Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Czy cnota się opłaca?

Jako ekonomiści nie zadajemy głębokich pytań o istotę ludzkich wyborów, bojąc się, że uznanie ekonomii za naukę moralną zagraża jej naukowości. To błąd

Czy mówiąc o etycznych fundamentach ekonomii nie miesza pan jabłek z gruszkami?

Teoria ekonomii ma przedzałożenia. One występują na trzech poziomach: ontologicznym (jaki jest świat, który badamy), epistemologicznym (w jakim stopniu ten świat mogę poznać) oraz etycznym (jakie kryteria powinny decydować o ludzkim działaniu).

Część ekonomistów mówi, że nie ma filozofii w ekonomii.

W uproszczeniu wg założenia utylitaryzmu wybieram te działania, które przyniosą mi maksymalną użyteczność, czytaj: przyjemność. Ale przecież ja mogę posługiwać się etyką zasad, mieć zbiór nieprzekraczalnych zasad – nie kradnij, nie zabijaj itd.

Mówią tak, ale przecież rozstrzygają ontologicznie, czyli co do tego, jaki jest świat. Jeśli ekonomiści posługują się modelami ekonometrycznymi i próbują ustalić ilościowe relacje między zjawiskami, to na poziomie ontologicznym zakładają, że świat jest probabilistyczny, a więc nieściśle zdeterminowany i dający się opisać statystycznie. Na poziomie epistemologicznym też rozstrzygają, bo stwierdzają, że mamy dostęp poznawczy do świata. I wreszcie, gdy mówimy o etyce, nawet jeśli bierzemy pod uwagę jedynie prosty model wyboru konsumenta, to tam jest co niemiara ukrytych założeń etycznych.

Jakich?

W określony sposób rozumiemy użyteczność i stwierdzamy, że jest to osiąganie coraz większej przyjemności czy zaspokajanie ściśle określonych preferencji. To rozumienie nie spadło z nieba, tylko Jeremy Bentham czy John Stuart Mill ukuli je w pewnym kontekście, choć później istotnie ta koncepcja ewoluowała. Świat ludzkich wyborów jest jednak bardziej złożony. Mogę nie chcieć robić tego, co wybieram – w prostym modelu wybieram tylko między Pepsi a piwem, ale nie wybieram swoich preferencji, czyli że wolę jedno od drugiego.

Wolę np. pić sok z marchwi, bo jest zdrowszy niż Pepsi, ale wypiję Pepsi, bo mi bardziej smakuje?

Jako ekonomiści nie zadajemy głębokich pytań o istotę ludzkich wyborów, bojąc się, że uznanie ekonomii za naukę moralną zagraża jej naukowości – to błąd. Problemem utylitaryzmu, nadal stanowiącego fundament etyczny znaczącej części teorii ekonomii, jest założenie o tym, że to co człowiek chce jest z jego punktu widzenia dobre. Zakładamy, że ma „dobrze poinformowane preferencje”, a często tak nie jest.

Ale jeśli spojrzymy na to, co pisał Ludwig von Mises, to on zakłada, że racjonalność jest ograniczona – a to, że informacje, na podstawie których podejmuję decyzje, są niepełne, nie ma znaczenia.

W ekonomii często definiujemy racjonalność poprzez posługiwanie się tzw. dobrze zachowującymi się preferencjami, które definiowane są w sposób ścisły i w szczególności muszą być przechodnie: jeśli wolę A od B, a B od C, to wolę A od C. Jeśli posługuję się takimi preferencjami, to znaczy, że działam racjonalnie. Ale ma pan rację, że nasza racjonalność jest ograniczona. Austriacy, jak np. Fryderyk August von Hayek w „Wykorzystaniu wiedzy w społeczeństwie” pisali, że mamy ograniczone możliwości poznawcze. Co więcej, funkcjonujemy w świecie, który jest niepewny. To gorsze niż ryzyko. Tu nie ma żadnych prawdopodobieństw. Ludzki wybór jest trudny.

Jakie przedzałożenia etyczne występują w ekonomii?

W ekonomii neoklasycznej jest to przede wszystkim utylitaryzm, etyka skutków. W uproszczeniu, wg założenia utylitaryzmu wybieram te działania, które przyniosą mi maksymalną użyteczność, czytaj: przyjemność, czy też w możliwie maksymalny sposób zaspokoją moje preferencje. Ale przecież ja mogę posługiwać się etyką deontologiczną, a więc etyką zasad i przyjmować zbiór nieprzekraczalnych reguł postępowania – nie kradnij, nie zabijaj itd. Teoria ekonomii po cichu wychodzi poza utylitaryzm. Zakłada, że są dobra, których nie mogę kupić, bo tego robić nie wolno i już – np. nie można kupić narządu do transplantacji.

Są jednak też ekonomiści, którzy twierdzą, że tak może byłoby lepiej. Alvin E. Roth, ekonomiczny noblista, modelował rynki wymiany nerek między parami dawców i biorców.

Co innego modelowanie formalne danej dziedziny życia, a co innego postulowanie jej pełnego urynkowienia. Modelować można, urynkawiać nie zawsze.

Nie byłem nigdy na wykładzie z polityki pieniężnej, który ktoś by zaczynał od tego, by zastanowić się, czy i jak istnieją obiekty, które badamy. Nie stawiamy takich pytań

Ale są też ekonomiści, którzy badają efektywność działań nieetycznych – np. efekty ekonomiczne niewolnictwa z punktu widzenia różnych aktorów. Może więc przedzałożenie, że nie badamy tego, co nieetyczne, jest ograniczające?

Dotyka pan problemu imperializmu ekonomii, tzn. tego, w jakim stopniu mogę użyć narzędzi modelu wyboru konsumenta, zwykle zaprzęganego np. do wyboru między białym a czerwonym winem, do np. analizy wyboru małżonków między liczbą a „jakością” dzieci. Opisywanie tego typu kwestii za pomocą języka efektywności, maksymalizacji i równowagi to przykład imperializmu ekonomicznego. Gary Becker dostał za to nagrodę Nobla – za poszerzenie zakresu ekonomii.

Przykładowo: ekonomiczna teoria małżeństwa.

Kilka ładnych lat temu dostałem do recenzji znakomitą matematycznie pracę magisterską, w której był replikowany jeden z wyrafinowanych ekonomicznych modeli wyboru Autor tej pracy rozważał zachowania ojców soborowych podczas Soboru Watykańskiego II. Wektorem była doktryna Kościoła, konstytucje soborowe etc. Biskupi byli charakteryzowani przez funkcje użyteczności, w których znajdowała się liczba wiernych na Mszach św. w ich diecezjach czy prawdopodobieństwo ich zbawienia itd. Powstał ekonometryczny model kształtowania się doktryny Soboru Watykańskiego II. To typowy, ale w tym przypadku wadliwy imperializm ekonomii.

Dlaczego wadliwy?

Takiej teorii nie mogę sfalsyfikować, bo do funkcji użyteczności mogę wrzucić wszystko. Jest też inny problem: czy opisując językiem ekonomii neoklasycznej (operującym w kategorii korzyści, użyteczności, zysku, efektywności, równowagi etc.) zachowanie mojej żony, która dzisiaj zrobiła mi kanapkę, nie ryzykuję tego, że ten obszar mojego życia ulegnie urynkowieniu, a przecież intuicyjnie zgodzimy się co do tego, że ekonomizacji nie powinien podlegać?

Ale dlaczego nie powinno się tego robić? Jeśli tak nie jest, to rzeczywiście nie ma sensu bawić się w takie beckerowskie gierki. Ale jeśli jest – to może pomoże nam to zrozumieć świat?

Próbując zrozumieć świat, pan zakłada, że on może być taki, jak mój model. Można badać decyzje małżeństwa, dotyczące liczby i „jakości” dzieci, tak jakby wybierali między Colą a Pepsi. Becker w „A Treatise on the Family” świetnie to wyjaśnia. W różnych kręgach kulturowych spada stopa dzietności, a rośnie wykształcenie. I rzeczywiście, ludzie podejmują decyzje, biorąc pod uwagę ograniczenia budżetowe i koszt wykształcenia kolejnego dziecka. Funkcja się różniczkuje.

Czyli model świetnie działa.

Pozornie. To pomoże panu doskonale wyjaśnić modelowy świat, który może być jednak różny od rzeczywistości, do której pan nawiązuje. Thomas Schelling, zresztą też noblista, kiedyś siedział na lotnisku i się nudził. Zaczął wypełniać plusami i minusami kartkę w kratkę. Założył, że plusy tylko troszkę nie lubią minusów. Jeśli dochodzi między nimi do zbyt wielu interakcji, to plusy idą trochę w górę, minusy trochę w dół. Okazuje się, że po 20-30 interakcjach plusy są wokół plusów, a minusy wokół minusów. Dochodzi do autoselekcji. W ten sposób można tłumaczyć np. gettoizację w amerykańskich miastach. Jednak Schelling nie rysował modelu patrząc na amerykańskie miasto, gdzie czarni są w jednej dzielnicy, a biali w drugiej. Interpretacja jest nadana ex post.

Gdzie jest granica badania „nieetycznych” działań?

Może pan badać np. determinanty zabijania dzieci nienarodzonych w różnych krajach wykorzystując modelowanie ekonometryczne. Przykładowo, poziom ubóstwa kobiet może wpływać na te wybory. Ale jeśli zacznę badać ekonomiczne determinanty robienia mi kanapek przez żonę, mogę popaść w dogmatyzm, uznający, że każda sfera życia jest do cna ekonomiczna, a tak nie jest. Michael J. Sandel pisał, że są obszary życia, które wymykają się prostej ekonomizacji. Chyba, że ekonomiczność zdefiniujemy w zupełnie innych kategoriach.

Może należałoby podejść do tego inaczej: gdy człowiek tworzy sobie hierarchię użyteczności, nie ma znaczenia, czy mówimy o kwestiach materialnych czy nie. Dla pana żony ważniejsze od zrobienia czegoś innego w tym czasie może być zrobienie kanapki z miłości. Może być większą wartością. To nie będzie ekonomia?

Pytanie o definicję ekonomii. Jeśli zdefiniujemy ją przez przedmiot analizy, jako naukę o podejmowaniu wyborów, a nie przez metodę badawczą, to będzie to ekonomia. Ekonomia jest obecnie bardzo wielowątkową nauką, a my tkwimy w bardzo mechanicystycznym rozumieniu granic między naukami, które się bardzo ze sobą przenikają. Kahneman dostał Nobla za wprowadzenie wątków psychologicznych do ekonomii. To był pierwszy zwrot kognitywny w ekonomii w latach 70-tych XX wieku. Ale teraz mówimy o drugim zwrocie kognitywnym, czyli wchodzimy w ludzkie mózgi, kładziemy ludzi pod rezonans magnetyczny i każemy grać na giełdzie. Tym zajmuje się neuroekonomia.

Może więc badacz społeczny nie powinien się zastanawiać, czy to jest ekonomia, czy nie?

Ludzkie wybory są zakorzenione w kontekście społecznym, kulturowym, religijnym i innym. W polityce gospodarczej, którą nazywam za Keynesem sztuką ekonomii, kontekst jest wszystkim. Zupełnie inaczej zadziała obniżenie kosztu pieniądza w kraju, w którym inwestycje ograniczone są brakiem kapitału, a inaczej w kraju, gdzie kapitału jest co niemiara. Nauka ekonomii to, metaforycznie, budowanie wielopoziomowych bibliotek modeli. Dużo trudniej jest nam wybrać z tych bibliotek adekwatny model do stawianych przez nas pytań i kontekstu, gdzie będzie on zastosowany. Jeśli jako członek RPP próbuję zrozumieć mechanizm inflacji w Polsce, to mogę wziąć prosty model krzywej Phillipsa, który mówi, że gdy jest wysoki wzrost wynagrodzeń, to powinna być wysoka inflacja. A tu – nie ma. To nie znaczy, że model jest nieprawdziwy, ale świat się zmienił i do tego nowego świata ten model nie powinien być stosowany.

Czy opisując językiem ekonomii neoklasycznej (operującym w kategorii korzyści, użyteczności, zysku, efektywności, równowagi etc.) zachowanie mojej żony, która dzisiaj zrobiła mi kanapkę, nie ryzykuję tego, że ten obszar mojego życia ulegnie urynkowieniu, a przecież intuicyjnie zgodzimy się co do tego, że ekonomizacji nie powinien podlegać?

Czy dziś friedmanowski model mówiący, że inflacja jest zjawiskiem pieniężnym, już się zdezaktualizował?

Moja kadencja w RPP zaczęła się w lutym 2016 i kilka miesięcy potem uczestniczyłem w kolacji z przedstawicielami różnych banków centralnych. Jeden z nich wzniósł winem toast za inflację. Bankierzy centralni, którzy piją za inflację, to jest nowy świat, bo wcześniej banki centralne walczyły z inflacją w imię stabilności gospodarek. Teraz banki centralne robią luzowanie ilościowe, czyli zasypują gospodarkę pieniędzmi, a inflacja jest umiarkowana. Są tysiące hipotez, które to tłumaczą – znaczenie ma kultura, demografia, informatyzacja, postęp technologiczny, mniejsza rola związków zawodowych itp. Marzenie wielu ekonomistów o możliwości sformułowania w ramach tej nauki ścisłych praw jest niemożliwe do realizacji, bo gospodarki przez takie prawa nie są rządzone. Przykładowo, jeśli RPP obniży stopy procentowe, to nie mogę powiedzieć, że wzrosną inwestycje, ale jedynie, że wystąpi tendencja do ich wzrostu. To nie jest czysty chwyt retoryczny.

Co prawda teraz inflacja znowu zaczyna rosnąć, ale czy to, że przez tyle lat mimo ekspansywnej polityki monetarnej nie rosła, wynikało z tego, że jej twórcy wychodzili z błędnych przedzałożeń?

Twórcy polityki pieniężnej nie mają często pojęcia o swoich przedzałożeniach. Nie byłem nigdy na wykładzie z polityki pieniężnej, który ktoś by zaczynał od tego, by zastanowić się, czy i jak istnieją obiekty, które badamy. Nie pamiętam też posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej, gdy dyskutowalibyśmy ontologiczny status bytów, do których się odwołujemy, co nie znaczy, że nie prowadzimy sporów metodologicznych, ale jednak nie na aż tak fundamentalnym poziomie.

A powinniście?

Każda nauka, żeby się rozwijać, powinna być samokrytyczna. Inaczej się degraduje. To jest rolą filozofii czy metodologii ekonomii – udanie się na  kosmiczne wygnanie i spojrzenie z zewnątrz na teorię. Od tych kwestii akademiccy ekonomiści nie powinni abstrahować.

Adam Smith uważał ekonomię za dziedzinę filozofii moralnej. Dlaczego ekonomia odeszła od tej perspektywy?

Immanentnym marzeniem człowieka jest chęć zrozumienia świata i pozbycie się jakichkolwiek wątpliwości. Ekonomia historycznie była związana z fizyką Newtona. W XIX wieku ekonomiści zaczęli aplikować mechanicystyczny wzorzec świata. Stąd wywodzi się wiara ekonomistów w to, że można za pomocą wyrafinowanych narzędzi, w tym matematycznych, opisać świat jednym metamodelem, biorącym pod uwagę efektywność, równowagę i maksymalizację. Dość szybko okazało się, że nasze modele są uwikłane w sądy wartościujące. Nie wyobrażam sobie np. ewaluacji ekonomicznej programu 500+ wolnej od sądów wartościujących.

Wszystko zależy od tego, jaki cel sobie postawimy.

Teoria ekonomii mi tego celu nie określi. Dla mnie głównym celem programu 500+ jest rekompensowanie rodzicom prywatnych kosztów wychowania dziecka, gdy korzyści z dziecka w przyszłości będą publiczne. W klasycznym modelu mogę wyjść z założenia, że skoro koszty „produkcji” kolejnych dzieci są prywatne i istotne, to jeśli w modelu wyboru optymalnej liczby dzieci porównuję moje prywatne koszty z prywatnymi korzyściami z dziećmi, to wcześniej zakończę „produkcję”, niż gdybym uwzględnił korzyści społeczne, stąd argument za współfinansowaniem opieki nad dziećmi przez państwo.

To nie zawsze będzie miało wpływ na ludzkie decyzje.

Tak, bo może być tak, że mam taką normę moralną: nie patrz na koszty, miej więcej dzieci. Albo: nie miej więcej dzieci, bo klimat się ociepla. Mamy czwórkę dzieci, ja pracuję zarobkowo, moja żona jest z nimi w domu. Czasem rozmawiamy o tym, że to dla nich korzystne z różnych powodów. Ale ona jest z nimi przede wszystkim dlatego, że je kocha – i byłaby z nimi nawet, gdyby okazało się, że wysłanie ich do jakiegoś żłobka podniosłoby niesamowicie mocno np. ich szanse edukacyjne. Ale my kochamy dzieci, i chcemy być z nimi. Amartya Sen opracował ideę metarankingu preferencji. Na początku określamy czy wybór jest moralny czy niemoralny. Jeśli wybór Pepsi i Coca-Coli jest moralny, to patrzę na drugi ranking preferencji, np. przyjemności. Klasyczny model wyboru nie widzi tego, co się we mnie dzieje, a w szczególności rozstrzygania co do moralności pewnych wyborów.

Czy ekonomia wolna od wartościowania to iluzja?

Rozróżnienie na ekonomię normatywną i pozytywną można obronić pod pewnymi warunkami, jeśli jako pozytywną rozumiemy to, jak jest i to badamy, a normatywną to, jak powinno być. Ale ekonomia pozytywna nie jest na pewno „czystą” ekonomią, bez wartościowania, taką fizyką nauk społecznych. Tu zawsze jest rozstrzyganie na poziomie etycznym. Ekonomiści często udają, że są wolni od wartościowania, a nie są.

Przykładowo – mówiąc, że coś jest sprawiedliwe, albo niesprawiedliwe.

Pytanie o sprawiedliwość rodzi bardzo dużo problemów. Ale i o efektywność. Np. polityka może być efektywna, jeśli chodzi o aktywizację kobiet na rynku pracy, ale mniej efektywna, jeśli chodzi np. o jakość opieki nad dzieckiem.

Co do ekonomii wnosi etyka cnót?

Ona nie jest indywidualistyczna. Cnota wykuwa się w relacji z drugim człowiekiem. Ona się kształtuje, jest predyspozycją. Jestem zwolennikiem pluralizmu etycznego. W realnym świecie mamy wokół nas dużo utylitaryzmu, deontologii (etyki zasad), ale i etyki cnót. Czasem uznaje pan, że coś jest użyteczne, a czasem, że czegoś z natury nie wolno robić. Te zasady potrafią się łączyć ze sobą. Warto robić dobre rzeczy w dobry sposób, a do tego dobrego robienia odnosi się właśnie etyka cnót. Lubię „Etykę nikomachejską” Arystotelesa, gdzie są po kolei opisane różne cnoty. Człowiek staje się bardziej człowiekiem, jeśli nad tymi cnotami pracuje, bo wtedy może i czynić dobro i robić to lepiej. Etyka cnót powie nam, jak dojść do celu w dobry sposób. Ekonomia oparta na klasycznym utylitaryzmie mi tego nie powie.

W artykule „Utylitaryzm, deontologia i etyka cnót: zbieżne czy przeciwstawne fundamenty ekonomii?” pisze pan o cnotach, które trzeba wypracować w sobie, by osiągnąć sukces na rynku, m.in. o uniwersalności, bacznej uwadze, skłonności do zaufania innym.

Mówiąc językiem dzisiejszym, który nie lubi odwołań do metafizyki, można powiedzieć, że cnoty są pewnymi kompetencjami behawioralnymi. Jeśli jestem uczestnikiem rynku, to rynek jest siecią relacji między osobami. Oczywiście rozwój kapitalizmu w kierunku jego coraz mocniejszej finansjalizacji rozbija relacyjność, bo zamiast relacji mamy transakcje. Zwykło się zakładać w historii gospodarczej, że był taki moment w rozwoju kapitalizmu, że najpierw była wymiana spersonalizowana – nie mogłem się z panem wymienić, jeśli nie byliśmy tej samej religii i kultury. Wchodzi nowoczesność, wymiana się depersonalizuje i nie jesteśmy dla siebie tak  istotni jak wcześniej. Jestem jednak zakorzeniony w pewnych praktykach – wymiana jest praktyką, której celem jest obopólna korzyść. Tu jest przestrzeń, gdzie cnota może mieć zastosowanie.

Mogę być bardzo ubogim, będąc bardzo bogatym, albo bardzo bogatym, będąc biednym

Czy to nie jest zbyt idealistyczne podejście? Można też dorobić się na oszustwie i wyzysku.

Zawsze mogę pójść i ukraść, ale większość ludzi tego nie robi, bo są zasady, które maksymalizują nasz dobrobyt. Świat, w którym się mniej kradnie, mniej oszukuje, jest światem, w którym koszty transakcyjne, monitoringu, nadzoru, są mniejsze. Przede wszystkim jednak kraść po prostu nie można.

Cnota się opłaca?

Tak, choć nie jest to opłacalność wyłącznie ekonomiczna, bo dzięki cnotliwemu życiu człowiek staje się bardziej człowiekiem. Gdybym miał odpowiedzieć, jako ekonomista, czy cnota się opłaca w skali makro, w sensie np. stymulowania PKB, odpowiedziałbym: to zależy. Jeśli nawet odwoływanie się do ludzkiej chciwości i na tej bazie skłanianie ludzi do konsumpcji, poprzez odpowiednią politykę gospodarczą, np. radykalną redukcję stóp procentowych, wzrost PKB stymulowałoby, to czy zawsze warto z etycznego punktu widzenia tak robić? Mam tutaj duże wątpliwości. PKB może rosnąć, a gospodarka jednocześnie się nie rozwijać; konsumpcja indywidualna może rosnąć, ale ludzie wcale nie muszą przez to lepiej żyć i być szczęśliwsi. Nihil novi, bo kwestie te stawiał już Arystoteles, gdy wprowadzał rozróżnienie na potrzeby i pragnienia, i gdy pisał, że życie pod przymusem coraz większej konsumpcji jest życiem niejako w niewoli. Mogę być bardzo ubogim, będąc bardzo bogatym, albo bardzo bogatym, będąc biednym. Chodzi o to czy traktuję bogactwo jako cel, czy narzędzie, czy jestem do dóbr materialnych przywiązany, czy od nich oderwany.

 

Rozmowa została przeprowadzona podczas X Kongresu Ekonomistów Polskich, który odbył się 28-29 listopada 2019 roku w Warszawie

polski ekonomista. Pracuje na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW (jest profesorem tej uczelni), gdzie kieruje Katedrą Ekonomii Politycznej; od 2016 roku członek Rady Polityki Pieniężnej.
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, współpracownik Polskiego Radia Lublin. Pisze doktorat z ekonomii i finansów w Szkole Doktorskiej Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Do Rzeczy", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym" i "Dzienniku Gazecie Prawnej". Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem", "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku", "Mała degeneracja", współautor z Tomaszem Pułrólem książki "Upadła praworządność. Jak ją podnieść". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz