Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Temida w III RP. Plusy dodatnie i ujemne

Za wady i zalety sądownictwa w ostatnich 30 latach odpowiedzialni są wszyscy, którzy w tym czasie rządzili. Potrzeba ciężkiej pracy, niekiedy u podstaw, żeby poprawić podstawowe mankamenty

Po 1989 roku Polska stanęła przed wyzwaniem dostosowania sądownictwa nie tylko do nowych realiów politycznych, ale także gospodarczych. Czasy PRL to system sądownictwa, na który olbrzymi wpływ wywierała władza wykonawcza, co nie służyło niezależności. Na fali zmian stworzony został system, który tworzył bardzo niezależną trzecią władzę. Krytycy takiego rozwiązania mówią z kolei o „państwie w państwie”, stworzeniu „nadzwyczajnej kasty” (tu akurat wykorzystany cytat jednego z sędziów) i niechęci środowiska sędziowskiego do samooczyszczenia. Po wyborach w 2015 roku krytyka sądownictwa i sędziów nasiliła się w związku z próbą wprowadzenia zmian personalnych w sądownictwie, i skutkuje uchwalaniem prawa, które – zachowując oczywiście wszystkie proporcje – jest częściową próbą powrotu do relacji na linii władza wykonawcza – władza sądownicza sprzed 1989 roku. Obecna sytuacja pokazuje, że po 30 latach nasze elity polityczne nadal nie potrafią porozumieć się co do podstawowych zagadnień związanych z sądownictwem. Z punktu widzenia zwykłego obywatela jako „klienta” sądu, podstawowe problemy są jednak inne – przewlekłość postępowania, formalizm, zawiły język, utrudniający aktywne uczestnictwo, oraz często zmieniające się przepisy.

W latach 80-tych NSZZ „Solidarność” Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości postulowała m.in. wprowadzenie zasady nieusuwalności sędziów, usunięcia kadencyjności sędziów Sądu Najwyższego czy zwiększenie znaczenia samorządu, który miałby przejąć część obowiązków od kierownictwa sądów oraz Ministerstwa Sprawiedliwości

Czasy PRL, postulaty „Solidarności”, Okrągły Stół i III RP

Lata powojenne to czas, gdy władze całkowicie i bez większych problemów podporządkowały sobie sądownictwo.  Symbolem tamtych czasów są procesy opozycjonistów skazywanych na wieloletnie więzienie, a nawet na karę śmierci w postępowaniach, które z bezstronnością nie miały nic wspólnego, a gdzie „koroną dowodów” było przyznanie się, nierzadko pod wpływem tortur. Kariery – przy pełnym poparciu partii – robili ulegli sędziowie.

Konstytucja PRL nie poświęcała wiele miejsca sądownictwu. Z istotniejszych postanowień warto zauważyć cel, jaki postawiono przed nim – m.in. stanie na straży ustroju Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i ochrona zdobyczy polskiego ludu pracującego (art. 48). Dokument w wielu miejscach odsyła do ustawy, nie tworząc żadnych gwarancji niezależności sądownictwa, a w art. 51 ust. 3 określa się, że sędziów Sądu Najwyższego wybiera Rada Państwa na pięcioletnią kadencję. Ustawy doprecyzowały całkowitą podległość sądownictwa wobec władzy wykonawczej – Ministra Sprawiedliwości (istniała zarówno szybka ścieżka awansu, jak i odwołania) i Rady Państwa. Generalnie sądownictwo było narzędziem w ręku państwa, choć oczywiście na przytłaczającą większość codziennych spraw nie miało to wpływu. Władza państwa nad sądownictwem ujawniała się zwłaszcza w sytuacji, gdy powstawało zapotrzebowanie polityczne na określoną treść wyroków – jak np. w czasie stanu wojennego czy przy procesach opozycjonistów. Nie istniało też ograniczenie, które dziś uważamy za oczywiste – zakaz posiadania przez sędziów legitymacji partyjnej. Ba, w czasach PRL był to nawet atut.

W latach 80-tych NSZZ „Solidarność” Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości postulowała m.in. wprowadzenie zasady nieusuwalności sędziów, usunięcia kadencyjności sędziów Sądu Najwyższego czy zwiększenie znaczenia samorządu, który miałby przejąć część obowiązków od kierownictwa sądów oraz Ministerstwa Sprawiedliwości.

Jeżeli jednym z zarzutów wobec sądów jest nierozliczenie zbrodniarzy z czasów PRL-u, to trudno abstrahować od nieudolnej roli prokuratury i ustawodawcy w tej kwestii

Dyskusja na temat sądownictwa odbyła się również przy okazji obrad Okrągłego Stołu. Postulowano powołanie Krajowej Rady Sądownictwa, do której weszliby m.in. przedstawiciele sędziów wybierani przez Zgromadzenia Ogólne Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego i sądów powszechnych. Zadaniem KRS miało być gwarantowanie niezawisłości sędziowskiej i zajmowanie się sprawami nominacji, awansów i przeniesień. Ponownie powróciła kwestia usunięcia kadencyjności sędziów Sądu Najwyższego, kwestia odpowiedniego wynagrodzenia dla sędziów, wprowadzenie do Konstytucji zasady nieusuwalności sędziów czy – co było wnioskiem strony opozycyjnej – apolityczności sędziów, tj. zakazu członkostwa w partii politycznej.

W Konstytucji z 1997 roku i ustawodawstwie regulującym sądownictwo widać wyraźne „ślady” koncepcji opozycji z czasów Okrągłego Stołu. Stworzono niezależny samorząd, powołano Krajową Radę Sądownictwa, określono najważniejsze kwestie związane z Sądem Najwyższym i Trybunałem Konstytucyjnym, a także znacznie zmniejszono kompetencje władzy wykonawczej względem władzy sądowniczej. Samo sądownictwo zostało uregulowano dużo bardziej szczegółowo i w duchu szerszej autonomii władzy sądowniczej, w tym w kwestii obsady personalnej. Sędziom zagwarantowano godne zarobki, status, mający chronić ich niezawisłość, gwarancję nieusuwalności, i określono, że podlegają tylko ustawom i Konstytucji.

Sądownictwo III RP pod ostrzałem

Tymczasem sądownictwo, podobnie jak inne obszary państwa, stanęło w III RP przed licznymi wyzwaniami transformacyjnymi – dostosowania do nowych realiów, rozliczenia czasów PRL-owskich, ale też bieżącego funkcjonowania w czasach zmian gospodarczych czy integracji europejskiej.  Każdy z sędziów obdarzony został także immunitetem sędziowskim i w ręce sędziów przekazano sądownictwo dyscyplinarne, włączając w to zezwalanie na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej lub aresztowania sędziego. Ponadto do niedawna to sędziowie mieli decydujący głos przy powoływaniu prezesów sądów, zapewniono im też naprawdę godne wynagrodzenie po przejściu w stan spoczynku.

Każdy medal ma jednak dwie strony. Wcześniej sygnalizowano, że źródłem problemów w sądownictwie jest brak samorządności sędziów i ich uzależnienie od władzy wykonawczej, a z czasem – już po transformacji – zaczęto stawiać zarzuty sugerujące, że zbyt duża autonomia ogranicza możliwość kontroli. Krytykuje się problemy sądownictwa z rozliczeniem się z czasami PRL-u, niejasny system awansów, zbyt łagodne sądownictwo dyscyplinarne, a przede wszystkim – przewlekłość postępowania i oddalenie się od problemów obywateli. W zasadzie można by powiedzieć, że wyżej przedstawione zagadnienia, w tym kwestie rozliczenia, są typowymi problemami transformacyjnymi. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że sędziowie, jak już wspomniałem, podlegają Konstytucji i ustawom, a więc część problemów wygenerowana została przez ustawodawcę – nieważne, jak mocno będzie się krytykować sądownictwo, nie da się uciec od odpowiedzialności ustawodawcy za przepisy, które np. tworzą skomplikowane procedury skutkujące przewlekłością. Jeżeli jednym z zarzutów wobec sądów jest nierozliczenie zbrodniarzy z czasów PRL-u, to trudno abstrahować od nieudolnej roli prokuratury i ustawodawcy w tej kwestii.

Przełomowy okazał się rok 2015, gdy kandydat Prawa i Sprawiedliwości wygrał wybory prezydenckie, a PiS zwyciężyło w wyborach parlamentarnych w stosunku umożliwiającym uzyskanie samodzielnej większości i powołania rządu. Co prawda PiS postulował wcześniej reformę sądownictwa, jednakże pierwsza kadencja (2005-2007) była pod tym względem spokojna, a sam prezydent Kaczyński w pozytywnych słowach wyrażał się na temat np. Krajowej Rady Sądownictwa jako organu stojącego na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Skutkiem ostrego politycznego sporu, który uzasadnić miał przede wszystkim zmiany personalne, było przeprowadzenie kampanii dotyczącej sądownictwa, a w związku z tym spór społeczny. W tym sporze PiS ustawił się w kontrze do trzeciej władzy, a opozycja – w jej obronie.

Efektem tych pokrótce omówionych zmian jest zmniejszenie niezależności władzy sądowniczej od wykonawczej, ale też sprawy zawisłe przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej

Cofanie się do przodu

Głównym postulatem rządzących jest „przywrócenie sądów obywatelom”. W ten sposób opakowane zostały zmiany, które pozwolić miały na zmiany personalne i większe podporządkowanie sędziów prezesom sądów, a prezesów sądów – Ministerstwu Sprawiedliwości. Przeprowadzona została także legendarna kampania Polskiej Fundacji Narodowej, w której opowiadano, jak jeden z sędziów w stanie spoczynku ukradł kiełbasę.

Wprowadzone zostały zmiany, które skutkują osłabieniem władzy sądowniczej względem wykonawczej. Pomijając toczącą się dyskusję dotyczącą konstytucyjności poszczególnych rozwiązań, warto zastanowić się nad tym, czy zamiast iść do przodu – przypadkiem się nie cofamy.

Kwestia równowagi władz zawsze jest dyskusyjna, jednak część zastosowanych rozwiązań wydaje się bliższa rozwiązaniom stosowanym przez władze PRL-u, a nie postulatom przedstawicieli PRL-owskiej opozycji czy związków zawodowych.

Całkowicie zmarginalizowana została rola kluczowego bezpiecznika systemu – Trybunału Konstytucyjnego, który najpierw – w czasach, gdy jego prezesem był Andrzej Rzepliński – starano się sparaliżować i „sterować przy pomocy ustawy”.  O ile działalność prezesa Rzeplińskiego, zwłaszcza ta o charakterze publicystycznym, budziła zastrzeżenia, o tyle obecnie trudno bronić tezy o niezależności TK, gdy – zgodnie z doniesieniami prasowymi – w mieszkaniu zamieszkałym przez prezesa Trybunału dochodzi do nieoficjalnych spotkań z prezesem ugrupowania rządzącego. Oczywiście, uwaga dotycząca przyjaznego odnoszenia się Trybunału do rządzących to nie jest zarzut jedynie wobec parlamentu tej kadencji, ale nigdy proporcje nie zostały zaburzone w taki sposób.

Po drugie, skrócono konstytucyjną kadencję Krajowej Rady Sądownictwa przy pomocy zwykłej ustawy (budzi to bardzo poważne wątpliwości natury konstytucyjnej) i w ten sposób pozbawiono ją faktycznie reprezentacji środowisk sędziowskich, gdyż członków nowej KRS wybiera (co prawda spośród sędziów) władza ustawodawcza.

Po trzecie, podporządkowane administracyjnie zostały sądy powszechne. Minister Sprawiedliwości uzyskał kompetencje w zakresie odwoływania i powoływania prezesów sądów. Środowiska sędziowskie zaczęły mówić o instytucji tzw. „przyfaksowanych” prezesów sądów.

Po czwarte, próbowano wygasić konstytucyjną kadencję I Prezesa Sądu Najwyższego, a także podjęto kroki w celu podporządkowania Sądu Najwyższego. Powołana została specjalna Izba Dyscyplinarna w Sądzie Najwyższym, do której trafili sędziowie wybrani przez nowa Krajową Radę Sądownictwa.

Efektem tych pokrótce omówionych zmian jest zmniejszenie niezależności władzy sądowniczej od wykonawczej, ale też sprawy zawisłe przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Obecnie rządzący wykonali skuteczną figurę retoryczną, zgodnie z którą każda wypowiedź ze środowiska sędziowskiego, krytykująca działania względem sądów, jest wypowiedzią o charakterze politycznym, która nie przystoi sędziom. Niezwykle niepokoją sytuacje, gdy wobec sędziego, po wydaniu orzeczenia niekorzystnego z punktu widzenia władzy wykonawczej, wszczyna się postępowanie dyscyplinarne lub bada przesłanki do wszczęcia. Naprawdę trudno uwierzyć w takie zbiegi okoliczności.

Podstawowe wątpliwości, co do punktu, w którym jesteśmy, pojawiają się jednak wtedy, gdy celem ustawodawcy nie jest reforma podstawowych problemów sądownictwa, a personalne podporządkowanie i tworzenie narzędzi do administrowania

Ani nie jest dramatycznie źle, ani nadzwyczajnie dobrze

Powrót do rozwiązań, które przechylają zadanie sędziego z bycia sługą prawa w stronę bycia sługą państwa nie budzi entuzjazmu i nasuwa pytanie o intencje. Problemy obywatela w sądach nie zmieniły się i w tej kwestii nie wprowadzono żadnych poważniejszych zmian. Sądy są instytucjami z natury konserwatywnymi, ale spore nadzieje należy wiązać z informatyzacją, która powinna służyć ich dostępności, usprawnieniu procedur i jawności. Z przewlekłością nie walczy się poprzez zmiany personalne i blokowanie wolnych etatów sędziowskich, a przez reformę, w ramach której daje się sędziemu narzędzia do szybszego rozpoznania sprawy. Najwięcej jednak szkody obywatelom wyrządzają nie sądy, a brak świadomości prawnej – w tym względzie 30 ostatnich lat jest bardzo słabe.

Na pewno więcej można było oczekiwać od sędziów w ramach samooczyszczania i sądownictwa dyscyplinarnego. Sądownictwo nie uniknęło także swoich skandali – często nierozliczonych. Czy jednak kompromitacja posłów w wielu kwestiach byłaby racjonalną przyczyną do tego, aby podporządkować władzę ustawodawczą sądownictwu? Raczej nie – i nie warto podążać tą drogą myślową. Odrębność władz można było korygować, ale całkowite odwrócenie wektora nie przysłuży się sądownictwu jako całości.

Inna sprawa, że rok w rok sądownictwo zamyka setki tysięcy spraw, i zdarzać się będą sprawy, w których wydawane są kontrowersyjne, a nawet niesprawiedliwe wyroki. Z tego względu istnieje dwuinstancyjność, a także możliwość nadzwyczajnego zaskarżenia wyroków.

Za wady i zalety sądownictwa w ostatnich 30 latach odpowiedzialni są wszyscy, którzy w tym czasie rządzili. Potrzeba ciężkiej pracy, niekiedy u podstaw, żeby poprawić podstawowe mankamenty. Umyka nam także inny problem – sądy potrzebują dobrze opłacanej, zadowolonej kadry urzędniczej. Obecne zarobki w sądach są skandalicznie niskie i przypominają problemy samorządów. Jest to jeszcze bardziej odczuwalne w czasach prosperity.

Podstawowe wątpliwości co do punktu, w którym jesteśmy, pojawiają się jednak wtedy, gdy celem ustawodawcy nie jest reforma podstawowych problemów sądownictwa, a personalne podporządkowanie i tworzenie narzędzi do administrowania. W setkach tysięcy spraw, tak jak przed 1989 rokiem, będzie to bez znaczenia, ale w sprawach dotyczących kwestii wrażliwych dla państwa, zwłaszcza gdy po drugiej stronie jest obywatel, dobrze byłoby, gdyby sędzia postrzegał swoje zadanie jako bycie niezawisłym sługą prawa, a nie konkretnego państwa, które zdecyduje o jego losie.

Stały współpracownik Nowej Konfederacji. Prawnik z doświadczeniem managerskim w branży nieruchomości, ekspert w zakresie prawa oraz polityki międzynarodowej, ze szczególnym uwzględnieniem polskiej polityki zagranicznej i Bliskiego Wschodu. Współautor książki "Młoda myśl wschodnia", wydanej przez Kolegium Europy Wschodniej. Pisał w portalach PolitykaGlobalna.pl, portalu BiznesAlert i Defence24 (autor raport specjalnego pt. "Rozgrywka wokół programu atomowego Islamskiej Republiki Iranu").  Miłośnik piłki nożnej i polskiego owczarka podhalańskiego. Na Twitterze@PatrykGorgol

Komentarze

2 odpowiedzi na “Temida w III RP. Plusy dodatnie i ujemne”

  1. z grubsza pisze:

    Podstawowym mankamentem sądownictwa i w ogóle tzw. III RP, szczególnie w obszarach zawłaszczonych przez grupę interesu jak np. sądownictwo czy szkolnictwo wyższe jest to, że jest to kontynuacja PRL w sensie kadrowym, a co za tym idzie mentalnym, etycznym.

    W III RP nic się praktycznie nie dało zrobić – bo takie miała kadry, elity. Problem III RP są jej elity. Pieniądze, reformy nic nie dają. III RP jest marna, bo marne są jej postkomunistyczny elity.

    Te elity są zdemoralizowane, pasożytnicze, kastowe. Wydarły kawałek państwa nad którym mają władzę, na którym żerują. Świetnym przykładem był ostatni “protest” nauczycieli, którzy wymyśli taką formułę, że szantażowali nieprzeprowadzeniem egzaminów i matur, paraliżem systemu edukacji.

  2. michal pisze:

    napisać analizę i pominąć całkowicie najgłośniejsze szczytowe “osiągniecia” najwyższej kasty to sztuka. posunięcia obecnej władzy można kwestionować ale wymiar niesprawiedliwości całkowicie sobie zasłużył na taki los…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz