Dalekowschodni Golem

„Birobidżan” Agaty Maksimowskiej jest podręcznikowym przykładem udanej popularnonaukowej pracy: lekko napisanej, ciekawej, a zarazem pogłębionej i zmuszającej do myślenia

Początek książki jest taki sobie. Trochę ponad jednostronicowe, reporterskie wprowadzenie raczej rozczarowuje. Jest za krótkie, zbyt lapidarne i nagle się urywa. Potem autorka od razu przechodzi do – trochę przyciężkich w stylu – opisów radzieckiej polityki narodowościowej. Zaskoczyło mnie to, bo nie oczekiwałem, że „na dzień dobry” dostanę łagodniejszą tylko wersję wstępu metodologicznego (to w każdej pracy naukowej najgorsza, najbardziej nie do czytania część; niezbędna wszakże, bo bez niej recenzenci nie uznają pracy za „naukową”). Przypomniały mi się studia rosjoznawcze, gdzie na czynniki pierwsze rozkładano nam te wszystkie „narodowe w formie, socjalistyczne w treści” pomysły Kraju Rad (i to nie były moje ulubione zajęcia). Przez pierwszych kilkanaście stron miałem poczucie, że to nie jest książka, którą chciałbym czytać w czasie wolnym. Że przynależy raczej do kategorii zawodowych lektur obowiązkowych, jak recenzje artykułów naukowych czy prac studenckich. Myliłem się.

Opisy prześladowań są w „Birobidżanie” przedstawione w najlepszym, sołżenicynowskim stylu, znanym z „Archipelagu GUŁag”: poprzez pokazywanie absurdów (takich jak oskarżenie starego towarzysza o syjonizm czy teksty prasowe o sabotażystach, którzy chcieli poprzez wwiezienie zbyt dużej liczby kartofli przeładować kolei państwową) masowego terroru ZSRR

Żydowskie państwo w środku tajgi

Z czasem „Birobidżan” zaczął się rozkręcać. Złapałem się na tym, że – z uznaniem – podkreślam coraz więcej, czytam coraz szybciej i ciekawi mnie to coraz bardziej. Cieszyłem się, że przetrzymałem wstęp i mogę czerpać przyjemność z poznawania wiedzy. Bo niby coś tam wiedziałem, czegoś tam uczyli, coś przeczytałem, coś znajomi mówili, kiedyś w drodze z Władywostoku do Moskwy na stacji Birobidżan wysiadłem i zdjęcie zrobiłem nazwie stacji w jidysz – ale to tyle. Tak naprawdę moja wiedza o Żydowskim Obwodzie Autonomicznym i jego stolicy była żadna. W najlepszym wypadku – dyletancka.

Z wielką więc przyjemnością dowiadywałem się mnóstwa nowego, podanego w przystępnej formie i bazującego na dobrym researchu. Robią wrażenie rozmowy autorki, relacje miejscowych; jest to sprawnie pogłębione przez bazę źródłową i naukowe opracowania, ale podane w sposób znośny, ludzki. Przede wszystkim dobrze pokazana jest perspektywa, szersze tło, na którym Maksimowska umieszcza swoich bohaterów. A potem sprawnie prowadzi przez dzieje powstałego w 1928 r. Birobidżanu, stolicy Żydowskiego Obwodu Autonomicznego.

Początkowo widzimy więc pełne nadziei przedsięwzięcie, by zbudować żydowskie państwo, lecz – co istotne – świeckie, oparte na jidysz i socjalistycznych ideałach. Konkurencję ideową dla syjonizmu, dającą jakąś alternatywę, wcale nie najgorszą, przynajmniej z perspektywy ówczesnych biednych mas żydowskich. Dziś pomysł, by budować sztuczny twór tysiące kilometrów od osadnictwa żydowskiego, w tajdze, z cywilizacyjną pustką wokoło, za to z milionem komarów i meszek, wydaje się poroniony od samego początku. Uzbrojeni w dzisiejszą wiedzę łatwo moglibyśmy wydawać wyroki. Lecz wtedy tak nie było. Z perspektywy lat dwudziestych XX wieku, stworzenie państwa Izrael w piaskach Palestyny nie wyglądało dużo bardziej realnie niż zagospodarowywanie syberyjskich głusz. Dlatego wielu uwierzyło, że da się na Dalekim Wschodzie stworzyć coś z niczego, mimo że od samego początku nie było łatwo.

Zagłada dziedzictwa

A potem widzimy, jak się to wszystko wali. Jak przychodzą represje, wielka czystka, „czarne lata”. Opisy prześladowań są w „Birobidżanie” przedstawione w najlepszym, sołżenicynowskim stylu, znanym z „Archipelagu GUŁag”: poprzez pokazywanie absurdów (takich jak oskarżenie starego towarzysza o syjonizm czy teksty prasowe o sabotażystach, którzy chcieli poprzez wwiezienie zbyt dużej liczby kartofli przeładować kolei państwową) masowego terroru ZSRR. A miał on na birobidżańskim odcinku bardzo specyficzną cechę: antysemityzm. Tak, powszechny antysemityzm w Żydowskim Obwodzie Autonomicznym to jeden z tych ponurych absurdów, które mogły się zdarzyć tylko w Związku Radzieckim. Przejmujące są opisy tego, jak zawala się świat ludzi mówiących w jidysz, co to chcieli stworzyć świecką republikę żydowską, a pierwsze państwo komunistyczne ich za to zabiło, bądź na zawsze przetrąciło kręgosłupy.

Najbardziej wbijają w ziemię fragmenty o płonących książkach. To bardzo mało znany, acz znamienny fakt, że Żydowskim Obwodzie Autonomicznym ZSRR, niczym w hitlerowskich Niemczech, publicznie palono żydowskie manuskrypty, zaś dalekowschodnia zagłada dziedzictwa kultury jidysz stała się echem hekatomby wschodnioeuropejskich Żydów. Takim mini-holokaustem kulturowym.

A potem, jak już Żydowski Obwód Autonomiczny władza radziecka skutecznie żydowskości pozbawiła, tym resztkom, które się ostały, zafundowano systemową, acz nieformalną dyskryminację. Powodującą, na przykład, że można było chodzić po ulicach w środkowoazjatyckich, muzułmańskich tiubietiejkach, lecz nie w kipach. To, w połączeniu z galopującą rusyfikacją, a następnie masowymi emigracjami do Izraela, gdy otwarły się granice, dobiło żydowskość regionu.

Chińska podróbka

Została fasada. Mimo, że nastąpiło odrodzenie żydowskości, a nawet swoista moda na nią, to pozostała ona co najwyżej kwiatkiem do kożucha w mieście zamieszkałym przez 1% Żydów. Marketingowym „brandem”, który się sprawnie wykorzystuje komercyjnie. Co najlepiej robią, nie dziwota, Chińczycy: historia jedynej restauracji żydowskiej w mieście, prowadzonej przez Chińczyka, który okazał się Żydem, urasta wręcz do rangi metafory. Opis realiów dominacji społeczno-gospodarczej Chin zamyka karty tej książki.

Te ostatnie strony, podobnie jak zdecydowana większość książki, są znakomite. Napisane w sposób kompetentny (widać, że autorka „czuje” zarówno klimaty rosyjskie, jak i żydowskie) i lekki. Maksimowska opanowała jedną z najtrudniejszych sztuk – u nas, w świecie akademickim, niestety niepromowaną – czyli atrakcyjne przekazanie pogłębionej wiedzy. Dlatego „Birobidżan” powinien się spodobać zarówno siedzącym w temacie judaistom, jak i szerszej rzeszy zainteresowanych tematem.

„Birobidżan” to bardzo dobra książka: ciekawa i mądra, napisana w sposób wyważony, empatyczny

Lecz podstawową rolą recenzenta nie jest chwalić, a ganić za błędy; jeśli nie ma za co – jak tutaj – to przynajmniej trochę pomarudzić. Jak wspomniałem, początek książki trochę odstaje od reszty, może zniechęcać do dalszej lektury; a szkoda by było. Ponadto w „Birobidżanie” brak wstępu i zakończenia – zaczyna się on nagle i po prostu kończy. Jakkolwiek zakończenie nie jest tu niezbędne – chińska pointa mówi sama za siebie – tak wstęp by się przydał. Takie krótkie wprowadzenie dla niezaznajomionych z tematem, przypomnienie najważniejszych rzeczy, zachęcenie na kilku stronach do dalszej lektury. Tymczasem w „Birobidżanie” daje się kilkukrotnie wyczuć pewną hermetyczność specjalisty zakładającego, że niektórych spraw tłumaczyć nie trzeba. Chociaż redakcja zrobiła dużo, by przybliżyć czytelnikowi niebędącemu judaistą tekst (doceniam częste objaśnienia terminów i słów), to dwa razy tego zabrakło. Na stronie 130 przy zacytowanych w oryginale słowach Heinego („gdzie pali się książki, tam dojdzie do palenia ludzi”; pewnym usprawiedliwieniem jest to, że to znany cytat); a przede wszystkim na stronie 282, gdzie bez tłumaczenia podana jest modlitwa po hebrajsku. Nie każdy czytelnik musi znać niemiecki, a już na pewno nie hebrajski. To jednak szczegóły nie wpływające na bardzo wysoką ocenę tej książki.

„Birobidżan” to bardzo dobra książka: ciekawa i mądra, napisana w sposób wyważony, empatyczny. A to istotne, bo prezentowana historia jest dość smutna. Kilkukrotnie na łamach książki wspominany jest Golem: znana postać żydowskiego imaginarium, prawdopodobna inspiracja dla monstrum doktora Frankensteina. Lepiący go praski rabin Maharal miał szlachetne intencje, lecz pozbawiony duszy Golem stał się groźny dla swego stwórcy i otoczenia. Po lekturze książki Maksimowskiej trudno oprzeć się wrażeniu, że Birobidżan, mimo dobrych chęci jego twórców i entuzjazmu rzesz pionierów, stał się właśnie takim dalekowschodnim Golemem.

 

Agata Maksimowska, Birobidżan. Ziemia, na której mieliśmy być szczęśliwi, Wydawnictwo Czarne, 2019, ss. 360.

Stały współpracownik "Nowej Konfederacji", ekspert ds. współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, autor pięciu książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych - "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" (Kraków, Akademicka 2014) i "Pani Birmy. Biografia polityczna Aung San Suu Kyi" (Warszawa, PWN 2015) oraz niedawno wydanego debiutu międzynarodowego "Russia and China. A Political Marriage of Convenience".

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz