Działania USA w Azji nabierają rozpędu

Rywalizacja Stanów Zjednoczonych z Chinami obejmuje już plany utworzenia nowych baz, ale jest także związana z wycofaniem się z traktatu INF. Bliżej do zimnej wojny czy koncertu mocarstw?

Podczas wysłuchania przed senacką komisją sił zbrojnych, admirał Philip Davidson, szef Dowództwa Indo-Pacyfiku (INDOPACOM) apelował o zwiększenie inwestycji w regionie. Davidson jest uznawany za jednego z „jastrzębi”, i jasno stwierdza, że Chiny stały się głównym zagrożeniem dla amerykańskich interesów, obywateli i sojuszników. W trakcie wysłuchania podkreślał potrzebę opracowania kompleksowej strategii przeciwdziałania wpływom Pekinu w Azji i na Pacyfiku. Admirał nazwał działania Pekinu związane między innymi z Nowym Jedwabnym Szlakiem „kupowaniem wpływów”, a szerokie działania obejmujące współpracę nie tylko wojskową, ale także gospodarczą i społeczną z państwami regionu (whole-nation approach) uznał za konieczność. Wytknął przy tym, że INDOPACOM otrzymuje mniej niż 5% środków przeznaczanych na pomoc wojskową w ramach programu Foreign Military Financing (FMF).

W opinii McCoya Korea Południowa jest dostatecznie silna, by samodzielnie poradzić sobie z Koreą Północną, a w obecnej konfiguracji geopolitycznej Półwysep Koreański traci na znaczeniu

Admirał Davidson poinformował też komisję, że są już prowadzone rozmowy z sojusznikami w sprawie zwiększenia amerykańskiej obecności wojskowej w Azji. INDOPACOM zwraca tutaj szczególną uwagę na Morze Południowochińskie. W grę wchodzi nawet założenie baz w pobliżu spornego obszaru.  Biorąc pod uwagę to, że Chinom bardzo zależy na kontroli nad akwenem, byłby to bardzo mocny sygnał. Davidson jasno dał do zrozumienia, że rejsy pojedynczych okrętów w ramach FONOP zupełnie się nie sprawdziły, a jedynym sposobem okiełznania ekspansji Pekinu jest zwiększenie obecności wojskowej. Warto w tym miejscu zauważyć, że od pewnego czasu w Pentagonie pojawiają się pomysły demonstracji siły w postaci wysłania do Cieśniny Tajwańskiej lotniskowca.

Bardziej szczegółowych informacji na temat ewentualnych nowych baz admirał udzielił w trakcie zamkniętej części wysłuchania. Trudno wnioskować, gdzie zatem mogłyby one powstać. Zważywszy na istniejące relacje w grę wchodzi np. reaktywacja obiektów na Filipinach, lub zacieśnienie współpracy z Singapurem. Wietnam mimo zbliżenia z Waszyngtonem pozostaje na stanowisku, że obce wojska nie będą stacjonować na terytorium kraju. Odejście od tej polityki byłoby rewolucją i zupełnie zmieniłoby układ sił na Morzu Południowochińskim.

Inwazja na Tajwan?

W tym miejscu pojawia się jeszcze bardziej kontrowersyjna i rewolucyjna kwestia Tajwanu. Według części danych wywiadowczych Chiny przygotowują inwazję na wyspę. Opanowanie Tajwanu dałoby Pekinowi niesamowitą geopolityczną przewagę. Po pierwsze pozwoliłoby zamknąć od północy Morze Południowochińskie. Po drugie wbiłoby klin między Japonię i Filipiny, dając lewar w stosunku do obu tych państw. Wreszcie otworzyłoby chińskiej marynarce wojennej drogę na Pacyfik. Krótko mówiąc cała strategia USA oparta o tzw. pierwszy łańcuch wysp uległaby załamaniu.

W Azji Wschodniej wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Jednym z mniej werbalizowanych celów bardziej ofensywnej polityki Japonii jest odstraszenie Chin od inwazji na Tajwan. Dyrektor japońskiego Instytutu Narodowych Studiów Strategicznych Kunio Orita przedstawia jeszcze bardziej pesymistyczny scenariusz. Według niego Chiny przewidują aneksję Tajwanu na okres między 2020 i 2025. Kolejny etap przewidziany na lata 2025-2040 to zdobycie pełnej kontroli nad Morzem Południowochińskim i wodami okalającymi Indie. Wreszcie okres 2040-2045 to inwazja na sporne z Japonią wyspy Senkaku/ Diaoyu i aneksja Okinawy. Orita wprawdzie nie wspomina o tym, ale taki plan oznacza również przynajmniej próbę zdominowania Singapuru.

W koncepcjach Ority mamy doczynienia z prostym równaniem. Albo oparty na wolności, demokracji i prawach człowieka Pax Americana, albo opresyjny porządek sinocentryczny – Pax Sinica. Nowy Jedwabny Szlak zostaje tutaj przeciwstawiony wolnemu i otwartemu Indo-Pacyfikowi.

Kij w pekińskie mrowisko

Władze Republiki Chińskiej zdają sobie z tego sprawę i prowadzą swoją subtelną grę. Jesienią ubiegłego roku minister obrony Yen Teh-fa podczas wystąpienia przed parlamentem stwierdził, że gdyby Waszyngton wyraził zainteresowanie, to jego resort jest skłonny udostępnić US Navy wyspę Taiping. Baza miałaby służyć wyłącznie do operacji humanitarnych.

White stwierdza, że jeżeli Waszyngton chce rzeczywiście walczyć o hegemonię w Azji musi utrzymać przy sobie sojuszników, a do tego konieczna jest rozbudowa potencjału odstraszania, ze szczególnym naciskiem na pociski balistyczne średniego i pośredniego zasięgu

Gdyby Pentagon faktycznie wystąpił z takim pomysłem, równałoby się to wetknięciu kija w pekińskie mrowisko. Taiping, znany też pod nazwą Itu-aba, to największa spośród wysp archipelagu Spratly. Jest to jedyna wyspa na spornym obszarze kontrolowana przez Tajwan, a zarazem najsilniej umocniona. Nawet bez rozmieszczenia bojowych oddziałów dałaby USA świetny punkt, pozwalający obserwować działania Chin w południowo-wschodniej części Morza Południowochińskiego. Taki krok poważnie wzmocniłby też amerykańskie gwarancje dla Filipin.

Analityk i były pracownik wywiadu sił powietrznych USA Robert E. McCoy wystąpił z jeszcze bardziej radykalną propozycją. Jego zdaniem należy rozważyć pomysł przeniesienia amerykańskich wojsk z Korei na Tajwan. W opinii McCoya Korea Południowa jest dostatecznie silna, by samodzielnie poradzić sobie z Koreą Północną, a w obecnej konfiguracji geopolitycznej Półwysep Koreański traci na znaczeniu. Zważywszy, że Pentagon nie zakłada działań ofensywnych na kontynencie, niemal 25 tysięcy amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Korei zwyczajnie się marnuje. Po przeniesieniu na Tajwan znacząco zwiększyliby militarny lewar USA w stosunku do Chin, a zarazem daliby możliwość projekcji siły na Morzu Południowochińskim.

Kalkulacje McCoya to koszmar południowokoreańskich polityków i wojskowych, ale pojawia się w nich jeszcze jeden czynnik, który dla Seulu jest nie do przyjęcia. To Japonia. W Korei Południowej panuje słuszne skądinąd przekonanie, że Japonia jest najważniejszym sojusznikiem USA w regionie  i każda sporna sytuacja zostanie rozstrzygnięta na korzyść Tokio. Tymczasem McCoy zauważa, iż japoński rząd jest bardziej niż chętny do podjęcia bardziej aktywnej polityki zagranicznej. W takiej sytuacji Japonia byłaby w stanie z nawiązką zrekompensować wycofanie amerykańskich oddziałów.

Co na to Canberra?

Wbrew pozorom z Chinami związane jest także wycofanie się USA z układu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu (INF). Oficjalnie powodem takiej decyzji jest nieprzestrzeganie zobowiązań traktatowych przez Rosję. W Europie często jednak umyka fakt, że w obecnej sytuacji traktat osłabia tak Stany Zjednoczone, jak i Rosję względem Chin, których w trakcie negocjowania INF w latach 80. nikt nie brał pod uwagę. Obecnie Chiny dysponują już szeroką gamą pocisków balistycznych średniego i pośredniego zasięgu, zdolnych zaatakować amerykańską bazę na wyspie Guam.

Pekin w pełni zdaje sobie sprawę z posiadanej przewagi, dlatego tez nie dziwi brak zainteresowania niemiecką propozycją wypracowania nowego wielostronnego INF. Osobną kwestią pozostaje liczebność i realna zdolność bojowa chińskiego arsenału. Bardziej zaawansowane pociski są produkowane w ograniczonej ilości, a ich liczba jest dalece niewystarczająca na wypadek pełnoskalowego konfliktu.

Sporo uwagi chińskiemu wątkowi INF poświęcił Hugh White z australijskiego think tanku ASPI. W opinii White’a amerykańscy stratedzy już uznali, że USA są w stanie zimnej wojny z Chinami, dlatego też zaczynają stosować sprawdzone mechanizmy znane z rywalizacji ze Związkiem Radzieckim. ChRL zaczyna być postrzegana także jako rywal jądrowy. Nawet ograniczony chiński arsenał nuklearny przy umiejętnym wykorzystaniu niweluje amerykański potencjał odstraszania i tym samym podkopuje gwarancje USA wobec azjatyckich sojuszników. Do podobnych wniosków doszedł Orita, sugerując nawet, że Japonia może być zmuszona do radzenia sobie bez amerykańskiego parasola jądrowego. Także w Korei Południowej trwa debata nad pozyskaniem broni atomowej i trwają już prace nad pociskami balistycznymi i manewrującymi zdolnymi porazić cele na terenie północnych i zachodnich Chin z Pekinem i Szanghajem włącznie.

White stwierdza, że jeżeli Waszyngton chce rzeczywiście walczyć o hegemonię w Azji, musi utrzymać przy sobie sojuszników, a do tego konieczna jest rozbudowa potencjału odstraszania ze szczególnym naciskiem na pociski balistyczne średniego i pośredniego zasięgu. Gdzie zatem można by rozmieścić Pershingi XXI wieku? Tajwan zakończyłby się drugim kryzysem kubańskim. Korea Południowa i Japonia są blisko Chin, ale tym samym są bardziej narażone na uderzenie wyprzedzające. Dlatego zdaniem White’a najlepszym miejscem byłaby północna Australia. Rozlokowane tam pociski o zasięgu rzędu 5 tysięcy km mogłyby porazić większość istotnych celów na terenie Chin, a większy dystans jednocześnie ograniczałby ryzyko niespodziewanego ataku przeciwnika.

Osobną kwestią pozostaje reakcja Canberry na prośbę o przyjęcie amerykańskich pocisków balistycznych. Australia ciągle pozostaje w rozkroku między swoim najważniejszym sojusznikiem a głównym partnerem handlowym. Sam White twierdzi, że przedstawiony przez niego scenariusz byłby definitywnym sprawdzianem stanowiska Canberry i miałby poważny wpływ na przyszłość amerykańskiej hegemonii w Azji i na Pacyfiku.

Chiny to nie Sowieci

Istnieje jedna zasadnicza różnica między ChRL a ZSRR. W przeciwieństwie do Sowietów, chińskie zasoby militarne skoncentrowane są na terenie macierzystym. Tym samym brak wartych uwagi celów poza Chinami, co skraca drabinę eskalacyjną. White zadaje tutaj niezwykle istotne pytanie, czyje odstraszanie jest skuteczniejsze i kto jest bardziej skłonny ryzykować atomową konfrontację.

Cały czas trwa dyskusja czy obserwujemy początek zimnej wojny 2.0, czy raczej powrót do wielobiegunowego świata znanego sprzed I wojny światowej

Nie są to bezpodstawne rozważania, o czym świadczy przypadek Indii. Chińska ekspansja do tego stopnia zdestabilizowała już równowagę w Azji, że trwa dyskusja nad zmianą indyjskiej doktryny nuklearnej. Coraz głośniej wypowiada się grupa „jastrzębi”, postulujących ofensywne podejście z wyprzedzającymi uderzeniami atomowymi na Chiny i Pakistan włącznie.

Cały czas trwa dyskusja, czy obserwujemy początek zimnej wojny 2.0, czy raczej powrót do wielobiegunowego świata znanego sprzed I wojny światowej. Kwestią zasadniczą jest tutaj, do jakiego stopnia Indie, Japonia, Rosja i Unia Europejska, a przynajmniej tandem niemiecko-francuski i wykazująca ambicje powrotu do roli globalnego mocarstwa Wielka Brytania, będą w stanie odgrywać rolę samodzielnych biegunów. Z drugiej strony Stany Zjednoczone i Chiny są wyraźnie skoncentrowane na sobie nawzajem, i jeżeli nie leży to w ich interesie, odmawiają samodzielnej roli potencjalnym innym biegunom. Z tego powodu pojawiają się nawet głosy za powołaniem nowego ruchu państw niezaangażowanych. Trzeba jednak przyznać, że jeżeli w grę wejdzie znowu odstraszanie jądrowe, amerykańsko-chińskiej rywalizacji bliżej będzie do zimnej wojny niż do  klasycznego koncertu mocarstw.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Szczecińskim, publicysta, tłumacz, szef działu Aktualności portalu Konflikty.pl. Od 2009 r. związany z Centrum Studiów Polska–Azja, gdzie zajmuje się sprawami bezpieczeństwa, konfliktami oraz zbrojeniami.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz