Gra pozorów

Ustawy o KRS i SN wyłaniające się z prac sejmowych ustanawiają nowy porządek prawny w zakresie wymiaru sprawiedliwości, który można nazwać upartyjnionym. Czym zatem była cała lipcowa awantura?

Jeśli by przyjąć za miarodajne dla stanowiska Prezydenta Andrzeja Dudy wypowiedzi jego doradców po zakończeniu prac sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka nad projektami ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i o Sądzie Najwyższym, to by znaczyło, że Pan Prezydent podpisze obie ustawy. Wprawdzie prace nad nimi nie zostały ukończone, w przyszłym tygodniu odbędzie się drugie czytanie na plenarnym posiedzeniu Izby, ale – wykluczając zdarzenia dziś nie do przewidzenia – kształt obu tych ustaw wyłania się z dotychczasowych prac już dość klarownie. Obie ustanawiają bowiem nowy porządek prawny w zakresie wymiaru sprawiedliwości – porządek, który można nazwać upartyjnionym.

Partia rządząca tłumaczy te zmiany doktryną demokratyczną i doktryną suwerenności narodu, ale wyjaśnienia te można byłoby uznać za wiarygodne tylko w wypadku nader szczególnego rozumienia i demokracji, i suwerenności narodu. Mianowicie takiego ich rozumienia, w którym wynik wyborów daje rządzącej partii legitymację nie tylko do prowadzenia określonej polityki w ramach istniejących ram konstytucyjnych, ale też legitymację do dowolnego w gruncie rzeczy przekraczania tych ram. Dzieje się to nie pierwszy raz od objęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, jednak w przypadku Krajowej Rady Sądownictwa, która ma stać na straży niezawisłości i niezależności władzy sądowniczej oraz w przypadku Sądu Najwyższego, który jest hierarchicznie najwyższym organem tej władzy, taki sposób tworzenia prawa jest szczególnie wymowny: symbolicznie i merytorycznie. Symbolicznie – bo dotyczy instytucji emblematycznych dla wymiaru sprawiedliwości. Merytorycznie – bo uderzając skutecznie w te instytucje, osłabia się władzę sądowniczą w samym jej rdzeniu.

Prezydent grzmiał, że nie zgodzi się na zdemolowanie swoich projektów i – w takim wypadku – ustaw znowu nie podpisze. Słychać jednak z okolic Pałacu Prezydenckiego, że najważniejsze warunki zostały dotrzymane, a te warunki to pozostawienie skargi nadzwyczajnej i wyboru kwalifikowanego 15 sędziów KRS w kształcie prezydenckich propozycji

Prace komisji, kierowanej przez posła Stanisława Piotrowicza w sposób daleki od ducha poszanowania partnera politycznego, nie przyniosły żadnych spektakularnych zmian. Projekty prezydenckie zostały obudowane licznymi poprawkami poselskimi Prawa i Sprawiedliwości, co częściowo zmienia wymowę obu ustaw, ale nie tu leży istota problemu.

Spór o to, czy Sejm wybierze sędziów-członków KRS od razu większością bezwzględną czy też w pierwszym kroku wybór będzie się dokonywał większością kwalifikowaną jest drugorzędny, jeśli pamiętać o tym, że oba tryby wyboru łamią Konstytucję w punkcie, w którym gwarantuje ona, że tych 15 sędziów ma być reprezentantami środowiska prawniczego, a nie polityków. W tym kontekście zasiadanie w tym gronie – bądź nie – reprezentantów opozycji politycznej nie ma znaczenia. Pluralizm polityczny KRS, tak mocno forsowany przez Pana Prezydenta jako gwarancja niezawisłości i niezależności sędziowskiej, jest tu w istocie gwarancją fikcyjną. W najlepszym bowiem przypadku (gdy opozycja miałaby w tym gronie „swoich” 6 sędziów), byłby to pluralizm przykrywający nieograniczoną władzę decyzyjną większości KRS wybranej przez większość parlamentarną. Jednak nawet wtedy byłby to tylko polityczny podział łupów, a nie tego wymaga od ustawodawców litera i duch Konstytucji.

Z pewnością sądy domagają się zmian (pisze o tym Andrzej Mikosz), ale nie widać, jak zmiany teraz przeprowadzane miałyby poprawić wymiar sprawiedliwości. Sąd Najwyższy być może powinien zostać nieco odmłodzony, ale przepis pozwalający ministrowi sprawiedliwości delegować do pracy w SN sędziego z zaledwie 10-letnim stażem to prosta droga do kreowania postaw karierowiczowskich i serwilistycznych. Odpowiedzialność dyscyplinarna sędziów być może powinna zostać zwiększona, ale wszechwładna rola ministra sprawiedliwości w tych postępowaniach to recepta na polityczne dyscyplinowanie sędziów. To tylko dwa przykłady pozorności tej reformy, można ich wskazać więcej.  Prezydent grzmiał, że nie zgodzi się na zdemolowanie swoich projektów i – w takim wypadku – ustaw znowu nie podpisze. Słychać jednak z okolic Pałacu Prezydenckiego, że najważniejsze warunki zostały dotrzymane, a te warunki to pozostawienie skargi nadzwyczajnej i wyboru kwalifikowanego 15 sędziów KRS w kształcie prezydenckich propozycji. Pomyślmy jednak: w czym pozostawienie tych przepisów w brzmieniu projektów prezydenckich ratuje niezawisłość sędziów i niezależność sądów?

Czym zatem byłaby cała ta – prawda, że spektakularna ze względu na podwójne veto w lipcu – awantura? Bardzo trudno byłoby dowodzić, że wyrazem troski o dobre sądy w Polsce.

współpracownik NK, absolwent dziennikarstwa i nauk politycznych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dziennikarz. Debiutował w bezdebitowymn studenckim piśmie “Aplauz” w r. 1981, po stanie wojennym pisywał dla emigracyjnego „Kontaktu” i podziemnego „Bez Dekretu”. W latach 1984 - 1991 pracował w „Tygodniku Powszechnym”, od 1991 do 1993 w „Radiu Kraków”, od 1993 do 2005 w „Gazecie Wyborczej”. Od 2007 r. pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej w Krakowie. Wydał: Konstytucja dla Polski, Znak-Fundacja Batorego, 1997; Polski Kościół - polska demokracja, Universitas , 1999; Bo jestem z Wilna (wywiad-rzeka z Józefą Hennelową), Znak, 2001; Tropem SB. Jak czytać teczki, Znak 2007; Cena przetrwania? SB wobec Tygodnika Powszechnego, Czerwone i Czarne, 2011: Chrzanowski, Świat Książki, Warszawa 2013, Od uwikłania do autentyczności. Biografia polityczna Tadeusza Mazowieckiego, Zysk i S-ka, Poznań 2015.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz