Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Erotyczne przemeblowanie umysłu

Pornografia, Tinder, internetowe kamery — to wszystko fast foodowe lekarstwa na relacyjny i seksualny głód; logiczny wynik naszego trybu życia

Rewolucja seksualna lat 60. przyniosła nadzieje na satysfakcjonujące życie seksualne. Ostatnie badania wskazują jednak, że w świecie zachodnim, w tym w Polsce, seksu się coraz mniej uprawia i jest on coraz mniej satysfakcjonujący. Co poszło nie tak?

Przyczyn jest kilka i działają jednocześnie. Z jednej strony pracujemy zbyt dużo, nie możemy skoncentrować się na relacjach; jesteśmy po prostu wprzęgnięci w system, w którym nasza wartość zależy od tego, ile wyprodukujemy. Z drugiej strony cieszymy się urokami zachodniego indywidualizmu, który ma niewątpliwie mnóstwo zalet, ale ma też ciemne strony — nie umiemy już myśleć o sobie jako o części związku, rodziny czy relacji. Prawda jest taka, że aby uprawiać seks, trzeba się z drugim człowiekiem spotkać, najlepiej niepobieżnie – trzeba tego chcieć i mieć na to czas. A kiedy się go nie ma, potrzeba seksu, miłości, obecności innego nie niknie, nadal nas męczy, więc staramy się ją zaspakajać tak jak możemy. Pornografia, Tinder, internetowe kamery – to wszystko fast foodowe lekarstwa na relacyjny i seksualny głód; logiczny wynik naszego trybu życia.

W tej chwili mamy do czynienia z takim nasyceniem rynku, że próbując badać wpływ porno na młodzież nie można znaleźć grupy kontrolnej, która z pornografią nie ma kontaktu

Przecież pornografia towarzyszy ludziom od początku dziejów.

Tak, ale w jakiej skali? Czy sto lat temu mógł pan w dowolnej chwili oglądać jednocześnie dwa filmy pornograficzne wybrane z tysiąca dostępnych na RedTube, przewijać do najważniejszego momentu, wybierać interesujące pana akty, kolor włosów aktorki, rozmiar jej stanika?  Często mamy problem ze społeczną oceną różnych procesów, bo nie rozumiemy wpływu skali. Wraz ze zmianą skali rzeczy nie tylko rosną, ale też się zmieniają. Przykład Nassima Taleba: gdyby niektóre insekty powiększyć do rozmiarów człowieka, zginęłyby, bo zapadłaby się im część aparatu oddechowego. Tu skala uśmierca. Demokracja mogła świetnie funkcjonować w ateńskim polis, ale już w USA wymaga stworzenia „deep state” — tu skala przeorganizowuje. Bywają zmiany ilościowe, które powodują zmiany jakościowe. I radykalna dostępność pornografii to rzecz stosunkowo nowa i może mieć efekty, o jakich nie śniło się kiedyś oglądającym sprośne ryciny kupcom. Chociażby procent nastolatków, mających kontakt z pornografią, zmienia się co roku drastycznie – w 2013 r. był on jeszcze akceptowalny, a w tej chwili mamy do czynienia z takim nasyceniem rynku, że próbując badać wpływ porno na młodzież nie można znaleźć grupy kontrolnej, która z pornografią nie ma kontaktu.

Więc co ta dostępna pornografia robi z ludźmi?

Niektórzy specjaliści uważają, że nadmierna dostępność pornografii w młodym wieku powoduje poważne przemeblowanie mózgu. Mężczyznom potem trudno utrzymać erekcję i zaangażować się w normalny seks. W przypadku kobiet badania niewiele nam mówią; zresztą one wciąż mają trochę mniejszy kontakt z porno. Co do uzależnienia od porno, psychiatrzy nie są zgodni, czy jest to odrębna jednostka chorobowa, ale spore grupy mężczyzn twierdzą, że uzależnienie od pornografii istnieje, że oni je mają, i że ono niszczy im życie, zwłaszcza seksualne i miłosne. Do tego dochodzi erozja głębokich więzi między ludźmi, które polegają przecież na wiecznych negocjacjach — łatwiej odpalić komputer niż użerać się z dziewczyną, która jest na nas zła, ma ochotę na coś innego niż my, woli dziś inny rodzaj seksu.

Intymne relacje przejdą w świat online?

Tak już się powoli dzieje. W ogóle niezapośredniczenie doświadczeń życiowych przez ekran staje się luksusem dostępnym coraz częściej tylko wyższym klasom. Im niżej jesteśmy na drabinie społecznej, tym mniej mamy okazji, by dotknąć świata, wydarzeń, by gdzieś pojechać, zobaczyć, żyć w naturalnym habitacie.

Jest też inny problem z pornografią online, o którym mniej się mówi, a który uświadomił mi znajomy, który pracował kiedyś dla YouTube. Te strony mają miliony użytkowników, a więc gromadzą ogromne bazy danych, które mogą potem być wykorzystywane do budowy porno idealnego. Mogą stworzyć model ludzkich zachowań seksualnych, który będzie niemal doskonały.

Facebook czy Google też zbierają dane.

Owszem, ale same nie tworzą treści. Jeśli ja oglądam jakieś wideo na Facebooku, to ktoś je tam wrzucił; aby wiedzieć, w którym momencie przewijam, Facebook musi najpierw wykształcić AI w adekwatnym rozpoznawaniu filmowej treści. Natomiast firmy takie jak MindGeek, które mają największe strony porno, PornHub czy Redtube i masę studiów filmowych, najczęściej produkują swoje własne treści. I dlatego mają pełną wiedzę o tym, w jaki sposób ludzie te treści oglądają, gdzie zatrzymują, gdzie cofają filmy. W ten sposób, kontrolując i treść, i platformę, są w stanie wytworzyć „film idealny”. To mi się wydaje najgroźniejsze, bo stwarza pole do szerszego generowania uzależnień i kontroli nad użytkownikami. Proszę sobie wyobrazić, co się stanie, jeśli ta wiedza posłuży do konstrukcji porno w rzeczywistości wirtualnej.

Jest taka teza, że im bardziej kultura kładzie na coś nacisk, tym bardziej pornografia stawia temu opór

Ale oglądanie pornografii to w gruncie rzeczy mały wycinek życia ludzkiego. Do czego te dane mogą służyć, poza tym, że faktycznie mogą skłaniać człowieka do kupowania pewnego rodzaju filmów?

Nie jest to mały wycinek, i na pewno nie trywialny. Seks to motywacja z gatunku naprawdę ciężko usuwalnych. Mocna, silna, czasami pozostająca w tle, ale centralna dla naszego bycia człowiekiem. Nasze życie upływa w cieniu seksu i miłości. Zakochujemy się, gdy jesteśmy nastolatkami, myślimy o seksie dużo, kiedy jesteśmy młodzi, steruje to naszymi wyborami towarzyskimi, wyborami życiowymi; małżeństwo to też, przynajmniej teoretycznie, związek seksualny.  Seks jest organicznie powiązany z innymi sferami życia. Nie możemy powiedzieć: „seks się zmieni, ale nic innego się nie zmieni”, bo wraz z seksem może się zmienić wszystko.

Co na przykład?

Przyjrzyjmy się choćby życiu towarzyskiemu. Gdy patrzę na swoje przyjaźnie, duża ich część powstawała w czasie studiów, bardzo często w kontekście miłości – zwierzaliśmy się sobie z miłosnych przygód, tworząc w ten sposób relację i bliskość.  Miłość pomaga przyjaźni, życiu towarzyskiemu i networkingowi. Jest wpleciona w życie, jest nie do oderwania od innych ważnych kwestii. Jeżeli teraz bym sobie wyobraziła, że całkowicie zmienia się struktura pożądania, że żyjemy w takim świecie, w którym ludzie nie wychodzą z domu, a seks przeniósł się w sferę wirtualną (a takie zmiany obserwujemy np. w Japonii), to wszystkie te inne kwestie muszą także inaczej działać. To system naczyń połączonych.

A może to nie jest zmiana na gorsze? Pisze Pani w artykule o zwolennikach konstruktywizmu społecznego. Ich zdaniem sprzeciwianie się powszechności pornografii i tym zmianom jest wyrazem wiary, że istnieje jakaś jedna obiektywna prawda o seksie, natura ludzka, tymczasem konstruktywiści uważają, że jest to przede wszystkim konstrukt społeczny. Więc może nie powinniśmy się czepiać?

Konstruktywizm społeczny ma dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia o naszej rzeczywistości, to prawda. Mało kto rozumie, jak wiele istotnych rzeczy w naszym życiu jest rządzonych konwencją. Problem z dostrzeżeniem tego jest szczególnie silny w niektórych środowiskach prawicowych. Z drugiej strony lewica często widzi konwencje nawet tam, gdzie natura ludzka naprawdę się odzywa, gdzie nie wszystko da się przeprogramować. Struktury społeczne, w ramach których człowiek czuje się lepiej lub gorzej, są determinowane do pewnego stopnia tym, że człowiek jest takim, a nie innym zwierzęciem, i ma w związku z tym konkretne potrzeby. Na przykład potrzebę fizycznej bliskości.

Zapytam więc jako advocatus diaboli: co jest właściwie złego w tym, że będziemy żyli jak ci mityczni Japończycy w świecie online?

I to jest dobre pytanie. Nie widzę normatywnego punktu podparcia, gdzie mogę stanąć i jednoznacznie powiedzieć: „to jest złe”. Może nienaturalne, może powodujące pewne psychiczne problemy, ale niekoniecznie moralnie złe; zresztą te problemy z niezaspokojonym poczuciem realnej bliskości mogą zostać kiedyś jakoś technologicznie rozwiązane, kto wie. Trudno mi, mieszkance przeszłości, oceniać świat, który zmieni tych, którzy będą mieli okazję oceniać go z bliska. Ale dla nas dziś świat bez prawdziwego seksu jest przerażający.

Liberałowie mówią, że pornografia może być korzystna, można dzięki niej poznać swoje potrzeby.

Owszem, są ludzie, którzy dzięki pornografii odnajdują swoją seksualną tożsamość, są pary, które lepiej przeżywają swój seks. A z drugiej strony – jest mnóstwo ludzi w internecie, którzy decydują się zerwać radykalnie z pornografią, tak zwany ruch No Fap („bez onanizmu” – przyp. JP). Te osoby mówią, że pornografia uniemożliwia im spełnienie seksualne – normalny seks przestaje być dla nich albo atrakcyjny, albo w ogóle możliwy.

Wracając do recesji seksualnej, o której mówiłem na początku: znamienne jest to, że coraz częściej to mężczyźni unikają seksu. Czy możemy mówić o kryzysie męskości?

Mówienie o tym kryzysie męskości jest nieco niebezpieczne. To raczej ogólny kryzys tożsamości. I mężczyźni, i kobiety są w takiej sytuacji kulturowej, że istnieją wobec nich sprzeczne oczekiwania. Mężczyźni muszą być z jednej strony mili i sympatyczni, muszą zajmować się dziećmi, a z drugiej strony – muszą dużo zarabiać. Ale i kobiety już teraz muszą dużo zarabiać, a jednocześnie być dobrymi matkami. Wszyscy jesteśmy ofiarami tej zróżnicowanej, niejednoznacznej, rozhisteryzowanej presji.

A dlaczego to mężczyźni uciekają z sypialni? Przyczyn jest wiele. Od zdrowotnych, przez zmęczenie, bo rzeczywiście ludzie mają teraz bardzo dużo pracy, do właśnie pornografii, która przytępia potrzeby seksualne. Mężczyzna przychodzi do domu, ogląda porno, i co prawda nie jest w pełni usatysfakcjonowany, ale może w spokoju pójść spać.

Zwróciły moją uwagę takie dane z raportu Pornhub: od lat do najbardziej popularnych należą filmy z tagami „MILF” („seksowna mamuśka”) i „step mom” („macocha”), czyli filmy z dojrzałymi kobietami. To zadaje kłam stereotypowi popkultury, że atrakcyjne są tylko młode osoby.

Tak, ale wśród popularnych kategorii jest też „teen” (nastolatka) czy „step daughter” (pasierbica)…

To tak, jakby relacja erotyczna, która powinna być partnerska, przybierała formę relacji ojciec-córka albo syn-matka…

Jest taka teza, że im bardziej kultura kładzie na coś nacisk, tym bardziej pornografia stawia temu opór. Jeśli na przykład domagamy się pełnej równości społecznej, to w zakładce incognito wolimy oglądać podległość rodem z „50 twarzy Greya”. Poza tym tabu kulturowe mści się poprzez porno, a relacje międzypokoleniowe są właśnie takim tabu. Co więcej, szok związany z łamaniem tabu wnika w seksualność kształconą na porno i zmienia młodym ludziom wzorzec pożądania. Oni potem szukają rzeczy coraz bardziej dziwnych, coraz „mocniejszych”, waniliowy seks na ekranie ich już nie zadawala.

Podobnie mówi prawica, krytykująca parady równości, na których pojawiają się osoby w wyzywających strojach, na przykład drag queens. Wskazuje się na niebezpieczeństwo wczesnej seksualizacji dziecka. Zgadza się pani, że to zagrożenie?

Nie chcę porównywać tych dwóch rzeczy. Korzystanie z pornografii to bardzo specyficzna sytuacja, w której użytkownik jest sam, naprzeciwko komputera. To nie jest bodziec dany z zewnątrz, jak skąpo ubrana drag queen, ujrzana przypadkiem na przechodzącej obok paradzie; takie sytuacje nie zmieniają naszych seksualnych wzorców. Porno natomiast to bodziec, którego użytkownik aktywnie szuka i ma w tej kwestii – to właśnie jest według mnie takie niebezpieczne — absolutną sprawczość.  To, że jesteśmy konfrontowani ze scenami drastycznymi czy seksualnymi w życiu, to naturalny stosunek między życiem a człowiekiem – rzeczywistość mi się narzuca, a ja, kształtując się jako człowiek, muszę na to jakoś odpowiadać, jakoś z tą rzeczywistością negocjować. W przypadku pornografii mogę wybrać sobie seksualne przeżycie w najdrobniejszych detalach, i to jest właśnie złe.

Kiedyś przeczytałam w “New York Timesie”, że w USA istnieją „porn teachers”, którzy jeżdżą od szkoły do szkoły i opowiadają, że w porno nie wszystko wygląda tak, jak w rzeczywistości, że jest to wyidealizowane, sztuczne, że pracownicy i pracownice tego biznesu często podlegają jakimś nadużyciom

Dlaczego?

Żeby mieć głębokie relacje z ludźmi, musimy być gotowi na to, że rzeczywistość nie jest w pełni kształtowalna, że seks nie jest dokładnie taki, jaki by się chciało, że kobieta nie jest dokładnie taka, jaką by się chciało, że ma swoje problemy, że mój partner ma swoje problemy, że wszystko w związku jest negocjacją, mocowaniem się, przeciąganiem liny. Jeśli zaś stawiam się w sytuacji tucznej gęsi, której bez żadnego wysiłku wpada do żołądka wybrane przez nią danie, obrastam metaforycznym tłuszczem, który czyni mnie niezdolną do utrzymywania prawdziwych relacji. Boli mnie to, że o ile kiedyś nastoletnie dzieciaki nie mogły ot tak sobie przeżyć emocji seksualnych; musiały się nad tym napracować i naszukać, ucząc się w ten sposób życia i kształtując charakter – to dziś dostają te same emocje za darmo w wieku lat 11, bez żadnej nauki, bez żadnego wydatku energii; wystarczy, że wyjmą smartfona.

Co więc możemy zrobić w społeczeństwie, co może zrobić rodzina, szkoła, organizacje pozarządowe, rząd, państwo, aby zapobiegać kryzysowi więzi, kryzysowi intymności?

Szukam ciągle odpowiedzi na to pytanie. Kiedyś przeczytałam w “New York Timesie”, że w USA istnieją „porn teachers”, którzy jeżdżą od szkoły do szkoły i opowiadają, że w porno nie wszystko wygląda tak, jak w rzeczywistości, że jest to wyidealizowane, sztuczne, że pracownicy i pracownice tego biznesu często podlegają nadużyciom. Z jednej strony to świetny pomysł, a z drugiej strony jednak to ogromna kapitulacja kulturowa. Zamiast powiedzieć ludziom: „słuchajcie, uprawiajcie seks zamiast oglądać porno”, oni jeżdżą i mówią, o czym należy pamiętać, oglądając porno…

Może metodą jest powrót do tradycyjnych wartości?

Ale jak? Kiepsko tu widzę rozwiązania siłowe. Zresztą tradycyjne wartości mają tu też sporo za uszami, często próbują ludzi odizolować nie tylko od porno, ale i od seksu, powodując innego rodzaju „backlash”. Musielibyśmy pewnie zacząć od próby zaradzenia kryzysowi więzi jako takiemu, co oczywiście jest niezwykle trudne w sytuacji, gdy dostępna jest natychmiastowa gratyfikacja w tak wielu dziedzinach życia. Na pewno widzę tu rolę szkoły. Mój syn chodził do przedszkola w Stanach i piękne było to, że dzieci były tam kształtowane w duchu obywatelskiej wspólnoty. Wiedziały na przykład, że to, że komuś jest w grupie przykro, to jest to problem całej grupy; wiedziały, że grupa się zajmie nimi, kiedy to im będzie przykro. Od takiej społeczności, oczywiście jeżeli uda się te zwycięstwa utrzymać na dalszym poziomie edukacji, nie trzeba uciekać do wirtualu. Bo im łatwiej uciec od więzi, tym ważniejsze te więzi muszą się dla nas stać, żebyśmy ich nie porzucili na rzecz sztucznych spełnień.

ukończyła MISH na Uniwersytecie Warszawskim, uczęszczała do European College of Liberal Arts. Doktorat z filozofii napisała na Boston University. Wykładała filozofię na Northeastern University i Uniwersytecie Warszawskim. Publicystka Dziennika Gazety Prawnej i Pisma.
główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Tygodnik Powszechny"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Erotyczne przemeblowanie umysłu”

  1. Krzysztof82 pisze:

    Nie mamy czasu na związki i miłość bo jesteśmy zapracowani? Poświęcanie ogromu czasu na rozrywkę online chyba świadczy o czymś przeciwnym. Przeliczając okres spędzany w ciągu miesiąca przed komputerem czy smartfonem przez wielu współczesnych (nie tylko młodych) ludzi zebrałby się dobry etat. I czy pokolenia żyjące przed nami faktycznie były mniej zapracowane? Jeszcze nasi rodzice i dziadkowie pracowali niekiedy po 12-14 godzin dziennie w przemyśle (w tym soboty), a na wsi znój wokół gospodarstwa trwał praktycznie od świtu do zmierzchu. Ale nikt nie doszukiwał się wśród nich “kryzysów” emocjonalnych. Jeżeli mówimy o destrukcyjnym wpływie tzw. rewolucji seksualnej na współczesne społeczeństwa zachodnie to w pierwszej kolejności wyłania się z niej egoizm niszczący relacje międzyludzkie. Sprzyja mu nie tyle brak wolnego czasu tylko jego nadmiar przerywany pracą i życiem, w których współcześni widzą znaczniej mniej sensu, niż ich poprzednicy. Rynek wkroczył tutaj jako fałszywy substytut tej emocjonalnej i duchowej pustki wypełniając ludzką egzystencję konsumpcyjną pseudokulturą, w której człowiek nabrał znaczenia merkantylnego. Stał się towarem do wyboru i wymiany jak ciasteczka czy spodnie w supermarkecie, a w końcu wirtualny partner seksualny. W takich warunkach trudno oczekiwać budowania przez ludzi trwałych związków, które oparte muszą być nie tylko na miłości, ale na zaufaniu, szacunku, cierpliwości, poświęceniu czy odpowiedzialności. Tymczasem współczesny świat kultury masowej zbudowany został na całkowitej opozycji wobec tych wartości. Niestety, szkoła to bardzo wadliwa instytucja, która od lat zawodzi nawet na etapie podstawy edukacyjnej, stąd trudno spodziewać się po niej pomyślnej roli wychowawczej. Wręcz przeciwnie, to właśnie w szkole dochodzi najczęściej do ukształtowania obywatela-konsumenta, pozbawionego zdolności do samodzielnej refleksji, wyobraźni czy odpowiedzialności. Jedyną społeczną komórką zdolną do wychowania człowieka i nauczenia go życia może być rodzina. Niestety, pada ona ostatnią ofiarą dekad inżynierii społecznej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz