Newsletter

Empatia, głupcze !

Podczas zajęć ze studentami uczelni medycznych, po wypowiedzeniu tyrady na temat medycyny skupionej na pacjencie, szybko słyszę pytanie: jak to zrobić w czasie 10-minutowej wizyty lekarskiej. Odbijam piłeczkę: po prostu trzeba.

 

Ten artykuł powstał dzięki hojności Darczyńców NK. Zostań jednym z nich!

 

Przykłady zaburzonej relacji między lekarzami, pielęgniarkami, ratownikami itp. a ich pacjentami co rusz zalewają Internet. Niedawno wydana książka Pawła Reszki „Mali bogowie”  i film Patryka Vegi „Botoks” tylko dolały oliwy do ognia złości pacjentów i socjologów zajmujących się medycyną. Wydaje się, że problem od kilku lat narasta. W raporcie OECD „Health at glance” z 2017 r. Polska jest w ogonie krajów europejskich, jeśli chodzi o angażowanie pacjenta w podejmowanie decyzji dotyczących opieki i leczenia – czyli podstawowej umiejętności nawiązywania kontaktu z chorymi. Zaledwie 47,9 proc. polskich lekarzy podjęło taką próbę wobec średniej OECD wynoszącej 83,1 proc. Co więcej, w porównaniu do 2010 roku współczynnik ten nieznacznie spadł. Dla porównania, drugi „najgorszy” kraj w badanej próbie OECD-17 (siedemnastu państw), Norwegia, współczynnik konsultacji z pacjentem miał na poziomie 79 proc. Na czele stawki były Wielka Brytania (88,9 proc.), Portugalia (90,9 proc) oraz Belgia i Luksemburg (ok. 95 proc).

Dlatego socjologów nie dziwią przypadki zaburzonej relacji, podawane w kolejnych badaniach i publikacjach. Choćby taki: Maria Libura i Katarzyna Jankowska w badaniu „Przekazywanie wiadomości o zaburzeniu genetycznym – doświadczenia polskich rodziców i opiekunów” opisują, jak pewna lekarka poszukiwała przyczyny złego stanu zdrowia noworodka. Podczas pobytu dziecka z rodzicami w szpitalu wparowuje na salę z papierami w ręku, radośnie wołając „Bingo! Strzał w dziesiątkę”. Strzałem była ciężka choroba genetyczna, zdiagnozowana i entuzjastycznie przekazana rodzicom. Wielu chorych na nieuleczalne stwardnienie boczne zanikowe (SLA) o diagnozie dowiedziała się na korytarzu, podczas krótkiej rozmowy z lekarzem który oznajmiał „że na tym kończymy leczenie u nas, bo nie da się już nic zrobić”.

Empatii trzeba się nauczyć

Co zrobić z tą falą znieczulicy, która przelewa się przez polskie szpitale i przychodnie? Smutna prawda jest taka, że pokolenia, które od lat leczy, łatwo zmienić się nie da. Pozostaje mieć nadzieję, że z lepszymi zarobkami i narastającymi wymogami rynkowymi, także stawianymi przed szpitalami publicznymi, zmieni się nastawienie niektórych specjalistów. W końcu model nauczania empatii wywodzi się głównie z USA, gdzie pacjent jest też klientem. Inną nadzieją jest, mimo wszystko nieszczęśliwa dla pacjentów i lekarzy, presja prawna. Liczba pozwów sądowych przeciwko lekarzom rośnie. Tymczasem z badań wynika, że lekarz nauczony odpowiedniej komunikacji z pacjentem i empatii ma tych pozwów mniej. Jest to istotne do tego stopnia, że w USA taki przeszkolony lekarz płaci mniejsze ubezpieczenie OC. Co równie ważne, taki lekarz jest też mniej narażony na wypalenie zawodowe. Empatia nie oznacza bowiem zbyt dużego zaangażowania się w relacje z pacjentem, a przeciwnie: lepszą kontrolę nad emocjami i profesjonalizm, które prowadzą do wyższej satysfakcji z pracy, minimalizując błędy medyczne.

Nadzieja jest jednak w młodym pokoleniu i programie nauczania. Podczas zajęć ze studentami uczelni medycznych, po wypowiedzeniu tyrady na temat medycyny skupionej na pacjencie, empatii, budowaniu relacji, szybko słyszę pytanie: jak to zrobić w czasie 10-minutowej wizyty lekarskiej. Odbijam wtedy piłeczkę: po prostu trzeba. I jest to możliwe. Bo empatii można, a nawet trzeba się nauczyć. I służą temu konkretne procedury i protokoły, które wdrukowane nawet na pamięć, pozwolą opanować niejedną trudną sytuację. I to jest odpowiedź na pytanie, jak to zrobić w 10 minut – nauczyć się tego na studiach, przećwiczyć na specjalizacji, wdrożyć w praktyce. Tak proste i skomplikowane zarazem. Nie możemy jednak pozwolić sobie na kształcenie świetnych lekarzy, którzy w kontaktach z pacjentem postępują w sposób niekontrolowany i niepowtarzalny. Nie ma miejsca na przypadek. Nie wolno liczyć na to, że ktoś ma odpowiednią osobowość.

Co zrobić z tą falą znieczulicy, która przelewa się przez polskie szpitale i przychodnie? Smutna prawda jest taka, że pokolenia, które od lat leczy, łatwo zmienić się nie da.

Wiadomo, że w medycynie niezbędna jest pewna liczba „psychopatów”, zdolnych podjąć trudną decyzję ratującą życie i wdrożyć ją bez mrugnięcia okiem (np. w chirurgii). Ale nawet ich trzeba nauczyć, jak leczyć człowieka, a nie naprawiać ciało. Ważny przykład podejścia do pacjenta z szacunkiem przekazał mi niedawno pewien lekarz. Podczas operacji szczególnie trudnego przypadku, natrafił na niespodziewanie duży guz, którego usunięcie mogło doprowadzić do upośledzenia jednej z funkcji organizmu. Sytuacja wydała się patowa: pacjent zaintubowany, w pełnej narkozie leży na stole operacyjnym. Otwarte ciało, a w nim niezwykle ważna decyzja do podjęcia. Jak zareagował lekarz? Przerwał operację, by wybudzić pacjenta, przekazać mu możliwe konsekwencje zabiegu i pozwolić podjąć w pełni świadomą decyzję.

Na ratunek – protokoły

Dobrych przykładów komunikacji z pacjentem i świetnych empatycznych lekarzy oczywiście też nie brakuje. Pokazują to podobne sytuacje jak ta wspomniana przed chwilą, czy pozytywne przykłady z badań, choćby krótkie zdanie wypowiedziane przez lekarza, zanotowane przez chorego: „Jesteśmy tu dla ciebie i będziemy cię wspierać” (z tego samego badania M. Libury i K. Jankowskiej).

Pierwszy krok to stosowne miejsce i czas spotkania z pacjentem, dające poczucie intymności.

Ale takich reakcji raczej nie nauczymy się w tradycyjnej szkole medycznej. One wymagają doświadczenia i mistrza, który przekaże, że właśnie tak należy postępować, oraz zasad. A gdy brak doświadczenia i mistrza, pozostaje wiedza – i tu pojawia się nauczanie empatii. Można je rozpocząć od studiowania przypadków klinicznych, analizowania dobrych i złych decyzji, by samemu na zimno odpowiednio skalkulować, kiedy dać pacjentowi przestrzeń do decyzji. Można też nauczyć się konkretnych reakcji i sposobu komunikowania się z chorymi. Przykładem takiej metodologii są protokoły przekazywania trudnych informacji, zawierające w sobie krok po kroku zasady, wedle których trzeba postępować, by właściwie, czyli empatycznie i mając pacjenta w centrum swoich działań, przekazać trudną informację.

Przykładowo, najbardziej znany protokół „SPIKES” składa się z 6 punktów, które muszą być spełnione, by przekazywanie niepomyślnej diagnozy pozostawało pod kontrolą lekarza, nie sytuacji.

Pierwszy krok to stosowne miejsce i czas spotkania z pacjentem, dające poczucie intymności.  Lekarz powinien przeznaczyć czas tylko dla chorego, wyłączając telefon i zapewniając, że nikt nie wejdzie do pomieszczenia w czasie rozmowy.  Lekarz musi być spokojny i opanowany, a rozmowa musi przebiegać na siedząco, bez barier fizycznych w postaci wielkiego biurka. Rozmawiając należy utrzymywać kontakt wzrokowy, nie chować się za dokumentacją.

Następnie przed przekazaniem kluczowej informacji należy dowiedzieć się, co chory wie o swojej sytuacji, zadając konkretne pytania otwarte, np. co myśli pan o stanie swojego zdrowia? Co wie pan o swojej chorobie? Jak pan myśli, dlaczego zleciliśmy panu tyle badań?

Lekarz powinien przeznaczyć czas tylko dla chorego, wyłączając telefon i zapewniając, że nikt nie wejdzie do pomieszczenia w czasie rozmowy

Pozwalając choremu, bez przerywania wypowiedzieć się na temat swojej wiedzy, lekarz może ocenić, jak silnym ciosem będzie dla pacjenta diagnoza. Na kolejnym etapie oceniamy, ile chory chce wiedzieć na temat swojego stanu. A może woli, by przekazać tę informację rodzinie? Po wstępnym rozpoznaniu, oddawany jest tzw. strzał ostrzegawczy, czyli pierwszy sygnał o niepomyślnym charakterze wiadomości, np.: „Wyniki pana badań nie są najlepsze. Sytuacja wygląda poważniej, niż się spodziewaliśmy”.

Wystarczą 3 minuty

Po tej zaprogramowanej sentencji czekamy na reakcję pacjenta i jego prośbę o kontynuowanie. I dopiero po jego przyzwoleniu, należy przekazać informacje w sposób możliwe zwięzły i dopasowany do możliwości poznawczych pacjenta. Istotne jest też, by jeśli to możliwe, pacjent pierwszy wypowiedział słowa kluczowe typu rak, przerzuty, nowotwór itp

.Dzięki temu, „wina” za chorobę nie spada na posłańca złej wiadomości. Ważne jest więc, by nie forsować niepomyślnej informacji, by nie wywołać mechanizmów obronnych u chorego.

Po przekazaniu diagnozy jest czas na emocje chorego, które należy przeczekać w milczeniu. To czas, żeby je zidentyfikować – czy to złość, gniew, a może strach – i poszukać ich przyczyny. Na końcu następuje, nawet w beznadziejnych przypadkach, moment nadziei, czyli plan postępowania, choćby leczenia paliatywnego.

W symulacji przeprowadzenie takiego szczegółowego scenariusza zajmuje nawet około 3 minuty. Czy to naprawdę za wiele, żeby postąpić właściwie w stosunku do potrzeb i emocji pacjenta?

Trzeba też być pewnym, że pacjent zapamiętał kluczowe informacje. Nawet, jeśli będzie to zaledwie kilkanaście procent. Dlatego należy być gotowym na kolejne spotkanie, podczas którego chory przyjdzie z gotową listą pytań dotyczących planu leczenia.

W symulacji przeprowadzenie takiego szczegółowego scenariusza zajmuje nawet około 3 minuty. Czy to naprawdę za wiele, żeby postąpić właściwie w stosunku do potrzeb i emocji pacjenta? Jest to niezwykle istotne. Wymaga jednak wdrożenia do programów nauczania w Polsce. Jeśli to się uda, ważna bariera współczesnej medycyny, jaką jest dehumanizacja, zostanie ukruszona. Z korzyścią nie tylko dla chorych, ale i dla personelu medycznego.