Newsletter

Ekonomia jest kobietą?

Czy może wyjść coś dobrego z feminizmu? W dziedzinie ekonomii – choćby docenienie pracy domowej czy zauważenie wpływu zarobków na decydowanie w rodzinie. Choć traktowanie ekonomii feministycznej jako odrębnej szkoły może być szkodliwe

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Ekonomia głównego nurtu podgryzana jest z różnych stron. Przegląd najważniejszych kierunków opozycyjnych wobec mainstreamu można znaleźć w zbiorze „Pomyśleć ekonomię od nowa”, opublikowanym niedawno przez Wydawnictwo Ekonomiczne „Heterodoks”. Czego tam nie ma – od marksizmu po szkołę austriacką, przez ekonomię instytucjonalną czy behawioralną: wszyscy podważają główne założenia ekonomii neoklasycznej. I bardzo dobrze – nie tylko dlatego, że nie da się traktować modelowych założeń ekonomii głównego nurtu jako opisu rzeczywistości (nie istnieje choćby konkurencja doskonała), ale także dlatego, że różne niszowe kierunki wnoszą wiele do jej zrozumienia nawet, jeśli nie idziemy na zderzenie czołowe z mainstreamem. Przykładowo, politolog Elinor Ostrom wniosła wiele do zrozumienia, jak wykorzystywane są wspólne zasoby. Ludzie często współpracują ze sobą, zamiast czekać, aż np. drogę zbuduje ktoś inny. A w organizacji tego typu rozwiązań pomagają dobrze funkcjonujące instytucje.

Strukturalny element

Ostrom jest do tej pory jedyną kobietą wśród laureatów „ekonomicznego Nobla”. Feministki chętnie stwierdziłyby pewnie, że to jeden z powodów, dla których to właśnie ona doszła do takich, a nie innych wniosków. Ekonomia jest bowiem ich zdaniem silnie zmaskulinizowana (co jest faktem), a efekty są takie, że i założenia, jakich się trzymają badacze, czy też tematy, jakie poruszają, są „męskie” (co już jest dyskusyjne). Przykładem jest choćby homo oeconomicus, czyli ekon, jak pogardliwie nazwaliby go przedstawiciele ekonomii behawioralnej. Jak pisze Susan Himmelweit w rozdziale „Pomyśleć ekonomię od nowa”, poświęconym ekonomii feministycznej, „dokonuje [on] transakcji rynkowych, dzięki zatrudnieniu zarabia środki na swoje utrzymanie, a zarobione pieniądze wydaje na zakup dóbr konsumpcyjnych. Jednostka ta nie wykonuje pracy domowej, nikim się nie opiekuje, nie mówiąc już o rodzeniu dzieci”. Słowem – to beztroski, zdrowy męski singiel pozbawiony więzi z rodzicami, niczym bohater serialu o osiągających sukcesy zawodowe przedstawicielach klasy średniej. Takie ujęcie powoduje, że z horyzontu ekonomistów głównego nurtu znika perspektywa tych elementów, które stanowią o zaspokajaniu naszych codziennych potrzeb, bez względu na etap naszego życia – od prac domowych po opiekuńcze. Co tu dużo mówić: w większym stopniu zajmują się nimi kobiety niż mężczyźni, co szczególnie widać na przykładzie opieki nad dziećmi czy starszymi członkami naszych rodzin. W tym pierwszym przypadku warto zauważyć, że urlop rodzicielski – który przysługuje zarówno tatom, jak i mamom, biorą przede wszystkim matki (402,4 tys. wobec 4,2 tys. ojców w 2017 roku – ostatnim pełnym, co do którego mamy dane); z kolei opieka nad niedołężnymi rodzicami spada z reguły na córki i to na nie (tak wynika np. z badań GUS) osoby starsze częściej liczą w przypadku pomocy.

Urlop rodzicielski – który przysługuje zarówno tatom, jak i mamom, biorą przede wszystkim matki (402,4 tys. wobec 4,2 tys. ojców w 2017 roku); z kolei opieka nad niedołężnymi rodzicami spada z reguły na córki

Takie podejście przekłada się zarówno na badania ekonomiczne, jak i na praktykę choćby polityki społecznej. Moja żona opiekująca się dzieckiem w trakcie, gdy piszę ten artykuł, ze statystycznego punktu widzenia nie wytwarza PKB (podobnie, gdy zadania podzielone są odwrotnie); jednak gdybyśmy zatrudnili nianię, a żona w tym czasie zarabiałaby pieniądze, całą trójką radośnie powiększalibyśmy statystyczny dobrobyt narodu. Z praktycznego punktu widzenia dzietność jest traktowana jako coś przynależnego do czasu wolnego. Tę lukę zalepić chcą przedstawicielki i przedstawiciele ekonomii feministycznej, która „uznaje relacje płciowe za strukturalny element każdej gospodarki”.

Dla kogo płeć ma znaczenie?

Badania nad zależnością między płcią a gospodarką prowadzone są od lat, a jedną z pierwszych książek traktujących temat całościowo była „If Women Counted” nowozelandzkiej ekonomistki Marilyn Waring. Przedstawiciele ekonomii feministycznej często powołują się także na Amartyę Sena, noblistę z ekonomii, który część swoich badań poświęcił tym zależnościom – jednak w jego przypadku trudno mówić o uczynieniu z relacji płciowych głównej perspektywy badawczej. Między wskazaniem, że relacje między kobietami a mężczyznami mają wpływ na gospodarkę, a uznaniem, że jest to element na tyle ważny, by zrobić z niego główny punkt odniesienia, jest jednak cienka linia.

Jak do tego ma się „ekonomia feministyczna”, najlepiej prześledzić na przykładzie. Jednym z dowodów na istnienie dyskryminacji ze względu na płeć na rynku pracy jest istnienie tzw. luki płacowej (gender pay/wage gap), która wynosi, w zależności od państwa, od kilku do kilkunastu procent. Ma ona świadczyć o tym, że kobiety dostają mniejsze wynagrodzenie za taką samą pracę na takich samych stanowiskach, co mężczyźni. Jednak gdy rozłożymy sprawę na czynniki pierwsze, okaże się, że źródłem tego jest coś więcej, niż po prostu gorsze traktowanie kobiet. Już w opublikowanej prawie 20 lat temu książce „Oni wiedzą lepiej” Thomas Sowell wskazywał, że gdy porównamy do siebie bezdzietnych i bezżennych/niezamężnych pracowników akademickich, okaże się, że luka w tym wypadku nie istnieje. Także gdy spojrzymy na bardziej świeże dane – np. wyniki badań Erlinga Bartha, Sari Pekkali Kerr i Claudii Olivetti, opublikowanych w 2017 roku przez amerykańskie National Bureau of Economic Research, okaże się, że luka dotyczy przede wszystkim mężów i żon z wyższym wykształceniem. Kobiety, które „odchowały” dzieci, wracają do pracy – i wtedy ewentualnie dostają mniejsze pieniądze.

Luka dotyczy przede wszystkim mężów i żon z wyższym wykształceniem. Kobiety, które „odchowały” dzieci, wracają do pracy – i wtedy ewentualnie dostają mniejsze pieniądze

Z czego to się bierze? „Wyniki sugerują, że podział pracy w małżeństwach może ograniczać wybory kobiet w życiu zawodowym, dotyczące zmiany pracy, i jest to ważny czynnik powiększania się luki płacowej” – piszą Barth, Kerr i Olivetti. Kobiety, gdy mogą, częściej wybierają pracę, dającą się pogodzić z obowiązkami rodzinnymi. Ponadto na płacę wpływ ma także staż pracy: jeśli więc na tym samym stanowisku zatrudniamy osobę, która ma za sobą dziesięć lat pracy w branży i doszkalania oraz osobę, która w tym okresie głównie zajmowała się dziećmi – wówczas często ta pierwsza dostaje wyższe wynagrodzenie. A tak się składa, że tą drugą osobą zdecydowanie częściej jest kobieta.

EF-ka (czyli „ekonomistka/ekonomista feministyczna/y”, bez względu na płeć) powie w takiej sytuacji, że ma to negatywny wpływ na dochody kobiety – co jest efektem niebrania pod uwagę jej wcześniejszej pracy domowej. I co z tego? – możemy odpowiedzieć: pracodawca nie zatrudnia kobiety do opieki nad jej dzieckiem, płaci tylko za to, co ona wypracuje dla niego. Poza tym i tak nie ma to znaczenia – bo jeśli mówimy o matkach i żonach, ich dochody są de facto częścią większego budżetu domowego, na który składają się pieniądze wypracowane przez oboje małżonków, a czasem także żyjących jeszcze w domu pochodzenia dzieci. Są to więc pieniądze wspólne, wydawane na wspólne potrzeby. I tu cię mam – powie ekonomista feministyczny, bowiem, jak pisze Himmelweit, „gospodarstwo domowe nie jest podstawową jednostką gospodarki” – decyzje podejmują jednostki, nawet jeśli umieszczone jest to w kontekście relacji rodzinnych.

Kto ma kasę, ten ma władzę

Sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, bo jednocześnie dla EF-ki „za lepszą i bardziej adekwatną podstawę myślenia o społeczeństwie i jego poprawie przyjmuje się uznanie współzależności między ludźmi”. Każdy człowiek wie, że w rodzinach – wyłączając może najbardziej skrajne przypadki jednoosobowej tyranii – podejmuje się decyzje w różny sposób, ale z reguły wypracowując konsensus lub przynajmniej kompromis. Badania wskazują jednak na to, że to, ile dana osoba zarabia, ma wpływ na jej udział w podejmowaniu decyzji w ramach rodziny. I tak David W. Johnston, Sonja C. Kassenboehmer i Michael A. Shields piszą w artykule „Financial Decision-Making in the Household”, opublikowanym w 2016 roku w „Journal of Economic Behaviour & Organization”, że na podstawie ankiet przeprowadzanych w Australii doszli do wniosku, iż „wyżej wykształcone kobiety, zatrudnione i zarabiające więcej, wyraźnie rzadziej są w związkach, w których to mężczyzna jest głównym decydującym [w kwestiach finansowych]”. Jest to zjawisko niezależne od kultury – analogiczne wnioski można przeczytać w innych świeżych artykułach naukowych, dotyczących sytuacji we Włoszech („Who holds the purse strings within the household?” G. Bertocchiego i innych, „Journal of Economic Behaviour & Organization”, rok 2014), w Meksyku czy w Indonezji.

To fascynujący temat do badań na przykład na gruncie teorii wyboru publicznego. Jednym z pionierów teorii w tej dziedzinie był noblista z ekonomii, profesor Gary Becker, współtwórca „nowej ekonomii gospodarstwa domowego”, który tematowi poświęcił cały „A Treatise on the Family”. Z tego, co pisze, nie musi to mieć znaczenia. Feministki muszą zgrzytać zębami, gdy czytają, jaki proponuje model wyjściowy: złożony z „altruistycznego rodzica” oraz „egoistycznych, ale racjonalnych dzieci”, przy czym w małżeństwie rolę tego pierwszego może odgrywać jedno z małżonków (w artykule „A Theory of Social Interactions” Becker bodaj tylko raz pisze, że może to być „ona”). Ów altruistyczny rozdziela dochód osiągany przez wszystkich. W tym układzie wszyscy członkowie rodziny mogą korzystać na wzroście użyteczności „głowy” rodziny, nawet jeśli bezpośrednio maleje ich konsumpcja – „przykładowo, gdy on odnosi korzyść z czytania w nocy, jego żona także, ponieważ ta jego korzyść z nadwyżką rekompensuje jej utratę przez nią snu”.

Himmelweit wskazuje na współzależność między wzrostem odsetka zatrudnionych matek dzieci w wieku przedszkolnym w latach 90-tych XX wieku ze spadkiem odsetka osób, które zgadzały się ze stwierdzeniem, że zatrudnienie takich matek jest dla ich dzieci szkodliwe

Cóż, w życiu bywa różnie. Uroczo wygląda próba wtłoczenia przez Beckera wielce złożonych relacji rodzinnych w twierdzenia matematyczne. Jeśli przyjmiemy jednak, że noblista ma rację, pojawia się pytanie, skąd bierze się to, że w sytuacji zerojedynkowej relatywnie więcej kobiet zostaje w domu niż pracuje – co oczywiście przekłada się na dysproporcje finansowego wkładu do budżetu domowego? Becker odpowie, że nawet niewielkie przewagi komparatywne mogą przekładać się na duże przewagi w użyteczności dla rodziny (trywializując: „kochanie, oboje świetnie sprawdzamy się w pracy i oboje umiemy gotować, ale ty robisz to ostatnie lepiej, więc…”). Z kolei EF-ki powiedzą, że to wszystko jest kwestią zmiennych norm społecznych. Na przykład Himmelweit wskazuje na współzależność między wzrostem odsetka zatrudnionych matek dzieci w wieku przedszkolnym w latach 90-tych XX wieku ze spadkiem odsetka osób, które zgadzały się ze stwierdzeniem, że zatrudnienie takich matek jest dla ich dzieci szkodliwe.

Z drugiej strony nie ma obiektywnego powodu, dla którego kobiety miałyby uważać, że dla ich dzieci lepiej będzie, jeśli pójdą do przedszkola, a one zajmą się pracą zawodową. Przyjmowanie, że za wszystko odpowiada norma społeczna, jest także krzywdzące dla tych kobiet, które wolałyby zostać w domu niż iść do pracy nie dlatego, że czułyby się winne w oczach społeczeństwa, ale dlatego, że same uważają, że tak będzie – z różnych powodów – lepiej. Ponadto o tym, jak oceniamy opiekę przedszkolną, decyduje także jej jakość, dostępność i cena. EF-ki o tym wiedzą – jak pisze Himmelweit, uważają oni/one, że „zaopatrywanie w opiekę to alternatywny model pracy i produkcji”, niedoceniany przez polityków, a wpływający na dobrostan zarówno kobiet, jak i tych, którzy wymagają opieki. To element nie tylko teoretyczny (usługi opiekuńcze różnią się od innych usług z uwagi na to, że prowadzą do powstania osobistej relacji – dodam od siebie, że nie zawsze, ale po prostu częściej), ale także praktyczny, bowiem idzie za nim postulat zwiększenia nakładów publicznych na instytucje opiekuńcze, jednak zarówno od strony materialnej, jak i osobowej.

Sam chętnie przeczytałbym wyniki badań (albo ich nie znalazłem, albo takich nikt nie przeprowadził) na temat tego, na ile nieodpłatna praca domowa „niepracującego” małżonka wpływa na wydajność pracy zarobkowej „pracującego”

Widzące jednym okiem?

EF-ki poruszają liczne ważne problemy i oświetlają wiele kwestii z innej niż dotychczas strony. Interesującym elementem, które wniosły/wnieśli do ekonomii jest choćby podkreślenie gospodarczej wagi tzw. pracy opiekuńczej – w domu nieopłacanej i nieujmowanej w statystykach, a przecież tak istotnej dla dobrostanu społecznego. Sam chętnie przeczytałbym wyniki badań (albo ich nie znalazłem, albo takich nikt nie przeprowadził) na temat tego, na ile nieodpłatna praca domowa „niepracującego” małżonka wpływa na wydajność pracy zarobkowej „pracującego”. Można wręcz powiedzieć, że tak rozumiana ekonomia feministyczna – ukazująca, że na dobrobyt rodziny wpływają różne rodzaje działalności, nie tylko te, które można spieniężyć – przybliża ekonomię jej greckiemu źródłosłowowi, czyli nauce o prawach (bądź też zarządzaniu) gospodarstwa domowego. Zanim jednak uznamy za Himmelweit, że każdy ekonomista powinien być ekonomistą feministycznym, warto jednak wskazać na ograniczenia tego nurtu. Przede wszystkim jest on raczej czymś w rodzaju programu badawczego, niż odrębną szkołą, trudno wskazać jego unikalną perspektywę badawczą, zwłaszcza jeśli miałby on próbować całościowo odpowiadać na problemy stojące przed ekonomią. O tym, że płeć ma znaczenie w gospodarce (lub że system gospodarczy wpływa na relacje płciowe) pisał już w mocno zwulgaryzowanej formie Fryderyk Engels w „Pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa”, swego czasu bardzo popularne było także dzieło „Kobieta i socjalizm” Augusta Bebela. Z kolei z liberalnej perspektywy pisał o tej problematyce John Stuart Mill czy też, bardziej oględnie, Ludwig von Mises. Że człowiek nie jest „ekonem”? Wielkie mi odkrycie – to antropologiczna podstawa czy to ekonomii behawioralnej, czy wielu innych nurtów. Tak można dalej wyliczać, aż dojdziemy do wniosku, że EF-ka porusza po prostu tylko jeden z wielu tematów do badań, wedle wzorca „ekonomia a… (polityka, prawo, przyroda, miłość etc.)”. Zresztą nie trzeba się zapisywać do tej szkoły, by zajmować się tą tematyką – bodaj żaden z ekonomistów, na których badania się powołuję (nie licząc popularyzatorskiej pracy Himmelweit), nie określa siebie implicite „ekonomistą/ekonomistką feministycznym/ą”.

Że człowiek nie jest „ekonem”? Wielkie mi odkrycie – to antropologiczna podstawa czy to ekonomii behawioralnej, czy wielu innych nurtów

Kolejnym pytaniem jest to, na ile EF-ce zależy na tym, żeby opisywać świat (czyli na ile nurt wyznawany przez nią/przez niego jest nauką pozytywną), a na ile na tym, żeby go zmienić (normatywną). Oczywiście każdy ekonomista może na podstawie swoich badań wyciągać praktyczne wnioski np. dla polityki społeczno-gospodarczej, jednak tu zbyt często można odnieść wrażenie, że za badaniami stoi teoria czy wręcz projekt społeczny. Dobrobytowi kobiety jako jednostki (którego źródłem ma być emancypacja i finansowa niezależność) mają być podporządkowane inne wartości, łącznie z – takie można odnieść wrażenie – jej własnymi opiniami dotyczącymi np. źródeł dobrobytu jej dziecka. Takie zagrożenie bierze się z tego, że część EF-ek hołduje bardzo konfliktowemu wyobrażeniu relacji damsko-męskich, któremu patronuje wspomniany już wcześniej Fryderyk Engels. Efektem może być babranie się w bebechach niezmiernie delikatnej wspólnoty, jaką jest rodzina, po to, by w imię ideologii ujednolicać unikatowe kształty relacji między małżonkami, rodzicami i dziećmi. Z drugiej strony jednak, ekonofeminizm w wersji light może spotkać się na sojuszniczej płaszczyźnie z… „prorodzinnym” konserwatyzmem, który także docenia wartość pracy domowej – w tym kontekście np. „500+” można traktować jako zapłatę za korzyść społeczną płynącą z opieki nad dziećmi.

Ekonofeminizm w wersji light może spotkać się na sojuszniczej płaszczyźnie z… „prorodzinnym” konserwatyzmem, który także docenia wartość pracy domowej – w tym kontekście np. „500+” można traktować jako zapłatę za korzyść społeczną płynącą z opieki nad dziećmi

Tu jednak także jest pies pogrzebany, bowiem feministyczne recepty w dziedzinie gospodarki dotyczą głównie sfery redystrybucji (i częściowo inwestycji w kapitał społeczny). Środków na przedszkola, przedszkolanki (i „przedszkolanków”) czy świadczeń dla pozostających w domach matek (bądź ojców) nie da się „wyopiekować”; trzeba je, w uproszczeniu, wyprodukować i sprzedać. Na pytanie o wzrost efektywności, EF-ki samodzielnie nie mają odpowiedzi. W końcu zajmują się oświetlaniem ciemnej strony księżyca.

Ekonomia feministyczna może przydać się właśnie jako taka latarka wskazująca niezbadany teren. Jednak – jak każdy kierunek „jednego tematu”, w dodatku silnie nacechowany ideologicznie – powinna być stosowana w rozsądnych dawkach.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej