Newsletter

Innowacja czy retuszowana retoryka?

„Polska ma wiele do zaoferowania UE” – powtarzał w Strasburgu M. Morawiecki. Problem w tym, że to, co proponował, specjalnie nie odbiega od diagnoz, stawianych w ostatnich latach przez polityków europejskiego mainstreamu

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Trzeba przyznać, że premier Mateusz Morawiecki nie miał wczoraj w Strasburgu łatwego zadania. Ustalony na początku bieżącego roku termin jego wystąpienia przed Parlamentem Europejskim w cyklu debat z udziałem szefów rządów na temat przyszłości UE niemiłosiernie zbiegł się w czasie z wybuchem chaosu konstytucyjnego wokół kadencji Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego i protestami ulicznymi przeciwko rządowym zmianom w wymiarze sprawiedliwości. Wątłą zazwyczaj dyskusję nad wystąpieniami liderów, którą obserwować mogliśmy chociażby podczas debat z udziałem premiera Chorwacji Andreja Plenkovicia, Irlandii – Leo Varadkara, lub ubiegłorocznego wystąpienia prezydenta Słowacji – Andreja Kiski, zastąpiły pytania europosłów o łamanie trójpodziału władzy oraz tabliczki z hasłami „rule of law”, ustawione podczas przemówienia przy ich fotelach. Czego by premier nie powiedział – i tak wszystko skończyłoby się na dyskusji o praworządności. Paradoksalnie, sytuacja taka przysparza punktów obydwu stronom sporu ciągnącego się od blisko 2,5 roku. Rząd może z łatwością argumentować, że Bruksela i eurodeputowani nie chcą „poważnej dyskusji” o przyszłości Europy, ci z kolei, że sprawujący władzę w Polsce wykazują ślepy upór i całkowitą nieelastyczność w relacjach europejskich.

Narracja godnościowa wciąż niezastąpiona

Na przemówienia poszczególnych szefów rządów Europarlament wygospodarował pomiędzy 35 a 40 minut – to ramy odpowiadające powszechnym, konferencyjnym standardom. Blisko połowę czasu, jakim dysponował Morawiecki, premier poświęcił typowej dla obecnych władz godnościowej narracji historycznej, podkreślającej wyjątkowe i niepowtarzalne miejsce Polski w dziejach Starego Kontynentu, oraz promocji dokonań rządu. Samo w sobie nie stanowi to jeszcze wykroczenia – przywódcy państw narodowych rzadko traktują debaty europejskie jako teren wolny od chwalenia się swoimi dokonaniami w polityce krajowej oraz mniej lub bardziej subtelnie zaserwowanych refleksji historycznych. Rzecz jednak w proporcjach – w przemówieniu Morawieckiego było szczególnie dużo wątków poświęconych roli naszego kraju podczas II wojny światowej oraz przezwyciężaniu dziedzictwa postkomunizmu. Doświadczenie ostatnich lat uczy jednak, że narracja taka to klasyczne „przekonywanie już przekonanych”. Pytaniem wyłącznie retorycznym jest, czy trafia ona do wychowanej w zupełnie odmiennej tradycji politycznej europosłanki z hiszpańskiej partii Podemos, przysłuchującej się wystąpieniu polskiego szefa rządu z pierwszego rzędu ław poselskich, lub do greckich socjalistów i szwedzkich Zielonych, interpelujących w kwestii rosnących w ich mniemaniu nad Wisłą tendencji autorytarnych…

Diagnoza i propozycje Morawieckiego dla Europy nie wydają się szczególnie innowacyjne

Tym bardziej niezrozumiała dla większości europosłów może wydawać się opowieść Morawieckiego o „postkomunistach”, których władza rzekomo miała skończyć się w Polsce dopiero jesienią 2015 roku. Czy rzeczywiście rozumieją ją niemieccy i austriaccy chadecy zasiadający z tymi „postkomunistami” w tej samej grupie parlamentarnej, a nawet (o zgrozo!) sam Viktor Orbán, w czasie rządów koalicji PO-PSL podkreślający, że bliżej mu do Tuska niż Kaczyńskiego? Równie niejasno brzmieć mogą dla dzisiejszej większości europarlamentarzystów uwagi, że wciąż „trwa proces zszywania europejskiego doświadczenia i europejskiej pamięci”. Nikt z głównych aktorów politycznych w UE tego nie dzisiaj nie proponuje, mając w świadomości różnice w pamięci historycznej występujące, dajmy na to, pomiędzy Hiszpanią i Grecją a Łotwą i Chorwacją. Egzotycznie musiały też zabrzmieć odwołania do wizji Europy generała Charlesa de Gaulle’a, dzisiaj dość mocno anachronicznej w swoim dążeniu do utrzymania mocarstwowej roli Francji.

Po debacie rząd może oczywiście argumentować, że w UE nikt nie chce nas słuchać i zmusza się Polskę do uprawiania ciągłej „pedagogiki wstydu”. Warto jednak pamiętać, że przy tak dużym zróżnicowaniu politycznym i światopoglądowym w PE, oczekiwanie, że inni bez problemów przyjmą naszą „misyjną” opowieść o tym, jak to uratowaliśmy Europę, jest po prostu na wyrost. Wydaje się, że premier mógł bez żadnej szkody skrócić historyczną część strasburskiego wystąpienia do niezbędnego minimum.

UE 4.0 czy powrót do Strategii Lizbońskiej?

Diagnoza i propozycje Morawieckiego dla Europy nie wydają się szczególnie innowacyjne. Wbrew uproszczonej publicystyce wielu eurosceptyków, brukselskie elity są od długiego czasu świadome ogromnego kryzysu projektu europejskiego i faktu, że nie odpowiada on aspiracjom milionów mieszkańców Starego Kontynentu. „Demokratyczne przebudzenie” Europy, o którym mówił w Strasburgu Morawiecki, nie jest przecież najnowszym odkryciem rządów w Warszawie, w Wiedniu, Budapeszcie czy Rzymie. Dostrzegł je nawet Donald Tusk na konferencji z okazji 40-lecia Europejskiej Partii Ludowej w 2016 roku, mówiąc, że UE powinna wrócić do korzeni politycznych swoich chadeckich ojców-założycieli i dać większe uprawnienia państwom i parlamentom narodowym. Z kolei Jean-Claude Juncker, proponujący wiosną ubiegłego roku reformę UE w swojej „białej księdze” argumentuje, że strategia większego zacieśnienia integracji na polu finansowym i bankowym oraz wspólnej polityki rolnej (o czym polski premier wczoraj praktycznie nie wspomniał) powinna iść w parze ze zwiększeniem kompetencji poszczególnych rządów państw członkowskich.

Niekiedy propozycje Morawieckiego brzmiały bardzo optymistycznie i dalekie były od eurosceptycyzmu, który nieraz zarzuca się polskiemu rządowi. Propozycje „UE 4.0” deklarujące, że Unia powinna znaleźć się w awangardzie rewolucji technologicznej, przemysłowej i cyfrowej brzmią jak żywcem wyjęte z zapomnianego już dzisiaj zupełnie dokumentu pod nazwą „Strategia Lizbońska”, przyjętego przez UE na początku XXI wieku, jeszcze przed wielkim rozszerzeniem w 2004 roku. Zakładał on uczynienie z Unii do 2020 roku najbardziej nowoczesnej i konkurencyjnej gospodarki świata. Jak się stało – możemy się przekonać naocznie. Podobnie rzecz się ma ze wspominaną przez naszego lidera reindustrializacją Europy. Łatwo powiedzieć – trudniej zrobić i szczegółowo zaplanować ekonomicznie i logistycznie (czy miałoby to np. oznaczać wprowadzenie pewnej formy autarkii produkcyjnej Kontynentu wobec Azji?).

Przemówienie pozostawiało też wrażenie niedosytu jeżeli chodzi o promocję socjalnego filaru UE. Morawiecki poprosił w tym miejscu europejskich socjaldemokratów i bardziej radykalną lewicę o życzliwe spojrzenie na politykę polskiego rządu, awansującego do kontynentalnej awangardy krajów przeznaczających największe środki na świadczenia socjalne

Przemówienie pozostawiało też wrażenie niedosytu jeżeli chodzi o promocję socjalnego filaru UE. Morawiecki poprosił w tym miejscu europejskich socjaldemokratów i bardziej radykalną lewicę o życzliwe spojrzenie na politykę polskiego rządu, awansującego do kontynentalnej awangardy krajów przeznaczających największe środki na świadczenia socjalne. Jednakże nie nawiązał do najbardziej dyskutowanych dzisiaj na europejskiej lewicy pomysłów, dotyczących dochodu gwarantowanego oraz emerytury obywatelskiej, bardziej koncentrując się na zmniejszaniu podatków dla klasy średniej, przez co postulaty premiera mogły zostać na lewicy odczytane jako eklektyczne i niezbyt spójne.

Jednym słowem – przemówienie Morawieckiego przyniosło więcej retuszowanej, dobrze znanej do tej pory retoryki niż propozycji rzeczywistych innowacji, które Polska miałaby oferować UE. Na tle innych liderów europejskich, premier RP wypadł raczej przeciętnie.