Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Homozwiązki. Choroba Zachodu czy konserwatywny postulat?

Związki partnerskie okazały się wirusem atakującym trwałość relacji międzyludzkich opartych na wzajemnym i dożywotnym zobowiązaniu. Bynajmniej nie dlatego, że były dostępne również dla osób tej samej płci

„Idziemy ku Polsce, w której za 15-20 lat będziemy mogli powiedzieć, że jest tak samo jak na zachód od naszych granic, pod każdym względem” – przekonywał swojego czasu Jarosław Kaczyński, mobilizując wyborców przed maratonem głosowań rozpoczynającym się w 2018 roku. Gdyby poprzestać na tych słowach lidera PiS-u, można by powiedzieć, że doskonale wpisały się one w strategię typu catch all, reprezentowaną przez europejskie partie chadeckie. A zatem takiego skonstruowania apelu wyborczego, aby dotrzeć do możliwie szerokiego elektoratu (któż z nas nie chciałby mitycznego, zachodniego dobrobytu w Polsce?). W tym samym wystąpieniu pojawił się jednak akcent zasadniczo sprzeczny z obraną przez chadeków drogą, która doprowadziła ich do światopoglądowego centrum – m.in. w kwestii legalizacji związków partnerskich i małżeństw homoseksualnych. Kaczyński wyraźnie zaznaczył bowiem, że dążenie do europejskiego państwa dobrobytu wcale nie oznacza, że mamy „powtarzać błędy Zachodu i zarażać się tymi samymi społecznymi chorobami, które tam panują”.

Trudno oczywiście wyrokować, które dokładnie „choroby” lider PiS miał w tym wypadku na myśli, ale nie ulega wątpliwości, że w sprawach światopoglądowych polska prawica wyraźnie odstaje od swoich zachodnich odpowiedniczek. Obraz, który wyłania się po 20 latach od rozpoczęcia procesu legalizacji związków jednopłciowych w państwach Europy Zachodniej pokazuje jednak, że to polityczne odchylenie może być zaletą w dłużej perspektywie czasu. Przyjęte przez europejskich chadeków i konserwatystów rozumowanie, na bazie którego stopniowo skłaniali się ku akceptacji związków i małżeństw homoseksualnych w swoich krajach, z upływem lat okazuje się tracić oparcie w rzeczywistości. W większości przypadków bazowało ono na przeświadczeniu, że poparcie uprawnień przyznawanych parom homoseksualnym nie wpłynie negatywnie na instytucje małżeństwa i rodziny, a nawet wzmocni trwałość więzi społecznych. To właśnie na tej podstawie brytyjski premier David Cameron był skłonny mówić: „To nie tak, że popieram małżeństwa homoseksualne pomimo bycia konserwatystą. Popieram je właśnie dlatego, że jestem konserwatystą”.

Zgubne skutki związków partnerskich

Nie ulega wątpliwości, że w sprawach światopoglądowych polska prawica wyraźnie odstaje od swoich zachodnich odpowiedniczek. Obraz, który wyłania się po 20 latach od rozpoczęcia procesu legalizacji związków jednopłciowych w państwach Europy Zachodniej pokazuje jednak, że to polityczne odchylenie może być zaletą w dłużej perspektywie czasu

Efekty wprowadzenia związków partnerskich pod koniec XX wieku w Holandii i we Francji (tzw. PACS), pomyślanych jako rozwiązanie dla osób homoseksualnych, sugerowały jednak co innego. Bardzo szybko przerodziły się one w popularną alternatywę wobec małżeństw dla osób hetero, oferującą podobne przywileje, przy mocno obniżonej barierze wyjścia (na życzenie jednej ze stron i bez udziału sądu). Jak wynika z holenderskich statystyk, w 1998 roku zawarto 87 tys. małżeństw przy 4,6 tys. związków partnerskich. W roku 2017 liczby te wynosiły już odpowiednio 64,4 tys. (przy wyraźnym trendzie spadkowym) oraz 17,9 tys. (przy trendzie wzrostowym). Jak można przeczytać w zamieszczonym do badań komentarzu, malejąca liczba małżeństw w każdej grupie wiekowej jest częściowo bilansowana przez wzrost liczby związków partnerskich, szczególnie w grupie 25-34 lata. Podobna sytuacja miała miejsce we Francji, gdzie od chwili wprowadzenia PACS, czyli od listopada 1999 roku, nastąpiło wyraźne zmniejszenie liczby zawieranych małżeństw. Od samego początku funkcjonowania tej instytucji była ona zdominowana przez pary heteroseksualne, które w 2000 roku stanowiły 76 proc. wszystkich zawartych PACS, a dziesięć lat później już 95 proc.

Przytoczenie tych danych nie dowodzi jeszcze, że wprowadzenie związków partnerskich zadecydowało o zmniejszającej się popularności związków małżeńskich, jednak obniżenie poprzeczki na drodze do uzyskania przywilejów wynikających z małżeństwa z pewnością przyspieszyło ten proces. Ich wprowadzenie nie zaspokoiło bynajmniej oczekiwań ze strony środowisk LGBT, które domagały się pełnego dostępu do przywilejów i zobowiązań właściwych małżeństwu, co ostatecznie następowało w kolejnych latach (w Holandii już w 2001 roku, podczas gdy we Francji w 2013). Warto w tym miejscu zauważyć, że prawne „rozpoznanie” związków jednopłciowych uruchamiało w poszczególnych krajach proces stopniowego rozszerzania uprawnień pod naporem zarzutów o dyskryminację. Orzeczenia sądów konstytucyjnych we Francji, Portugalii, Niemczech czy Austrii torowały drogę do równouprawnienia w tym zakresie, niekiedy wyłączając polityczną kontrolę nad tym procesem i narzucając rządzącym zmianę prawa. Taka sytuacja miała miejsce w dwóch ostatnich przypadkach, pokazując jednocześnie światopoglądowy dryf dominujących tam partii chadeckich – CDU i ÖVP. Przypadkach wartych odnotowania pod kątem toczącej się w Polsce dyskusji o uprawnieniach mniejszości seksualnych.

Efekt domina wbrew społeczeństwu

Zarówno w Austrii, jak i w Niemczech, partie chadeckie przyjmowały z początku rozwiązania wypracowane przez gabinety z wiodącą pozycją socjaldemokratów. W Niemczech związki partnerskie dla osób tej samej płci wprowadziła koalicja SPD i Zielonych przy sprzeciwie opozycyjnej wówczas (w 2001 roku) CDU. Aby utrzymać zdolność koalicyjną po kolejnych wyborach, partia Angeli Merkel zrewidowała swoją pozycję programową i uznała społeczną wartość związków homoseksualnych, gwarantując jednocześnie pierwszorzędne znaczenie małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, dla niego też rezerwując pełnię praw adopcyjnych. Ta ewolucja programowa uwzględniała oczywiście rosnące poparcie dla prawnego uznania związków homoseksualnych, które już w 2001 roku sięgało w Niemczech 60 proc. Dla porównania – w Polsce dopiero w ostatnich latach zaczęło ono przekraczać w niektórych sondażach granicę 50 proc., przy wciąż wyraźnym sprzeciwie wobec małżeństw osób tej samej płci.

W przypadku Austrii, chadecka ÖVP miała dużo większy wpływ na kształt ustawy o związkach partnerskich jako partner koalicyjny w rządzie tworzonym z socjaldemokratami. Wejście chadeków do koalicji wiązało się z uznaniem przez nich postulatu związków homoseksualnych. Podobnie jak w przypadku niemieckiej CDU argumentowano to chęcią budowania trwałych relacji międzyludzkich i brania odpowiedzialności za drugą osobę. Podejście to miało być rzekomo inspirowane katolicką nauką społeczną, choć ta na temat homozwiązków wypowiadała się jednoznacznie krytycznie. Nie zabrakło jednak postawienia wyraźnej linii demarkacyjnej między tego rodzaju związkami a małżeństwem, do którego przynależeć miały kwestie związane z adopcją. Na bazie tego programu chadecka minister sprawiedliwości przygotowała projekt ustawy, który przyjęty został pod koniec 2009 roku. Co kluczowe dla omawianych tutaj kwestii, zarówno w przypadku niemieckiej, jak i austriackiej legislacji, była ona kierowana wyłącznie do par homoseksualnych. Takie działanie pozwalało zapobiec negatywnym konsekwencjom dla atrakcyjności małżeństwa wśród par hetero, ponieważ nie tworzyło dlań wygodnej alternatywy.

Zarówno w przypadku niemieckiej, jak i austriackiej legislacji, była ona kierowana wyłącznie do par homoseksualnych. Takie działanie pozwalało zapobiec negatywnym konsekwencjom dla atrakcyjności małżeństwa wśród par hetero, ponieważ nie tworzyło dlań wygodnej alternatywy

Przyjęta legislacja uruchamiała jednak efekt domina, który za sprawą wyroków sądów konstytucyjnych prowadził do zacierania się różnicy między związkami partnerskimi dla par homoseksualnych a małżeństwem, jeśli chodzi o zakres uprawnień. Ostatnim kamyczkiem tego domina było przyznanie osobom tej samej płci możliwości wejścia w związek małżeński, łącznie z kontrowersyjną wciąż kwestią adopcji dzieci (w Niemczech w 2017, w Austrii z początkiem 2019 roku). Podczas gdy niemiecka CDU dopuściła do głosowania pod naporem wszystkich pozostałych sił parlamentarnych (pozwalając tym samym na przyjęcie prawa), rządząca w Austrii partia chadecka została postawiona przed faktem dokonanym po wyroku trybunału konstytucyjnego. Możliwość adopcji dzieci przez pary homoseksualne weszła tym samym do porządku prawnego pomimo braku akceptacji większości społeczeństwa dla takiego rozwiązania.

Trwałość małżeństwa w interesie społecznym

Warto na koniec zaznaczyć, że przyjęty w Niemczech i Austrii model emancypacji par homoseksualnych nie doprowadził do spadku atrakcyjności tradycyjnie pojmowanej instytucji małżeństwa. A zatem było tam inaczej niż w przypadku Holandii czy Francji, ale również innych państw, które decydowały się na powszechny charakter związków partnerskich. Z perspektywy czasu widać, że to właśnie one okazały się wirusem atakującym trwałość relacji międzyludzkich opartych na wzajemnym i dożywotnym zobowiązaniu. Bynajmniej nie to, że były dostępne również dla osób tej samej płci. Z drugiej strony, wprowadzenie nowej instytucji zarezerwowanej dla par homoseksualnych dawało możliwość jej prawnego podważenia (jako formy odwróconej dyskryminacji). W ten sposób związki partnerskie zostały sądownie „upowszechnione” w Austrii czy Wielkiej Brytanii, jednak w mniejszym stopniu podważały pozycję małżeństwa ze względu na podobną do rozwodu procedurę ich rozwiązywania.

Dopóki w Polsce nie dokona się przemiana światopoglądowa w tym względzie (o ile to rzeczywiście nastąpi), rządząca prawica ma obiektywne powody, by nie zmieniać status quo

Dysponując doświadczeniami z Zachodu, trudno zgodzić się z głosami liberalnych komentatorów, sugerujących jak Łukasz Pawłowski, że polska prawica nie ma żadnych poważnych argumentów na rzecz „zakazywania małżeństw homoseksualnych”. Sedno problemu nie tkwi jednak w samym braku możliwości zawarcia małżeństwa przez osoby tej samej płci, jego moralnym czy niemoralnym charakterze, ale w społecznych konsekwencjach wynikających z procesu zmiany status quo. W obliczu spadającej w ostatnim dziesięcioleciu liczby zawieranych małżeństw, rosnącego współczynnika rozwodów i katastrofalnych wskaźników demograficznych, jakiekolwiek osłabianie instytucji małżeństwa nie jest zgodne z interesem polskiego państwa, ale również większości społeczeństwa. Takie obawy może budzić wprowadzanie związków partnerskich, które dla osób heteroseksualnych byłyby czymś w rodzaju „małżeństwa light”. Powołując się na doświadczenia innych państw, można oczywiście pokładać nadzieję w instytucji przeznaczonej wyłącznie dla par homoseksualnych, jako tej najmniej inwazyjnej. Te same doświadczenia pokazują jednak, że jest to równoznaczne z wejściem na przyśpieszoną ścieżkę do legalizacji małżeństw osób tej samej płci, łącznie z prawami adopcyjnymi. W tych kwestiach polskie społeczeństwo pozostaje jednak wyraźnie sceptyczne, aby powołać się na wspomniany już sondaż IPSOS dla OKO.press.

Dopóki w Polsce nie dokona się przemiana światopoglądowa w tym względzie (o ile to rzeczywiście nastąpi), rządząca prawica ma obiektywne powody, by nie zmieniać status quo. To, że w debacie publicznej bardzo rzadko się na nie powołuje, preferując narrację bogoojczyźnianą i przeciwskuteczną nagonkę na LGBT (opisaną przez Bartłomieja Radziejewskiego w tekście otwierającym), to już inna sprawa. Nic nie powinno jednak stać na przeszkodzie, aby bez tworzenia nowej formuły związków ułatwić osobom homoseksualnym możliwość współdzielenia odpowiedzialności w poszczególnych dziedzinach, jak chociażby kwestiach finansowych, dziedziczenia czy opieki zdrowotnej. Te ułatwienia już się zresztą stopniowo dokonują, przykrywane jednak przez kolejne odsłony kulturowego sporu.

członek zespołu i publicysta "Nowej Konfederacji", absolwent studiów doktoranckich nauk o polityce na Uniwersytecie Wrocławskim, badacz integracji europejskiej. Wcześniej konsultant w Regionalnym Ośrodku Debaty Międzynarodowej we Wrocławiu.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Homozwiązki. Choroba Zachodu czy konserwatywny postulat?”

  1. ziggi pisze:

    Dobry tekst – bardzo dobry !!!

    Dokładnie to mam na myśli mówiąc i pisząc o konieczności redefiniowania i stawiania postulatów prawicy w języku sekularnym i odchodzenia od argumentacji opartej w języku konfesyjnym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz