcie tą drogą!

Wszystkie te inspiracje tworzą „geopolityzm” – unikatową myśl polityczną Bartosiaka. Czyni go ona jednym z najoryginalniejszych myślicieli politycznych III RP, przynajmniej w wymiarze polityki zagranicznej.  Zgodnie z nią (skracam i spłycam, bo recenzja robi się za długa) geopolityka jest obiektywna, a od polityków wymagamy jej odpowiedniego odczytania. W polskich warunkach będzie to zrozumienie, że konflikt rosyjsko-polski jest nieunikniony, gdyż geografia wymusza rosyjski imperializm. Wojna nas czeka, musimy się więc do niej przygotować. Trzeba również być niezależnymi, bo wiszenie na amerykańskim patronie skończy się prędzej czy później wystawieniem nas do wiatru (krótkofalowo wszakże musimy na USA polegać). Długofalowo czeka nas pojedynek o być albo nie być z Rosją. Tak musi być, bo zachodzi „nieusuwalna konieczność” (str. 495), żebyśmy byli mocarstwem, kontrolującym pomost bałtycko-czarnomorski. W przeciwnym nie będzie nas wcale. Tertium non datur.

Niech się potem geopolitycy nie jeżą, że krytycy zestawiają pisarstwo Bartosiaka ze strumieniami świadomości Tomasza Grygucia, gdyż Gryguć jest logiczną konsekwencją wybrania przez geopolityków gabisiowej drogi

Ponieważ do wojny mamy jeszcze chwilę czasu, powinniśmy się wzmocnić gospodarczo, a przede wszystkim zbudować CPK. To pozwoli nam stworzyć z Rzeczypospolitej potężny ośrodek siły, który ekonomicznie wpływać będzie na pomost bałtycko-czarnomorski (w domyśle – wyrwie go z dominacji rosyjskiej i podporządkuje nam). CPK jest więc chwilowo najważniejszym celem narodowym. Nie wiem, czy Bartosiak, pisząc książkę, wiedział, że zostanie prezesem CPK, czy nastąpiło to potem (co było pierwsze: kura czy jajo), ale po lekturze „Rzeczypospolitej” nie mam najmniejszej wątpliwości: CPK to istota geopolityzmu Bartosiaka. W tym miejscu, niezależnie od mojego krytycznego stosunku do geopolityki, muszę oddać mu honor. Zamieniając się z myśliciela politycznego w polityka, wziął odpowiedzialność za realizację swoich wizji. Mało znam intelektualistów, których byłoby na to stać. Bartosiak naprawdę ma cojones.

Jeśli zbuduje lotnisko, które stanie się wielkim hubem, to osiągnie sukces i dowiedzie, że miał rację. Nie, nie w kwestii „odwiecznych, obiektywnych praw geopolityki”, bo takowe nie istnieją poza wyobraźnią geopolityków. Ale w czymś znacznie ważniejszym: umiejętności poprawy losu Rzeczypospolitej. A tego właśnie oczekujemy od polityków: by zmieniali nasz kraj na lepsze.

Jeśli.