Dzięki decentralizacji inna polityka będzie możliwa

Jak burmistrz nie klamkuje o rządowe dofinansowanie, to z własnych środków może wyremontować chodnik, bo już nie własną ulicę. Decentralizacja umożliwi zauważenie, że poza metropoliami jest jakaś Polska

Jaka diagnoza stoi za projektem „Zdecentralizowana RP”?

W przekonaniu twórców projektu, myślenie o Polsce ma charakter bardzo centralistyczny, co (i tu krótki przypis historyczny) odziedziczyliśmy trochę po komunizmie, i trochę po II RP. Po zaborach, w kodzie genetycznym urzędników i polityków istniało przekonanie, że to co odmienne, niestandardowe, niespójne jest z gruntu podejrzane. Jednym z większych sukcesów komunistów w ich własnych oczach (ale też w oczach wielu Polaków) było stworzenie jednolitego państwa, jednolitego narodu, wyeliminowanie różnic. Po roku 1989 niewiele się pod tym względem zmieniło: odbudowa samorządu terytorialnego w 1990 r. nie oznaczała zgody na zróżnicowanie ścieżek rozwoju polskich gmin. W 1998 roku dyskusja o województwach zawadzała o histerię. Obawiano się podziału Polski na małe i słabe landy, które później po kawałku zjedzą Niemcy. I tak skończyło się bardzo ułomnymi województwami, które w bardzo małym stopniu są w stanie kreować rozwój regionu, głównie rozdzielają pieniądze unijne.

Poprzedni prezydent Poznania dbał o to, żeby ze wszystkimi się dogadać dla dobra miasta i swojej kariery, a nowy prezydent gra w zupełnie inną grę

Zdecentralizowana Rzeczpospolita to próba pogodzenia wszechobecnego centralistycznego myślenia o Polsce z realnymi różnicami istniejącymi między różnymi kawałkami kraju. Mam tu na myśli głównie różnice dotyczące potrzeb w zakresie rozwoju regionalnego. W tej chwili, nawet jeśli gdzieś ważniejsze są inwestycje w edukację, a gdzieś indziej w infrastrukturę, to i tak nie da się na poziomie regionalnym czy lokalnym realnie podjąć działań, które byłyby zgodne z potrzebami społeczności. Samorządy nie mogą de facto wprowadzać własnych planów rozwojowych, bo o najistotniejszych inwestycja decyduje centrala i centrala zapewnia pieniądze na te mniej istotne. Obecny rząd jeszcze skrócił smycz, na której trzymane są władze samorządowe. Nie tylko nakłada obowiązki i dzieli pieniędzmi według swoich widzimisię, ale też coraz ściślej reguluje sposób wydawania powierzonych środków.

W czym Polska zdecentralizowana będzie lepsza od scentralizowanej? Jakie choroby ma wyleczyć decentralizacja?

Pierwszy i najbardziej fundamentalny problem to to, że rząd centralny ma moc utrudniania życia władzom samorządowym, jeśli są po drugiej stronie politycznej barykady. Samorządowcy z tym sobie radzą, potrafią znaleźć „dojścia” do rządu, ale często zatrąca to zabiegami bliskimi korupcji. Mówiąc w skrócie, szanse rozwojowe województwa lubuskiego zależą od tego, jak zagłosuje Lubelszczyzna. To tylko pogłębia konflikt polityczny w skali kraju.

Tu dochodzimy do drugiego wymiaru decentralizacji: zmniejsza ona temperaturę sporu ogólnokrajowego. Patrząc na postępujący rozłam Polski na dwie części, łatwo sobie wyobrazić, że w interesie PO nie jest dofinansowywanie Podkarpacia. Po co wspierać strukturalnie wrogi region, który nigdy nie dostarczy dużej liczby głosów tej partii.

Tak więc po pierwsze chodzi o odpolitycznienie mechanizmów rozwoju regionalnego – żeby nie był zakładnikiem wojny polsko-polskiej. Wyłączenie rozwoju regionalnego z politycznej konkurencji dwóch wielkich obozów jest pożyteczne nie tylko dla Polaków mieszkających w regionach o wyrazistych preferencjach politycznych, ale dla wszystkich. Podkarpacie powinno być na przykład doinwestowane bez względu na zmiany władz centralnych, choćby dlatego, że jest ważne z punktu widzenia geopolitycznego położenia Polski.

Czyli tak naprawdę nie chodzi o ugaszenie wojny polsko-polskiej, ale o wyłączenie z niej jak największej części polityki.

Tak, można tak powiedzieć. Chodzi o to, żeby ofiarami wojny nie padały elementy, których ona w ogóle nie powinna dotyczyć, jak np. dróg na obszarach peryferyjnych, sieci szkolnej, transportu publicznego. Powierzenie większych kompetencji samorządom pozwoli wyłączyć z walki politycznej więcej elementów życia codziennego obywateli całej Polski, które w miarę możliwości nie powinno zależeć od tego, kto akurat rządzi w Warszawie.

Bardzo dobrze widać, że ludzie lokalnie akceptują pewien poziom korupcji, jeśli miasto się rozwija. Jeśli jest korupcja i nie ma rozwoju, to obywatele tego nie akceptują

Ale skąd pomysł, że ten spór z poziomu centralnego się nie przeniesie po prostu do samorządów? Przecież ludzie pozostaną ci sami, problemy te same, spory światopoglądowe te same. Jedyna różnica to taka, że będzie można się kłócić w szesnastu ośrodkach władzy, a nie w jednym.

Dzisiaj polityka wygląda tak, że dużo łatwiej jest walczyć o „dobro polskich rodzin” przeciwko „LGBT” niż rozliczyć się z opóźnień w inwestycjach drogowych. Do tej pory jednak i wyborcy i samorządowcy wykazywali się w Polsce rozsądkiem. Wyborcy wybierali na burmistrza kandydata, który wyglądał na dobrego gospodarza, i niewielu burmistrzów czy prezydentów było gotowych wchodzić w wojny i konflikty, które nie przekładają się na życie codzienne mieszkańców. Można założyć, że spora część regionalnych działaczy dalej będzie chciała wykazywać się czymś więcej niż obsługą konta na Twitterze, z którą tak świetnie radzą sobie politycy na szczeblu centralnym. Oczywiście im bardziej konflikty ze świata wielkiej polityki wdzierają się w codzienne życie Polaków, tym bardziej będzie opłacało się zarządzać emocjami, a nie inwestycjami.

Jeśli w samorządach pojawi się prawdziwa władza i pieniądze, to pojawią się też takie same problemy, jakie mamy w polityce krajowej.

No, nie można tego wykluczyć, ale jednak dużo łatwiej mówić o wojnie cywilizacji w skali Polski niż w wymiarze np. Wielkopolski. Nieprzypadkowo podaję właśnie ten przykład. Poprzedni prezydent Poznania dbał o to, żeby ze wszystkimi się dogadać dla dobra miasta i swojej kariery, a nowy prezydent gra w zupełnie inną grę. No i tamten przegrał, więc być może ma pani rację, ale jak dotąd działacze samorządowi nie dawali się tak łatwo wciągać w te nowe reguły gry. Bo też prawdę powiedziawszy, jak tylko poddadzą się tej presji, to ich samodzielność polityczna znika. Prezydenci miast do tej pory czerpali swoją siłę z tego, że pokazywali, że bez względu na to, co dzieje się na centralnej scenie politycznej, oni po prostu potrafią zarządzać miastem. Mieszkańcy doceniali to i niespecjalnie interesowało ich z jakiej partii jest dany prezydent.

Im dłużej jesteśmy w systemie, gdzie wszystko zależy od Warszawy, tym większe ryzyko, że ten sposób uprawiania polityki rozciągnie się na regionalne i lokalne polityki publiczne. Pomysł decentralizacji jest po to, żeby dać możliwość uprawiania innej polityki. Paradoksalnie, politykom centralnym powinno to się podobać, bo ktoś będzie dbał o to, żeby drogi były odśnieżone, a oni będą mogli zająć się swoją wojną cywilizacji.

À propos wojny cywilizacji. Na stronie internetowej Zdecentralizowanej RP widzę postulat, żeby np. o statusie mniejszości, aborcji, prawach kobiet można było decydować na poziomie lokalnym. Takich zmian nie da się przeprowadzić bez wielkiej wojny na poziomie centralnym.

Budżety jednostek samorządu poza miastami na prawach powiatu są tak mikre, że nie dają prawie żadnych narzędzi oddziaływania

Akurat regulacja aborcji to jest przykład takich kompetencji, których poza Stanami Zjednoczonymi, a i to w ograniczonym zakresie, nikt nie decentralizuje. Wszystko, co zahacza o podział kulturowy, dotyczy wszystkich Polaków i tutaj różnice nie mają charakteru regionalnego, więc w przewidywalnej przyszłości nie podlega decentralizacji. O tak daleko idących zmianach będzie można mówić, jeśli jednostki administracyjne przekształcą się w prawdziwe wspólnoty. Teraz województwa nimi nie są, są narzędziami do zarządzania kawałkami Polski. Dlatego dziś w decentralizacji chodzi bardziej o skuteczne zarządzanie publiczne niż o jakiś szeroki projekt kulturowy.

To zajmijmy się tym skuteczniejszym zarządzaniem. Proponujecie decentralizację także jako lekarstwo na tzw. zadyszkę instytucjonalną i jako usprawnienie kontroli wydatków publicznych i kontrolę decyzji administracji. Czy nie jest tak, że w dzisiejszych czasach do lepszej kontroli nie jest potrzebne już dzielenie zbiorów na mniejsze, bo mamy do dyspozycji narzędzia technologiczne, takie jak robotyzacja, automatyzacja procesów? Nie wystarczy więcej robotów i większa transparentność?

Ma pani rację i nie ma pani racji. Pewne standardowe procesy można zautomatyzować i to na pewno pomaga też transparentności, natomiast bardziej skomplikowanych spraw nie da się tak łatwo oddać robotom. Przykładowo, ciężko zautomatyzować kontrolę takich decyzji jak wytyczenie przebiegu drogi. A przecież decyzja o tym, którędy będzie przebiegać droga, istotnie wpływa na ceny gruntów. Tu kontrolę i transparentność mogą wymusić tylko wyborcy.

Jeżeli pytanie w podtekście dotyczy korupcji, to bardzo dobrze widać, że ludzie lokalnie akceptują pewien poziom korupcji, jeśli miasto się rozwija. Jeśli jest korupcja i nie ma rozwoju, to obywatele tego nie akceptują. Natomiast w skali kraju tego efektu w ogóle nie da się uzyskać, bo korupcja jest słabo widoczna, rzadko ujawniana. Z tą dopuszczaną przez obywateli dozą korupcji mają sobie radzić wyspecjalizowane służby. I trzeba powiedzieć, że o wiele większe zasługi w walce z korupcją mają regionalne izby obrachunkowe niż Centralne Biuro Antykorupcyjne. W codziennym życiu, to RIO i samorządowe kolegia są władzą, której obawiają się lokalni urzędnicy. To one przez egzekwowanie procedur chronią Polaków przed kradzieżami małą łyżeczką. Dlatego zmniejszenie jednostki, która podlega kontroli politycznej i kontroli fachowej to dobre narzędzie do pilnowania obliczalności odpowiedzialności polityków.

Do jakiego stopnia należałoby przekazać samorządom kompetencje w zakresie decydowania o polityce podatkowej i socjalnej?

Dwa słowa-klucze: minimalny standard i konkurencja.

Jakiś minimalny standard musi być zachowany na terenie całej Polski. Pytanie, jak powinien powstawać: czy musi być dekretowany przez rząd, czy może mógłby powstawać w wyniku ustaleń regionów. Bardzo ciekawie jest to rozwiązane w Niemczech. Tam takie standardy powstają w interakcji rządu federalnego i landów. Ostatecznie, różnice w standardach usług społecznych są tam niewielkie, choć formalnie odpowiadają za to landy.

Tajemnicą rozwoju regionalnego jest konkurencja, czyli to, że ludzie chcą gdzieś mieszkać i są gotowi przeprowadzić się tam, gdzie jest przykładowo wyższy poziom usług publicznych. W Polsce ta konkurencja ma już miejsce, ale raczej wewnątrz województw, w sposób żywiołowy, bez udziału władzy publicznej. I tu przydałoby się jakieś ucywilizowanie tej konkurencji, to znaczy np. zachowanie minimalnych standardów także na terenach pozametropolitalnych. Wymuszanie tego wyłącznie regulacjami rzadko jest skuteczne, stąd choćby pomysł „reaktywacji PKS”, czyli centralnego ustalania, że w powiecie X potrzeba odbudowy połączeń autobusowych. I tak skończy się na przekazaniu pieniędzy samorządom, ale pewnie znowu na warunkach, które cały program uczynią mało efektywnym.

Założenie jest takie, że marszałek dwa razy się zastanowi, czy zatrudnić szwagra na stanowisku, które wymaga jakichś kompetencji, bo przecież może to utopić karierę marszałka, gdy jego projekty zaczną padać przez brak kompetencji

I tu dochodzimy do podatków. Gdyby samorządy miały rzeczywiste władztwo podatkowe, mogłyby nie tylko efektywniej wydawać pieniądze, bo swoje rozsądniej się wydaje niż dotacje. Samorządy mogłyby wreszcie zacząć pracować nad zwiększaniem swoich przychodów, bo dziś dochody, na których wielkość mają realny wpływ, to margines budżetów samorządów, zwłaszcza poza wielkimi miastami. To byłaby zdrowa konkurencja o dochody z podatków, wyzwalająca innowacyjność, zamiast zawodów w konkurencji „kto ma lepsze dojście do ministra”.

No właśnie. O tę konkurencję między regionami chciałabym dopytać. Wydaje się, że może ona spowodować jeszcze większe rozwarstwienie i wyludnienie uboższych regionów.

Ale czemu jeszcze większe? To się dzieje właśnie dlatego, że marszałek warmińsko-mazurski nic nie może. Prezydent Olsztyna coś może, i dzięki temu miasto ma się nie najgorzej. Natomiast poza Olsztynem wszyscy mają związane ręce. Budżety jednostek samorządu poza miastami na prawach powiatu są tak mikre, że nie dają prawie żadnych narzędzi oddziaływania. Jak burmistrz nie klamkuje o rządowe dofinansowanie, to z własnych środków może wyremontować chodnik, bo już nie własną ulicę. Decentralizacja umożliwi zauważenie, że nie tylko poza Warszawą jest jakaś Polska, ale też, że poza metropoliami jest jakaś Polska. Strategia rozwoju obszarów pozametropolitalnych to nie będzie żadna łaska, którą marszałek wyświadczy tym biedakom żyjącym gdzieś na peryferiach, tylko to będzie zabieganie o głosy. Tam, gdzie są wyborcy, będą też pieniądze. Teraz nie musi tam być pieniędzy, bo marszałek nie wydaje pieniędzy województwa, nie realizuje strategii rozwoju, tylko dystrybuuje pieniądze europejskie, a te rządzą się inną logiką, więc lokuje inwestycje tam, gdzie ma politycznych przyjaciół. Części województwa na stałe nieprzychylne marszałkowi na zmianie nie ucierpią, bo minimalne standardy muszą mieć charakter ogólnopolski.

A czy te obszary pozametropolitalne nie są skazane na porażkę za względu na gorszy start? Przecież z założenia mają mniej zamożnych mieszkańców płacących wysokie podatki. A Zdecentralizowana zakłada, że samorządy będą się utrzymywać z PIT-u i CIT-u.

Dlatego proponujemy mechanizm wyrównawczy zbliżony do znienawidzonego przez samorządowców janosikowego, ale sensowniej planowany. Na utrzymanie minimalnych standardów potrzebne są pieniądze. Regiony, które zbierają mniej podatków, będą otrzymywały pieniądze przez mechanizm redystrybucji. Od tego nie da się uciec.

A co wyniknie z decentralizacji szkolnictwa wyższego?

Dziś uczelnie bardzo często nie uczestniczą w rozwoju regionalnym. Projekty badawcze, które mają na celu wspieranie regionalnych polityk publicznych, to jest absolutny margines na większości uczelni. Nie ma mechanizmów wyraźnego wpływu albo chociaż inspirowania strategii rozwojowych tych szkół wyższych w powiązaniu ze strategiami rozwoju regionalnego. Jeżeli cokolwiek się dzieje, to się opiera tylko na relacjach towarzyskich. Nie znam przykładu wyższej uczelni, która by w systematyczny sposób wspierała rozwój regionalny. A przecież taki jest właśnie sens istnienia małych uczelni regionalnych. One nie będą konkurowały z Oksfordem. Ale za to mają unikatową wiedzę na temat lokalnej gospodarki i tą wiedzą mogłyby się z samorządem dzielić.

I tu pomoże przekazanie lokalnych uczelni pod nadzór jednostek samorządu?

Każdy burmistrz chce mieć chociaż jedno dobre liceum. To jest kwestia jakiegoś poziomu cywilizacyjnego jego miasteczka. Każdemu rozsądnemu marszałkowi, który będzie miał szersze kompetencje, powinno zależeć na tym, żeby wiedzieć, co ma robić. Tu chodzi o uprawianie polityki opartej na wiedzy. Ten efekt można osiągnąć np. przez współpracę z uczelniami.

O czym mieliby decydować marszałkowie? O obsadzie rektorów? Programach nauczania?

Rozsądne byłoby możliwie daleko idące podporządkowanie wszystkich państwowych wyższych szkół zawodowych marszałkom województw. Istotny udział marszałka w wyborze rektora mógłby dobrze wpłynąć na współpracę na linii uczelnia-samorząd.

Według autorów projektu, w Zdecentralizowanej RP będzie więcej chętnych do pracy w samorządzie. Mnie się wydaje, że skoro władza wojewódzka uzyska większe kompetencje i większe pieniądze, to mechanizmy dochodzenia do ważnych stanowisk zostaną – w proporcjach jeden do jednego – przeniesione z administracji centralnej. To znaczy, że żeby zajmować prestiżowe stanowisko, trzeba będzie latami wysługiwać się partii, co z kolei sprawi, że chętni może i będą, ale nie tacy, jakich byśmy chcieli.

Jak się porównuje Polskę i Ukrainę czy Bułgarię, to można powiedzieć, że ho, ho, nasza kultura jest mniej „orientalna” i dlatego nam się udało – ale prawda jest taka, że mieliśmy to szczęście, że od lat 80. zaczęto wprowadzać u nas instytucje, które w innych miejscach się sprawdziły, takie, jak np. Trybunał Konstytucyjny, i to one wymuszały zmianę

To oczywiście jest możliwe. Człowiek jest w stanie wypaczyć każdą instytucję. Proszę jednak pamiętać, że zwiększenie kompetencji to zwiększenie odpowiedzialności. Założenie jest takie, że marszałek dwa razy się zastanowi, czy zatrudnić szwagra na stanowisku, które wymaga jakichś kompetencji, bo przecież może to utopić karierę marszałka, gdy jego projekty zaczną padać przez brak kompetencji. Może zatrudniać szwagra czy asystenta politycznego, ale nie może się oprzeć wyłącznie na nich. Polityczne zawłaszczanie części administracji możliwe jest tylko wtedy, kiedy zachowany jest jakiś poziom profesjonalizmu. Na poziomie regionalnych urzędników obecnie wysokiej klasy profesjonalistów jest niewielu, bo za małe są pieniądze i za małe perspektywy kariery, raczej ktoś zaczyna w urzędzie marszałkowskim i szybko przeskakuje do sektora prywatnego. Decentralizacja wymusza podniesienie kompetencji, ale i podniesienie płac.

Mam wrażenie, że większość moich pytań została zadana w duchu imposybilizmu i przekonania, że żadna zmiana struktury organizacyjnej nie jest w stanie rozwiązać nierozwiązywalnych problemów Polski. Pan profesor przekonuje mnie, że jest inaczej. To właściwie, dlaczego właśnie decentralizacja, a nie jakikolwiek inny model?

To jest pomysł na wprowadzenie instytucji, które wymuszą zmianę kulturową. Jedni powiedzą, że każdą instytucję można skundlić, a inni, że właśnie instytucje wymuszają zmianę.

Jak się porównuje Polskę i Ukrainę czy Bułgarię, to można powiedzieć, że ho, ho, nasza kultura jest mniej „orientalna” i dlatego nam się udało – ale prawda jest taka, że mieliśmy to szczęście, że od lat 80. zaczęto wprowadzać u nas instytucje, które w innych miejscach się sprawdziły, takie jak np. Trybunał Konstytucyjny, i to one wymuszały zmianę. Wprowadzenie instytucji, które sprawdziły się gdzie indziej, ma moc kulturotwórczą. Jeśli pani pyta, dlaczego właśnie decentralizacja, to dlatego, że niewiele jest miejsc, o których można powiedzieć, że decentralizacja czemuś zaszkodziła. To jest sposób na wprowadzenie zmian w zarządzaniu publicznym przy poniesieniu możliwie najmniejszego ryzyka.

Współpracownik „Nowej Konfederacji”, profesor administracji i polityk publicznych Akademii Ignatianum w Krakowie, ekspert ds. ustroju. Współpracownik Ośrodka Myśli Politycznej w Krakowie, wcześniej pracował między innymi w Instytucie Studiów Politycznych PAN, WSB-NLU wNowym Sączu i Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. W latach 90. współpracował z Michałem Kuleszą przy reformie ustrojowej 1998 r., był dyrektorem Fundacji Grupa Windsor, speech-writerem Prezydenta Krakowa i redaktorem „Kwartalnika Konserwatywnego”. Współpracownik Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Autor dwóch monografii („Słabe państwo” i „Demokracja nieformalna. Konstytucjonalizm i rzeczywiste reguły polityki w Europie Środkowej po 1989 r.”) oraz licznych artykułów naukowych i publicystycznych (m. in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”, „Nowym Państwie”).
Członek zespołu Nowej Konfederacji. Zawodowo zajmuje się public relations, public affairs, media relations, fundraisingiem i koordynacją projektów. Pracowała dla agencji PR, polityków, organizacji pozarządowych i szkół językowych. Ukończyła filologię polską i nauczanie języka angielskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Kilkukrotna medalistka Mistrzostw Polski w lekkiej atletyce.

Komentarze

10 odpowiedzi na “Dzięki decentralizacji inna polityka będzie możliwa”

  1. Realista pisze:

    Pięknie brzmi, ale decentralizacja w XII w. omal się nie skończyła unicestwieniem Polski. Teraz nie będzie inaczej. No chyba, że się to komuś podoba.

  2. martin pisze:

    Utozsamianie decentralizacji z rozwojem regionalnym nie da sie obronic, glownie dlatego, ze regiony nie sa w polsce dobrze ugruntowane. wiadomo, ze podkarpacie rozni sie od wielkopolski, ale to wlasciwie tyle. poza tym, w polsce glownym wyznacznikiem roznic spolecznych jest liczba mieszkancow miasta w ktorym sie mieszka. poznaniak ma wiecej wspolnego z gdanszczaninem niz z chlopem ze wsi 50 km od poznania

  3. Daras pisze:

    Czytanie tego tekstu sprawia ból. I zdziwienie, że to nowa konfederacja … Właściwie z każdym akapitem trzeba by obszernie polemizować. Podstawowym błędem, (poza lekceważeniem oczywistego osłabienia Polski w przypadku realizacji tych wizji), jest założenie, że władza na szczeblu wojewódzkim jest czymś z założenia lepszym niż na szczeblu centralnym. Nawet skromne doświadczenie życiowe (poza akademickim mędrkowaniem) pokazuje, że tak nie jest. Kolesiostwo, nepotyzm, łapówkarstwo, hipokryzja, urzędnicza nieporadność biją w samorządach rekordy. Samorządy funkcjonują jak mafie kontrolujące lokalne media, biznes, edukację, a nawet sądownictwo. Są pozbawione jakiegokolwiek instynktu państwowego. Długoterminowe dobro mieszkańców nie ma znaczenia. Najważniejsze jest dobro deweloperów (bo mają pieniądze a lokalne władze moc decydowania o planie zagospodarowania), „inwestorów” (można im oddać za psi grosz nawet monopolistyczne spółki komunalne jeśli burmistrz bądź prezydent miasta dostanie dobrze płatne miejsce w zarządzie – niemieccy „inwestorzy” są tu mistrzami na terenach Polski Zachodniej i na Pomorzu) i wydawanie pieniędzy „z unii”. Oczywiście są wyjątki. Ale to tylko wyjątki.
    Dotąd myślałem, że ta niemoc w tworzeniu państwowych instytucji po 1989 roku to była zwykła nieporadność, brak świadomości tego co ważne, ale teraz zaczynam sądzić, że to była część planu, którego zwieńczeniem ma być ostateczna dezintegracja Kraju.

  4. michnik pisze:

    Dziennikarz wyborczej mówi o tym jak to decentralizacja rozwiąże wszystkie problemy. Oczywiście nie rozwiąże żadnych a jedyne co spowoduje to rozpuszczenie się Polski w strukturach UE i wygodny rynek zbytu dla Niemca, bo to oznacza brak centralizacji dla naszego położenia

  5. Polak pisze:

    Zdecentralizowane są państwa, które powstały w drodze federacji i którym nie zagraża zewnętrzna kolonizacja. Polska tych warunków nie spełnia. Decentralizacja to koniec Polski.

  6. Zwykły Polak pisze:

    Niestety, także uważam ową mityczną decentralizację za wielkie zagrożenie dla rozwoju Polski. W dzisiejszej sytuacji politycznej to będzie faktycznie „dzielnicowe” rozdrobnienie, a nie szansa na rozwój. A nasi sąsiedzi z obu stron – już zapewne czekają na to, by jak najszybciej z tego tortu – coś uszczknąć dla siebie. Już bez żadnych krępacji. I bez oporu praktycznie.
    Jeśli decentralizacja, to tylko częściowa i stopniowa. Zaplanowana i kontrolowana tak, by nie spowodowało to rozbicia spójności państwa.

  7. Mściwój pisze:

    „niewiele jest miejsc, o których można powiedzieć, że decentralizacja czemuś zaszkodziła”
    Przepis na Jugosławię nad Wisłą. Albo na Donbas.
    Już widzę jak województwa POwskie proszą carycę Katarz .. pardon, kanclerza Niemiec o protekcję i ochronę.
    W polskiej historii decentralizacja była ZAWSZE problemem. ZAWSZE. Polska pod koniec XVIII wieku była doskonale zdecentralizowana. Podobnie po zaborach, gdy głównym wyzwaniem było połączenie dzielnic w jeden organizm, ujednolicenie instytucji, budowa połączeń komunikacyjnych. Czy byłaby szansa na zbudowanie Gdyni i COP bez silnej władzy centralnej? O rozbiciu dzielnicowym, po którym nigdy w pełni się nie podnieśliśmy (Śląsk, pomorze środkowe i zachodnie, zachodnia Wielkopolska, przepadły na 600 lat – wróciły do Polski dopiero po Hitlerze), nie wspominając. Decentralizacja to koniec Polski jako suwerennego bytu.

  8. taka prawda pisze:

    Niektórzy samorządowcy pełnią swoje urzędy dłużej niż Putin czy Łukaszenko. To jest systemowa patologia.

    Korupcja to przede wszystkim problem lokalny, funkcjonują układy, kliki, które opanowały dany obszar i kompletnie go zdominowały.

    Tzw. decentralizacja tylko pogłębi patologie. Celem jest osłabienie państwa.

    Obrazu dopełnia centralizacja, do której prą elity UE. Z jednej strony mamy demontaż państwa pod hasłem decentralizacji, z drugiej strony centralizację władzy nad obszarem UE w Brukseli.

  9. Mieszkaniec miast pisze:

    Zgadzam się z komentarzem od DARASa. Mieszkałem na dłużej w pięciu miastach i miasteczkach i pozytywnie oceniam tylko jeden samorząd. Jeśli jakaś gmina się rozwija, to zazwyczaj jest to dodatkowy bonus do rozwoju lokalnych układów i grup interesu.

  10. architekt w Australii pisze:

    Najgorsza a tym całym pomyśle jest sama nazwa u wielu od razu wywołująca histerię, przynajmniej w komentarzach. Sam pomysł przekazania większej kontroli samorządom nad szeroko pojętą lokalną infrastrukturą wydaje się słuszny. Zwłaszcza że samorządowcy są rozliczani ze swoich decyzji przez wyborców, w przeciwieństwie do urzędników rządu centralnego. Uwarzam jednak, że powinny mieć jak namniej uprawnień legislacyjnych poza tymi dotyczącymi planowania przestrzennego.
    Zreszą jednym z największych problemów Polski jest brak spójnego planowania przestrzennego, zhierarchizowanego: centralny-wojewódzki-gminny.
    Brak miejscowych planów nie dość, że prowadzi do potężnego chaosu i marnowania zasobów to jeszcze potężnie stymuluje korupcję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz