Newsletter

Dwa progi przed Unią

W jakim stanie będzie Europa i UE po przejściu przez Brexit i eurowybory, nikt nie wie. To w dużej mierze zależy od każdego z nas, przynajmniej w przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego. Stawka jest niezwykle wysoka

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Na dwa miesiące przed Brexitem, gdy pisane są te słowa, sytuacja jest jak w przysłowiowym czeskim filmie: nikt nic nie wie. Wiadomo jednak z całą pewnością, że Unia Europejska właśnie staje przed dwoma wielkimi egzaminami – Brexitem oraz zaplanowanymi na 23-26 maja kolejnymi wyborami do Parlamentu Europejskiego, które tym razem mogą zamienić się w plebiscyt: za dotychczasową Unią lub poważnie zmienionym jej obliczem. Wyników nie znamy, ale cokolwiek w obydwu przypadkach się stanie, będziemy mieli do czynienia z nową UE, inną od dotychczasowej.

W przypadku Brexitu większe zagrożenia, przynajmniej na krótką metę, wiszą jednak, jak się wydaje, nad Zjednoczonym Królestwem, a nie samą Unią. Premier Theresa May przegrała sromotnie w Izbie Gmin, a dosłownie dzień później otrzymała od niej wotum zaufania. Albowiem torysi nie godzą się na wynegocjowane przez nią porozumienie z UE, ale tym bardziej nie godzą się na to, by doprowadzić do kryzysu rządowego, nowych wyborów i być może oddać władzę szefowi opozycji, Jeremy’emu Corbynowi.

Widmo Ulsteru

Jednakże widmo poważnej zmiany, a nie tylko rządowego przesilenia, wisi nad Wielką Brytanią, bowiem wydarzenia ostatnich tygodni, prowadzące albo do “twardego brexitu”, tzn. wyjścia z UE bez żadnego porozumienia, albo nawet nowego referendum, przez rządzących dotychczas w Londynie nie do pomyślenia, rysują się jako bardzo realne scenariusze zakończenia tego procesu.

Kluczem wcale nie są, jak się długo w negocjacjach wydawało, kwestie wzajemnych rozliczeń finansowych, lecz tzw. backstop, a więc możliwość przywrócenia granicy między Irlandią a Irlandią Północną. Natychmiast niesie ona ze sobą scenariusz odrzucenia głośnego kiedyś porozumienia wielkopiątkowego w Belfaście i powrotu do groźnego – i krwawego (ponad 3,5 tys., ofiar śmiertelnych) – kryzysu w Ulsterze, gdzie przez trzy dziesięciolecia (1968-98) trwały walki i terrorystyczne ataki (z jednym niedawno już ponownie mieliśmy do czynienia).

“Powtórny pakt elizejski”, jak się go potocznie nazywa, zdaje się być jedynie odnotowaniem faktu, iż po odejściu Londynu z europejskiej sceny Berlin i Paryż wracają do ról głównych rozgrywających na kontynencie i w UE

Istnieje więc niepewność polityczna, i związana z nią – gospodarcza, bo konsekwentne odrzucanie przez May coraz częściej podpowiadanego jej rozwiązania w postaci jednego pisma do władz w Brukseli, wycofującego się z art. 50 traktatu, i idącego w ślad za tym nowego referendum (tym razem w sondażach niewielką przewagę mają zwolennicy pozostania w Unii) zwiększają groźbę wyjścia z UE bez porozumienia. A to jest scenariusz przysłowiowej jazdy bez trzymanki, który miałby ogromne negatywne konsekwencje w sensie wzajemnych połączeń, wymiany handlowej, rozliczeń itd.

Tymczasem gra na zwłokę, którą zdaje się ostatnio uprawiać premier May, też nie wchodzi w grę, bowiem na horyzoncie są wspomniane na wstępie wybory do Parlamentu Europejskiego i już teraz, w najbliższych dniach trzeba przesądzić: z brytyjskimi europosłami, czy też nie.

Na razie, jak wiemy, prawdopodobna jest odpowiedź “nie”, ale brytyjska scena polityczna jest tak rozedrgana (gdyż podziały biegną na niej teraz wewnątrz partii, a obok reprezentantów Ulsteru coraz mocniejsze pomruki niezadowolenia płyną z proeuropejskiej Szkocji), że doprawdy trudno przewidzieć, co się jeszcze stanie – i czego ostatecznie będziemy świadkami.

Na dziś pewne jest jedno: wychodzenie z UE to proces arcyskomplikowany, kosztowny, bolesny i trudny do pełnego oszacowania. Tę lekcje już odrobiliśmy, a Brytyjczycy płacą za nią wysoką cenę (jak ostatecznie wysoką, pokaże czas). Wiemy też, że dopóki opcja drugiego referendum, którego zwolennicy coraz częściej pojawiają się i pikietują przed gmachem parlamentu, nie jest poważnie brana pod uwagę, to trzeba liczyć się z tym, że UE gospodarczo bardzo się osłabi (szacunki mówią o 11-13 proc. zmniejszeniu jej ogólnego PKB).

Nic się nie stanie po Akwizgranie?

Wzmocni się tym samym, w sposób naturalny, pierwotna oś Berlin-Paryż, właśnie odnowiona przez przywódców Francji i Niemiec w Akwizgranie. Tyle tylko, że ten “powtórny pakt elizejski”, jak się go potocznie nazywa, zdaje się być jedynie odnotowaniem faktu, iż po odejściu Londynu z europejskiej sceny Berlin i Paryż wracają do ról głównych rozgrywających na kontynencie i w UE.

Kanclerz Angela Merkel i prezydent Emmanuel Macron mieli wzmocnić sojusz, ale – po pierwsze – zawarli porozumienie mało konkretne, a po drugie, raczej nie zahamują tym samym fali populizmu (to ich własne określenie) w UE. Wzbudzą natomiast niechęć, obawy i niepewność u pozostałych, mniejszych państw członkowskich, że oto rodzi się na naszych oczach scenariusz Europy dwóch prędkości, przed czym przestrzegł nawet w tym kontekście przewodniczący Rady Europejskiej, Donald Tusk.

Akwizgran jest symboliczny, bo kiedyś (962 r. n.e.) na wieki podzielił Święte Cesarstwo Rzymskie i imperium Karola Wielkiego, więc teraz ma dowodzić utrwalenia jedności. Jednak nowy traktat ogranicza się właśnie do symboli, a konkretów w nim mało (może poza projektem powołania wspólnego zgromadzenia parlamentarnego, po 50 posłów z każdej ze stron). Nic dziwnego, że w komentarzach pojawiły się oceny, że podpisali go politycy bez wizji – pani Merkel jako kanclerz schodząca, a pan Macron jako prezydent, który “nie dorósł do roli de Gaulle’a”.

Zwolennicy federacji i ponadnarodowych rozwiązań są masowo atakowani przez konfederatów, opowiadających się za silnym państwem i rozwiązaniami międzyrządowymi

Nie skonfrontowano się w zapisach umowy z najważniejszymi wyzwaniami, przed którymi stoi obecnie UE, takimi jak migracje, napięcia socjalne, wyzwania klimatyczne, a przede wszystkim – kwestie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego. Praktycznie nic też nie zostało z głośnych mów prezydenta Macrona w Salzburgu czy w Parlamencie Europejskim. dotyczących przyszłości europejskiej integracji. Bo trudno za taki projekt uznać enigmatyczny zapis, mówiący o działaniach na rzecz “wspólnej kultury”.

Dwie Europy w zwarciu

Tym samym, przywódcy w Londynie nie zdają egzaminu z rządzenia, a ci w Berlinie i Paryżu – z woli walki i wizji na rzecz lepszej przyszłości Europy. Tym bardziej kontrastuje to z wypowiedziami polityków takich jak węgierski premier Viktor Orbán, który już nie tylko na scenie wewnętrznej zapowiada “bój o kulturę”, czyli – ujmując inaczej – walkę o inny niż dotychczas zestaw wartości europejskich. A idzie mu w sukurs włoski wicepremier Matteo Salvini, który z kolei szuka sojuszników, także w Warszawie, by zbudować koalicję, mająca na celu wysiodłanie dotychczasowych elit w Brukseli, no i może – o ile się da – w innych stolicach państw członkowskich UE.

Oni – a przecież nie są odosobnieni – chcą ponownie “Europy Ojczyzn”, jak za de Gaulle’a, a Orbán dopowiada jeszcze, że czas liberalnych i wolnościowych elit z pokolenia 1968, kojarzonych z rozwiązłością (jakkolwiek rozumianą) właśnie mija, a nadchodzi era nowego pokolenia, forsującego wartości chrześcijańskie (choć nie miłosierdzie dla odmiennie myślącego czy skądinąd pochodzącego), walczącego o suwerenne prawa i niezależność własnych państw. Pokolenia skonfrontowanego na dodatek z nadmiarem liberalizmu, symbolizowanego przez wywodzącego się z Węgier George’a Sorosa oraz z falą migrantów o innej cerze i religii.

To jest właśnie stawka, ogromna, nadchodzących wyborów europejskich. W świetle tego, co obserwujemy, nie ma żadnych wątpliwości, że mamy na terenie UE do czynienia nie tylko z kryzysem gospodarczym, socjalnym czy migracyjnym, lecz także aksjologicznym, w ramach którego rozpoczął się bój o system obowiązujących i wyznawanych wartości. Dotychczasowy kanon, w postaci tzw. kryteriów kopenhaskich, jest podważany. Już nie tylko w Budapeszcie i Warszawie, ale nawet w Rzymie, jednej ze stolic państw założycielskich całego procesu integracyjnego; a przeciwników ma także w Paryżu, czy nawet w Berlinie, gdzie Alternatywa dla Niemiec (AfD) też stale rośnie w siłę.

Kryteria kopenhaskie, to przede wszystkim państwo prawa, tolerancja dla mniejszości i „innego” (jakkolwiek jest rozumiany), no i demokracja liberalna, czyli taka, która gwarantuje nie tylko klasyczny trójpodział władzy (na wykonawczą, ustawodawczą i sądownicza), ale też niezależne – głównie od egzekutywy – media oraz społeczeństwo obywatelskie.

Podstawowy problem w tym, że siły kontestujące dotychczasowy porządek zarzucają brukselskiej biurokracji i tamtejszym elitom, że sprzeniewierzyły się temu, co głoszą; że stały się technokratyczne, oderwały od mas, cierpią na uwiąd pomysłów i rozwiązań, a nade wszystko na tzw. deficyt demokratyczny, to znaczy nie mają odpowiedniego społecznego zaplecza i często nawet demokratycznego mandatu (jak Komisja). Mówiąc obowiązującą teraz u nas terminologią, straciły związek z suwerenem, a może i jego zaufanie. Co więcej, i co bodaj najgorsze, są kunktatorskie i stale zwlekają z rozwiązaniami i decyzjami, a w wielu kwestiach grunt nam się w Europie dosłownie pali pod nogami, co wzmaga społeczną frustrację.

Brexit stawia na porządku dziennym jeszcze jedną kwestię, dotychczas nawet niebraną pod uwagę w ramach obowiązującej formuły ever closer Union, coraz ściślejszej współpracy: dezintegrację

Przy okazji tego wielkiego zakrętu ujawnił się nie tylko ten grzech pierworodny europejskiej integracji, tzn. fakt, że był to i pozostaje projekt elit, ale też wyraziście ujawnił się programowy, czy wręcz filozoficzny dualizm tego przedsięwzięcia. Zwolennicy federacji i ponadnarodowych rozwiązań są masowo atakowani przez konfederatów, opowiadających się za silnym państwem i rozwiązaniami międzyrządowymi.

W ślad za tym idzie wspomniany bój o wartości: liberałowie ścierają się z wyznawcami „demokracji nieliberalnej” (V. Orbán; jego krytycy mówią o „autokracji”), wyznawcy społeczeństwa otwartego mają za przeciwników narodowców i „obrońców suwerenności”, a zarazem wrogów multi-kulti, straszących rozkołysany elektorat widmem islamizacji i różnokolorowości. Co więcej, ci ostatni mają potężny atut i straszak w swoich rękach: wojny, chaos, rozprzężenie, piekło niestabilności i presję migracyjną na naszych granicach.

Obywatele UE najpierw, po kryzysie 2008-10 roku, stracili poczucie bezpieczeństwa socjalnego, a teraz tracą wiarę w bezpieczeństwo w ogóle. Toteż kiedy jacyś politycy im to bezpieczeństwo obiecują, wierzą im – i ich wspierają, choć nie zawsze są to obietnice poparte konkretami. A liberałowie, to już pewne, jeśli się chcą utrzymać przy władzy i wpływach, muszą odzyskać zaufanie demosu, czyli zawiedzionej szerokiej opinii publicznej. A w tym przypadku chodzi przecież, co też niebłahe, o dochody i rozwarstwienie – czyli jeszcze jedno, kto wie czy nie największe obecnie, źródło kontestacji, kontrowersji i społecznych pasji.

Albowiem należy się zgodzić z jednym przesłaniem, na ogół mocno krytykowanego za ogólnikowość nowego porozumienia francusko-niemieckiego w Akwizgranie: “Europa jest zagrożona od środka”. Natomiast Brexit stawia na porządku dziennym jeszcze jedną kwestię, dotychczas nawet niebraną pod uwagę w ramach obowiązującej formuły ever closer Union, coraz ściślejszej współpracy: dezintegrację.

W jakim stanie będziemy po przejściu przez te dwa wielkie progi, Brexit i eurowybory, nikt nie wie. Wiemy jedynie, że po przejściu przez nie Europa i UE będą inne. A jakie – to w dużej mierze zależy od każdego z nas, przynajmniej w przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego. Stawka jest niezwykle wysoka. Tym razem jest o co grać.

Autor jest profesorem i dyrektorem Centrum Europejskiego UW.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej