Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Dlaczego ludzie na Zachodzie nie rozumieją Chin?

Ogólnie można powiedzieć krótko: my się wzajemnie zupełnie nie rozumiemy. Chińczycy przekonali się, że model rozwojowy, który zastosowali po 1992 roku, przy umiejętnej adaptacji, którą widzimy teraz, zdaje się wydajniejszy niż model zachodni.

 

TEKST JEST FRAGMENTEM WYWIADU-RZEKI „ŚWIAT NARODÓW ZAGUBIONYCH”. KUP KSIĄŻKĘ W SKLEPIE INTERNETOWYM NK

 

Deng Xiaoping, widząc rozpad ZSRR, znalazł się w trudnej sytuacji i stanął przed dylematem: „trzeba zmienić wszystko, żeby nie zmienić nic”, tzn. utrzymać KPCh u władzy. W myśl tej zasady Chiny przeszły olbrzymią przemianę, choć u nas często się tego nie zauważa. W powszechnej opinii Chiny to państwo komunistyczne, rozumiane jako komunizm podobny do tego, który był w Związku Radzieckim. Jednocześnie coraz częściej pojawiają się głosy, że przecież w Chinach obecny jest kapitalizm, często nawet w bardziej agresywnej formie niż na przykład w Polsce. Skąd bierze się to zupełne niezrozumienie Chin na Zachodzie?

Niewątpliwie panuje tam ostrzejszy kapitalizm niż w Polsce. Konkurencja jest niebywała, a przetrwanie na rynku niełatwe, a przy tym związane – ostatnio coraz bardziej – z wolą rządzącej KPCh. Prostych przełożeń więc nie ma, choć dostępne dane i statystyka jednoznacznie wskazują, że tamten – obcy nam i niezrozumiały – model jest jednak funkcjonalny i skuteczny. Istnieje taka organizacja jak BRICS, w skład której wchodzą Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i Republika Południowej Afryki. W jej ramach Chiny mają większe PKB i obroty handlowe niż cała pozostała czwórka razem. Przypominam, że w przypadku wszystkich tych państw możemy mówić o Wschodzących Rynkach, rodzących się mocarstwach (z wyjątkiem specyficznej Rosji). Kiedy jednak spojrzymy na liczby, to widzimy, że liczą się przede wszystkim Chiny, co już od dawna bardzo boli Indie, a ostatnio także Stany Zjednoczone, które wreszcie zrozumiały, także na szczeblu politycznym, jak poważne jest chińskie wyzwanie.

W tym kontekście ciekawą kwestią jest wizerunek Chin w Polsce, który jest całkowicie zideologizowany. Jeżeli weźmiemy pod uwagę główny nurt polskich mediów, a nawet dyskurs naukowy po 1989 roku, to nie znajdziemy tam opisu ścieżki, jak to się stało, że Chiny są w obecnym miejscu. Niewątpliwie na naszych stosunkach swoje piętno odcisnęła jedna data – 4 czerwca 1989 roku. W książce Polska-Chiny. Wczoraj, dziś jutro, którą zredagowałem, stwierdzam, że ta data jest kamieniem węgielnym w naszych stosunkach bilateralnych. Tego dnia u nas w wyniku ustaleń Okrągłego Stołu odbyły się pierwsze częściowo demokratyczne wybory, które doprowadziły do powołania gabinetu Tadeusza Mazowieckiego. W Chinach tego samego dnia czołgi i transportery opancerzone rozjechały protestujących studentów na Placu Tiananmen (plac Niebiańskiego Spokoju), a raczej wokół niego. Byłem świadkiem tych dramatycznych wydarzeń i opisałem je w innej książce. Od tamtego dnia, przez dwie dekady, Polska miała do Chin podejście ideologiczne. Dopiero po kryzysie w 2008 roku, kiedy media zachodnie zaczęły wskazywać Chiny jako wyłaniające się mocarstwo, coś się w tej sprawie zmieniło. Trend ten odwrócił się w 2018 roku, kiedy to Stany Zjednoczone za sprawą administracji Donalda Trumpa zamiast dotychczasowego zaangażowania w Chinach rozpoczęły epokę strategicznej rywalizacji. To wystarczyło, żebyśmy i my ponownie zmienili swoje nastawienie do tego kraju i powrócili do podtrzymywania tego zniekształconego obrazu Chin, którego zresztą nie ułatwiają w odbiorze coraz bardziej asertywne i jednoosobowe rządy Xi Jinpinga.

Co gorsza, sięgnięcie po literaturę naukową również nie ułatwia sprawy. Wszystko zależy od tego, czy jest to praca napisana przez politologów, prawników, ekonomistów, strategów czy geopolityków. W każdej z nich znajdziemy coś zupełnie innego, inne oceny i podejścia. Politolodzy będą nas przekonywać, że to państwo komunistyczne, a członkowie KPCh to wręcz bolszewicy. Ekonomiści będą nieco bardziej wstrzemięźliwi i to z ich prac wyłania się chyba najlepszy wizerunek Chin, ponieważ oni akurat zauważają sukcesy chińskiej gospodarki. Wtórować będą im geopolitycy, którzy nawet w Polsce już przewidują, że Chiny mogą wyprzedzić Stany Zjednoczone, co politologom nadal nie mieści się w głowie. Najtrudniej mają prawnicy, ponieważ w Chinach nigdy nie było prawa w sensie zachodnim. Mamy więc do czynienia z jeszcze większą niż normalnie departamentalizacją, czyli poszatkowaniem wiedzy w zależności od uprawianej dziedziny, kodów i pojęć w niej dominujących. Te stosowane w Chinach są bowiem albo zgoła inne, albo posiadają odmienne od naszych konotacje i znaczenia. Z zagadnieniem odmiennej siatki pojęciowo-znaczeniowej i innych kodów kulturowych zmagam się w nowym tomie poświęconym „epoce Xi Jinpinga” (który wkrótce powinien być wydany).

Opisujemy raczej to, jak byśmy chcieli, żeby Chiny wyglądały, a niekoniecznie to, jak tamtejsi decydenci czy społeczeństwo myślą czy uważają. Tymczasem Chiny są cywilizacją wsobną, samoistną sui generis.

Kolejną kwestią prowadzącą do wielu nieporozumień, a w Chinach niezmiernie ważną, jest to, że na Zachodzie powszechnie uważa się, że zimna wojna skończyła się ponad trzydzieści lat temu. W Chinach nikt tak nie twierdzi, dla nich zimna wojna skończyłaby się dopiero w momencie zjednoczenia całych Chin. Po jednej stronie Cieśniny Tajwańskiej leży Chińska Republika Ludowa, którą nazywamy po prostu Chinami, lub Chinami komunistycznymi, kontynentalnymi, lądowymi, to ostatnie określenie – dalu – jest często używane przez samych Chińczyków. Po drugiej stronie leży drugi organizm z Chinami w nazwie, czyli Republika Chińska na Tajwanie, która jest przedłużeniem konstytucyjno-prawnym Republiki Chińskiej Czang Kaj-szeka. Republika ta dominowała nad Chinami kontynentalnymi od 1928 roku, a nawet od czasu upadku cesarstwa, do 1949 roku. Zapominamy, że ten podział istnieje i że władze w Pekinie marzą o tym, żeby wrócić do swojego wcześniejszego splendoru, do bycia największą cywilizacją i gospodarką świata. Chcą rozliczyć się ze „stuleciem narodowego poniżenia” i dokończyć proces jednoczenia się ziem chińskich. Oczywiście, perspektywa władz Tajwanu i jego mieszkańców, korzystających z demokratycznych wolności, jest inna, ale kwestia ta – jak widzimy – nabiera znaczenia po tym, jak Amerykanie przeszli do „strategicznej rywalizacji” z władzami w Pekinie. Ambicje Chin zderzone z interesami USA skupiły się wokół Tajwanu niczym w soczewce i w efekcie mamy tam jeden z najbardziej zapalnych dziś punktów na globie. Jestem w pełni przekonany, że jeszcze nie raz będziemy o tym słyszeli.

Do tego należy dodać coś więcej: Chiny są dla nas tak trudne do zrozumienia, ponieważ same w sobie są niezwykłe, niepowtarzalne, unikatowe. W swojej książce Chiński feniks jako motto użyłem cytatu z raportu Specjalnej Grupy Zadaniowej Rady Stosunków Międzynarodowych Council of Foreign Relations z Nowego Jorku z 2007 roku. Napisano tam: „Chodzi o wielce złożony paradoks. Chiny to kraj zarazem nowoczesny i starożytny, komunistyczny i kapitalistyczny, bogaty i biedny, reformujący się i opierający się reformom, jednolity i zróżnicowany, represyjny i wolnomyślicielski, konserwatywny i rewizjonistyczny, pasywny i agresywny, mocny i słaby”. Nic dziwnego, że w kręgu osób zajmujących się Chinami istnieje głęboko zakorzenione przekonanie, które podzielam, że jeśli ktoś pojedzie na tydzień do Chin, to napisze książkę, jeśli na miesiąc, to napisze artykuł, a jeśli na rok, to nic nie napisze, ponieważ będzie miał więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Sam zresztą potwierdzam tę definicję, zacząłem bowiem pisać o Chinach nawet nie po latach, a po dziesięcioleciach zajmowania się nimi.

Powyższe prowadzi do kolejnego wniosku. Wydaje nam się, że jest globalizacja, za sprawą której wszystko wygląda tak, jak my, ludzie Zachodu, chcemy, żeby wyglądało. Natomiast Chiny to cywilizacja ubrana w szatę państwa, jak to celnie ujął urodzony w Chinach amerykański badacz Lucian W. Pye. Polscy politolodzy i inni eksperci w setkach opracowań na temat tego kraju też najczęściej chcieliby, żeby oni byli tacy jak my, czemu wprost dają wyraz w swoich opiniach i analizach. Natomiast oni zupełnie „nie chcą chcieć” i nawet nie zamierzają się podporządkować zachodniej optyce. Mimo wszystko cały czas próbujemy oceniać ich znanymi nam miarami. Dlatego być może nawet 90 proc. dostępnej u nas literatury to tylko i wyłącznie nasze projekcje i stereotypy. Powielamy samych siebie, tworzymy własne wersje i scenariusze, otwieramy kolejne stronice „orientalizmu”, jak twierdził Edward Said. Kierujemy się w stosunku do Chin własnym chciejstwem, by posłużyć się Melchiorem Wańkowiczem. Opisujemy raczej to, jak byśmy chcieli, żeby Chiny wyglądały, a niekoniecznie to, jak tamtejsi decydenci czy społeczeństwo myślą czy uważają. Tymczasem Chiny są cywilizacją wsobną, samoistną sui generis. Mają nie tylko własny model rozwojowy, też zresztą stale się zmieniający, ale też swój własny system polityczny, który również jest sui generis, co oznacza, że są tam kwestie, rozwiązania i instytucje, których nie da się u nas powielić.

Chiny to przede wszystkim masa paradoksów, co bardzo wyeksponował wspomniany już raport Council of Foreign Relations. Na terenie Chin można udowodnić niemal każdą tezę, jeżeli tylko ktoś się uprze. Istnieją jednakże wyróżniki, które określają tamtejszą cywilizację, a które są dla nas albo niezrozumiałe, albo trudne do przyjęcia, których nie potrafilibyśmy zaabsorbować. Dla przykładu – jeżeli zapytałaby mnie pani o to, jaki jest obecny system polityczny w Chinach, to miałbym dwie odpowiedzi. Jedna oficjalna, chińska – socjalizm o chińskiej specyfice. Co to oznacza? Tam wszystko ma pierwiastek żeński i męski – in i jang, pierwiastek aktywny i bierny, ciemny i jasny. W tym przypadku socjalizm i kapitalizm. Socjalizm o chińskiej specyfice ma więc cechy chińskie i domieszkę realnego socjalizmu, znanego nam z własnej nieodległej historii (i którego powrotu chyba nikt u nas nie chce). Druga odpowiedź, jaką się tutaj posłużę, to byłby konfucjański leninizm (też pojęcie zapożyczone od Luciana W. Pye’a), czyli dyktatura partii otoczona wiankiem instytucji i wartości konfucjańskich.

W ChRL formalnie istnieje realny socjalizm. Jeśli jednak przyjrzymy się temu dłużej i głębiej, to niemal nic nie pasuje. Przy głębszej analizie natkniemy się na pojęcia, którymi się nie zajmujemy i które będą dla nas zupełnie niezrozumiałe.

Za rządów Xi Jinpinga i jego ekipy nie mamy więc do czynienia z powrotem do stalinizmu czy leninizmu, jak chcą niektórzy eksperci (głównie politologowie), lecz z odnową autokracji i hierarchicznych zależności. Chiny mają w zwyczaju przejmowanie pojęć, nawet kradzież wynalazków itd., ale potem wszystko musi zostać zsinizowane. W ten sposób przejęli nawet obce dynastie – następcy Czyngis-chan, a nade wszystko Kubilaj-chan to dla nas Mongołowie, ale lepiej głośno tego w Chinach nie mówić, ponieważ wywoła to wielkie oburzenie. Dla nich to przecież chińscy cesarze, wybitni przedstawiciele mongolskiej dynastii Yuan. Podobnie lepiej nie mówić, że ostatnia dynastia Qing, która panowała od XVII do XX stulecia, to dynastia mandżurska: owszem, mandżurska, ale na chińskim tronie, a to już inna sprawa. Tak samo było z marksizmem-leninizmem, który dotarł do Chin jako oficjalna ideologia w 1949 roku, a dziesięć lat później był to już maoizm. Przy czym Chińczycy nie używają pojęcia maoizm, lecz „myśl Mao Zedonga”.

W ChRL formalnie istnieje realny socjalizm. Gdy obserwujemy zjazd czy nawet plenum KC KPCh, to delegaci śpiewają Międzynarodówkę, pojawiają się czerwone flagi, sierp i młot – czyli wszystko pasuje do naszych wyobrażeń o państwie komunistycznym. Jeśli jednak przyjrzymy się temu dłużej i głębiej, to niemal nic nie pasuje. Przy głębszej analizie natkniemy się na pojęcia, którymi się nie zajmujemy i które będą dla nas zupełnie niezrozumiałe.

Co więc trzeba zrobić, żeby choć trochę zrozumieć Chiny?

Żeby w miarę dobrze zrozumieć współczesne Chiny, trzeba zastosować cztery odrębne płaszczyzny badania.

Po pierwsze, Chiny mają swój specyficzny sui generis system polityczny, czyli konfucjański leninizm, który najlepszy amerykański badacz współczesnych Chin, David Shambaugh, nazywał już za Xi Jinpinga twardym autorytaryzmem, z czym się zgadzam. To jest twardy i niestety coraz twardszy autorytaryzm. Warto też podkreślić, że ten chiński system, z wieloma wartościami konfucjańskimi i elementami czy to merytokracji (rozumianej jako rządy światłych, dobrze przygotowanych i oświeconych elit) czy autokracji i hierarchii, jest nie do zastosowania poza Chinami, nawet w Singapurze (bo tam, po Brytyjczykach, mamy przynajmniej państwo prawa, a nie prawo Partii), nie mówiąc już o Afryce, Ameryce Łacińskiej czy Polsce. Nie musimy więc się obawiać, że nam Chińczycy ten system wyeksportują, jak to kiedyś chciał robić Mao, i co niedawno tak plastycznie i szeroko opisała Julia Lovell.

Druga płaszczyzna to odrębny system ekonomiczny Chin, czyli model państwa rozwojowego. Chiny realizowały go w trzech wersjach, to jest bardzo dynamiczne pojęcie. W tym akurat przypadku, jak sądzę, moglibyśmy skorzystać z ich doświadczeń, jeśli byłaby taka wola i ktoś zdolny zaimplementować to w naszych warunkach. Trzeba jednak byłoby użyć u nas zupełnie innych narzędzi, dostosowanych do naszych lokalnych uwarunkowań i odmiennej kultury (politycznej i prawnej).

Pierwszy chiński model rozwojowy był praktykowany w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Najogólniej mówiąc, było to to samo, co robił Michaił Gorbaczow na terenie ZSRR, czyli pierestrojka i glasnost’, a więc transparentność. Chiny na tę transparentność, czyli uwolnienie politycznego gorsetu, nie pozwoliły, pozostał tam system autorytarny, dyktatura. Pozwoliły natomiast na eksperymenty z gospodarką rynkową, oczywiście w wydaniu chińskim, gdzie państwo nad wszystkim czuwało. To było poszukiwanie modernizacji, które nie zakończyło się najlepiej: doszło do społecznego i dochodowego rozwarstwienia, uwłaszczenia nomenklatury, niezadowolenia wielu warstw, począwszy od młodzieży i inteligencji. Skutkiem była Pekińska Wiosna 1989 roku i protesty na placu Tiananmen.

To nie te wydarzenia, wbrew powszechnemu u nas przekonaniu, zmusiły Chiny do zmiany politycznego kursu, lecz upadek Związku Sowieckiego. Deng Xiaoping w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku był Sekretarzem Generalnym Komitetu KC KPCh, czyli trzecią osobą w państwie, na dodatek odpowiedzialną za administrację i aparat partyjny. To on osobiście wtłaczał do głów członków partii, a nawet dzieci w szkołach i przedszkolach, hasło, zgodnie z którym: „Związek Radziecki dziś to nasze jutro”. Ten sam Deng Xiaoping na samym początku 1992 roku, doskonale pamiętając o tym haśle, miał pełną świadomość, że jeśli w ChRL w kontekście rozpadu ZSRR nic się nie zmieni, to komuniści chińscy też mogą zawisnąć na pobliskich gałęziach. Dlatego zastosował wspomnianą formułę: „trzeba zmienić wszystko, żeby nie zmienić nic”, tzn. żeby KPCh mogła pozostać przy władzy.

Najważniejszą siłą napędową gospodarki mają być teraz klasa średnia i kwitnący rynek wewnętrzny – to właśnie jest pierwszy obieg. Drugi obieg natomiast to świat zewnętrzny i globalizacja.

To wtedy właśnie Chiny odrzuciły ten pierwszy model rozwojowy. Nie próbowano już reformować realnego socjalizmu. Postanowiono w zamian za to postawić na globalizację, ale nie w ślad za konsensusem z Waszyngtonu – czyli tylko prywatyzacja i wolny rynek. To miała być globalizacja na chińskich warunkach, zgodnych z podstawowymi azymutami „państwa rozwojowego”: tam gdzie nadrzędne są interesy państwa, to chwyta ono niewidzialną rękę wolnego rynku. Państwo nigdy nie zapomina o swoich interesach, to one są najważniejsze. Innymi słowy jest to model oparty nie tylko na siłach rynkowych i sektorze prywatnym, lecz również na interwencjonizmie państwowym.

Jak już dziś widzimy, zastosowanie tego modelu, choć zakończyło się ogromnym sukcesem, jednocześnie przyniosło wiele trudności i wyzwań, o których na Zachodzie często się wspomina, wskazując na tamtejsze problemy i mankamenty, na przykład rozwarstwienie społeczne, nierówności dochodowe, korupcję. Te zagrożenia są cały czas bardzo groźne, a ze względu na istniejące napięcia i problemy społeczne może nawet dojść do kolejnego placu Tiananmen na jeszcze większą skalę.

W efekcie tego chiński parlament 5 marca 2021 roku zaakceptował trzeci model rozwojowy, nazwany przez nich modelem podwójnego obiegu. Nie jest on już ekstensywny, jak poprzedni, tylko oparty na eksporcie i ekspansji. Najważniejszą siłą napędową gospodarki mają być teraz klasa średnia i kwitnący rynek wewnętrzny – to właśnie jest pierwszy obieg. Drugi obieg natomiast to świat zewnętrzny i globalizacja. Ten model jest już dość skutecznie wdrażany w życie. Warto go obserwować, tym bardziej, że chociaż został zdefiniowany przed pandemią COVID-19, to jednak sprawia wrażenie, jakby był odpowiedzią właśnie na nią.

Trzecia płaszczyzna badania obecnych Chin to zagadnienie sztuki rządzenia: jak rządzą się Chińczycy? Jak się okazuje, zgodnie z wolą niezwykle pragmatycznego, praktycznego Deng Xiaopinga rządzili tam technokraci. W większości byli to inżynierowie, którzy od lat zajmują się inżynierią społeczną, nakreślają długoterminowe wizje, kreślą śmiałe plany nowych inwestycji infrastrukturalnych, gruntownie zmieniają oblicze Chin w wymiarze fizycznym czy wizerunkowym.

Xi Jinping, który doszedł do władzy w listopadzie 2012 roku, po dwóch latach rządów zdefiniował, co oznacza chiński sen, chińskie marzenie, przejęte jako programowy cel jego rządów. Są nim „dwa cele na stulecie”, jak to nazwał. Pierwszy ma być osiągnięty do 1 lipca 2021 roku – w Chinach ma powstać społeczeństwo umiarkowanego dobrobytu, czemu służyć ma właśnie ta podwójna cyrkulacja. To więc klasa średnia i kwitnący rynek wewnętrzny, a nie eksport, będą siłą napędową chińskiej gospodarki. Drugi cel ma być osiągnięty do 2049 roku – jest to wielki renesans narodu chińskiego. Poświęciłem temu moją ostatnią książkę pod tym tytułem Wielki renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje. Nie może być jednak mowy o renesansie, jeśli Chiny są podzielone, warunkiem sine qua non jest więc zjednoczenie z Tajwanem. Czy to się uda? Może być coraz trudniej.

Za chińską technokracją stoi konfucjańskie pojęcie merytokracji. Warto sięgnąć po prace Luciana W. Pye’a, Étienne’a Balázsa, Davida Shambaugha, którzy najlepiej zbadali cywilizację chińską i tamtejszy system rządzenia. Wyróżnili oni kilka charakterystycznych dla niej elementów. Pierwszy to silne państwo i relatywnie słabe lub w ogóle nieistniejące społeczeństwo obywatelskie. Jednocześnie pojawia się silna hierarchia, czyli pionowy system zależności, który niósł za sobą konieczność konformizmu jak w przypadku dziecka i rodzica. Jeśli zależność ta w państwie była wypaczona, to władca tracił Mandat Niebios, dochodziło do rewolty i to był jego koniec. W mniejszym wydaniu jest to bunt w rodzinie. Można przywołać przypadek Mao Zedonga, który zbuntował się przeciwko apodyktycznemu ojcu. W Chinach panuje hierarchia, rządzi konformizm, ale kiedy zostaje on naciągnięty do granic możliwości, dochodzi do rebelii. Do dziś zachował się tam porządek feudalny, a obecne władze w coraz większym stopniu wracają do tradycyjnych wzorców, co nie może podobać się osobom o głęboko demokratycznych przekonaniach.

W Chinach stosuje się dychotomię hao ren, huai ren – człowiek jest albo dobry, albo zły; nie ma niczego pośredniego. Niesie to za sobą spore konsekwencje. Jeszcze raz podkreślam Chiny to nie jest zwykłe państwo, tylko cywilizacja ubrana w szaty państwa. Po polsku dostępna jest książka Sprawiedliwe wyroki sędziego Baogonga. Jest to urokliwy literacki traktat, bardziej w formie przypowieści na temat sądownictwa. Główny bohater jest popularną postacią chińskiej wyobraźni, literatury, teatru czy sztuki. Jest sprawiedliwy, ale surowy; dociekliwy, wnikliwy, działa niczym detektyw, ale zawsze w interesie państwa, a nie swoim własnym. Widać na każdym kroku, że kieruje się interesami zbiorowymi, a nie indywidualnymi.

Nie może być mowy o renesansie, jeśli Chiny są podzielone, warunkiem sine qua non jest więc zjednoczenie z Tajwanem. Czy to się uda? Może być coraz trudniej.

W Chinach nigdy nie było systemu prawnego w rozumieniu zachodnim. Był jedynie bardzo surowy kodeks karny i system penitencjarny, czyli odgórnie głoszone prawdy, za którymi stała kara, za pomocą której wpajano ideologię do chińskich głów. Na straży tej ideologii zawsze stali cesarz albo partia, czyli w pewnym sensie zbiorowy cesarz. Obowiązywała jedna ideologia, raz konfucjanizm, raz maoizm, był tylko jeden przywódca, wódz, naczelny kodyfikator, Syn Niebios, z samej definicji unoszący się ponad zwykłym ludem. Francis Fukuyama celnie zdefiniował to zjawisko w debacie z bardzo wpływowym na terenie Chin intelektualistą Zhang Weiwei’em jako „syndrom cesarza”. To samo wynika z moich doświadczeń, ocen i badań: jest tam syndrom cesarza, a nawet więcej, jednej ideologii i jednej partii, na dodatek posługującej się autorytaryzmem, czasem wręcz terrorem, jak było za Mao, gdy mieliśmy tam do czynienia z systemem totalitarnym, a więc takim, gdzie jednostka była pozbawiona wszelkich praw, a polityczne, ideologiczne, a często także fizyczne zniewolenie sięgało sfery prywatnej.

Fukuyama używa również pojęcia „legizm”, które można zdefiniować jako czysty absolutyzm, sprowadzony do surowych kar i sankcji w wypełnianiu edyktów i woli cesarskiej, gdzie władcy należało się bać. W Chinach zawsze praktykowana była inżynieria społeczna i system patrymonialny, czyli taki, który wypromował pierwszą na świecie biurokrację, a nad biurokracją była merytokracja. Wybierano ludzi na podstawie kompetencji. Stosowano rejestrację ludności, nadano chłopom ziemię, ale odebrano im prawo własności. Nie było systemu komunikacji pomiędzy poszczególnymi warstwami. W Historii ładu politycznego Fukuyama pisze: „Chińczycy stworzyli nowoczesne państwo w sensie weberowskim ponad dwa tysiące lat temu, jednak nie poszły za tym rządy prawa czy demokracja, nie mówiąc już o indywidualizmie społecznym czy nowoczesnym kapitalizmie”.

Dlatego nie rozumiemy się z Chińczykami, ponieważ oni posługują się zupełnie innymi kategoriami, a my za wszelką cenę chcemy ich dopasować albo do demokracji, albo do liberalnego kapitalizmu. Tymczasem dla nich naturalny jest kapitalizm państwowy z dużą domieszką interwencjonizmu państwowego, co wynika wprost z tamtejszej cywilizacji. Kwestia, która nieco ten problem komplikuje i daje wiele do myślenia, także władcom w Pekinie, to ostatnie ponad trzydzieści lat demokratycznych doświadczeń na Tajwanie, też w cywilizacji konfucjańskiej, którą długo uważano za niekompatybilną z wszelkimi rozwiązaniami demokratycznymi. Sądzę, że tutaj właśnie, w sferze rządzenia i systemu politycznego w Chinach, może czekać nas jeszcze wiele niespodzianek, chociaż akurat w przypadku Xi Jinpinga panuje dość duża zgodność co do tego, że za jego kadencji umacniane są akurat centrum i system autokratyczny, a nie odwrotnie.

Ogólnie można powiedzieć krótko: my się wzajemnie zupełnie nie rozumiemy. Chińczycy przekonali się, że model rozwojowy, który zastosowali po 1992 roku, przy umiejętnej adaptacji, którą widzimy teraz, czyli zmianie modelu opartego na silnym eksporcie na model oparty o rynek wewnętrzny i klasę średnią, którą trzeba stworzyć, zdaje się być wydajniejszy niż model zachodni. Co więcej, może im on pozwolić wyprzedzić Zachód. Przekonali się o tym już w 2008 roku, a utwierdzili się w tym przekonaniu w roku 2020, kiedy to sam Xi Jinping na plenum KC KPCh zarysował ambitne plany, które w roku następnym zatwierdził parlament. Praktyka jest jednoznaczna: najpierw coś zatwierdza partia, a dopiero potem parlament podczas dorocznej sesji musi to przypieczętować.

Demokracja może pasować do systemu konfucjańskiego, co jest niebywałym wyzwaniem programowym i ideologicznym dla Xi Jingpinga oraz innych rządzących obecnie w Chinach.

Według Xi Jinpinga, „czas i okoliczności pracują na naszą rzecz”. Oznacza to, że Chińczycy są przekonani, że zastosowane przez nich rozwiązania są lepsze i pozwolą im wyprzedzić Zachód. Potwierdza to też Chen Yixiu, obecnie Sekretarz Generalny Centralnej Komisji Politycznej i Prawnej w Komitecie Centralnym KPCh, czyli osoba, która odpowiada za kadry i piastuje jedno z najważniejszych stanowisk, jakie można objąć w Chinach. Powiedział on wprost, że powrót, czyli wzrost Wschodu, jest nieunikniony, a zmierzch Zachodu staje się tendencją, która dominuje na świecie.

Chińczycy są pewni swoich rozwiązań. Według Étienne’a Balázsa nie zostaną one jednak przyjęte na szeroko rozumianym Zachodzie, gdyż zbyt bardzo różnią nas wyznawane wartości. Chiny wyróżnia, po pierwsze, duch racjonalizmu – racjonalne, a nie boskie odwoływanie się do mitów, mitologii czy symboli; po drugie, oświecony despotyzm czy autokratyzm; po trzecie, podporządkowywanie się osobom stojącym wyżej w hierarchii; po czwarte, drakońskie prawa. Dziś w Chinach mówi się „rządy oparte na prawie” (yifa zhi guo), a nie rządy prawa. Prawo określa oczywiście partia komunistyczna. Jest tu też wiele patologii, takich jak nadmiar protokołu, oficjalna etykieta, a czasami nawet przesadna pompa, zbędny i nadęty ceremoniał. Do tego dochodzą inne wynaturzenia – korupcja, nepotyzm, silne powiązania osobowe, zwane guanxi. Nad tym wszystkim panuje państwowy moloch narzucający autokratyczny paternalizm, hierarchię, czasami wręcz będący tyranem. My tego nie rozumiemy i pewnie nie zrozumiemy.

Przez dekady uważano za pewnik zarówno na Zachodzie, jak i w Chinach, że konfucjanizm nie jest kompatybilny z demokracją. Mamy jednak przykłady, że demokracja działa w Japonii, Korei Południowej, która według ekspertów jest nawet bardziej konfucjańska niż Chiny, i oczywiście na Tajwanie. Są to dowody, że demokracja może pasować do systemu konfucjańskiego, co jest niebywałym wyzwaniem programowym i ideologicznym dla Xi Jingpinga oraz innych rządzących obecnie w Chinach.

 

TEKST JEST FRAGMENTEM WYWIADU-RZEKI „ŚWIAT NARODÓW ZAGUBIONYCH”. KUP KSIĄŻKĘ W SKLEPIE INTERNETOWYM NK

politolog i sinolog, profesor i dyrektor Centrum Europejskiego UW. Był również ambasadorem Polski na Filipinach, w Tajlandii oraz w dawnej Birmie w latach 2003-2008. Zajmuje się stosunkami międzynarodowymi we współczesnym świecie. Specjalizuje się w tematyce Chin. Bogdan Góralczyk pracował jako profesor wizytujący na zagranicznych uniwersytetach, w tym na terenie Chin i Indii. Autor wielu pozycji poświęconych Państwu Środka, w tym książki "Wielki Renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje".
Sekretarz zespołu Nowej Konfederacji. Absolwentka bezpieczeństwa wewnętrznego na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała dla polityków i instytucji publicznych oraz organizacji pozarządowych.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz