Newsletter

Czekając na rozwiązanie NATO

Mimo upływu dziesięciu lat od wojny pięciodniowej, Gruzja nie utrzymuje z Rosją stosunków dyplomatycznych. Jednak ton rosyjskiej propagandy znacząco się zmienił, a Moskwa chce współpracować z gruzińskimi elitami

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

W związku z dziesięcioleciem tzw. wojny pięciodniowej, rosyjskie media zamieściły kilka ważnych wywiadów i artykułów poświęconych ocenie tego, co się wówczas stało, jakimi motywami kierowała się Rosja oraz jakie są perspektywy zmiany obecnej sytuacji, czyli zamrożonej fazy konfliktu. Mimo upływu dziesięciolecia, Gruzja nie utrzymuje bowiem z Rosją stosunków dyplomatycznych, a separatystyczne „republiki” prócz Moskwy nie są uznawane przez nikogo na świecie, jeśli nie liczyć Syrii, Nauru czy Nikaragui.

Rosja: „Nie jesteśmy stroną konfliktu”

Szczególnie wart uwagi jest blok materiałów zamieszczonych w dzienniku „Kommiersant”, którego właścicielem jest zaprzyjaźniony z Kremlem rosyjski oligarcha Usmanow. Wywiadów udzielili m.in. obecny premier Miedwiediew, wówczas prezydent Federacji Rosyjskiej, były wicepremier i minister obrony Iwanow, dziś w administracji prezydenta odpowiadający za kwestie związane z ochroną środowiska, czy Marat Kulakhmetov dowodzący rosyjskim „kontyngentem pokojowym” w Osetii Płd., a dziś będący tam rosyjskim ambasadorem.  Przy tym, co istotne, wypowiedzi ich mają wymiar inny niż li tylko historyczny i w tym sensie zawierają ważne przesłanie, jakie część rosyjskiego establishmentu kieruje pod adresem świata.

Obydwaj rozmówcy argumentują, że konfliktu można było uniknąć, gdyby gruziński prezydent Saakaszwili nie popełnił błędu w ocenie sytuacji, a Rosjanie byli lepiej przygotowani

Dlatego warto poświęcić nieco uwagi temu, jak dziś rosyjskie elity postrzegają konflikt 2008 roku. Rozumienie jego przyczyn, skutków i możliwości rozwikłania sytuacji konfliktowych wskazuje bowiem na szerszy obraz tego, w jaki sposób rosyjski obóz władzy chciałby ułożyć swe relacje z tzw. bliską zagranicą, jak rozwiązać konflikt w Donbasie, jak kooperować z kolektywnym Zachodem. Wszystkie rozmowy przeprowadził Władimir Sołowiow, co też jest ciekawą informacją, bo przecież mamy do czynienia z jednym z głównych dziennikarzy-propagandystów i osobistym zaufanym Władimira Putina. Jednym słowem – mamy zapewne do czynienia z rodzajem komunikatu, który wysyła Kreml. Tym bardziej, że na nieodległe uroczyste obchody dziesięciolecia niepodległości Osetii Płd. przyjechać ma Władimir Putin.

Zdaniem wielu obserwatorów pierwszą zmianą mogącą świadczyć, że rosyjski obóz władzy ma polityczny plan, który zaczyna realizować, jest zmiana tonu i języka oficjalnej propagandy. Kontrolowane przez Kreml kanały telewizyjne omawiając rocznicę konfliktu akcentowały raczej jego lokalny, gruzińsko-osetyjski wymiar i dość starannie unikały wzmianek o zaangażowaniu rosyjskiej armii. Nie przybrało to jeszcze takiego charakteru jak pamiętne słowa Władimira Putina, który mówił, że w Donbasie z regularnymi jednostkami ukraińskiej armii walczą traktorzyści broniący swych domostw, ale kierunek jest podobny. Komunikat jest przy tym dość prosty: Rosja nie jest stroną. To tylko spór w rodzinie. Zdarzenia sprzed 10 laty są w gruncie rzeczy zaostrzeniem konfliktu, który zaczął się jeszcze za czasów sowieckich. Zgodnie mówią o tym w wywiadach i Miedwiediew, i Iwanow. Co ciekawe, ten ostatni skłonny jest bagatelizować udział rosyjskich formacji. Mówi nie o wojnie pięciodniowej, a co najwyżej trzydniowej, i o bardzo ograniczonych celach i środkach Rosji. Iwanow przy tym nie unika krytycznych uwag o słabych stronach rosyjskich formacji – o niedostatecznym przygotowaniu wywiadowczym, czy słabym posiłkowaniu się nowoczesną techniką łączności.

Kwestia złego przygotowania wywiadowczego powraca też w rozmowie z Maratem Kulakhmetovem. Pytany kilkakrotnie przez Sołowiowa, Kulakhmetov przyznał w końcu, że całego konfliktu mogłoby nie być, gdyby siły rosyjskie nie dały się zwieść deklaracjom Tbilisi o tym, że obserwowane ruchy wojsk są jedynie ćwiczeniami, nie zaś przygotowaniem do rozpoczęcia działań zbrojnych. Ta zmiana na poziomie retoryki jest dość znacząca. Mamy do czynienia nie z wojną przywracającą chwałę i poczucie siły rosyjskiego oręża, jak w ciągu ubiegłych lat zwykło się w rosyjskich mediach o tym konflikcie pisać, a z ograniczoną operacją, do której Rosja została przymuszona, a nawet w pewnym momencie zaskoczona rozwojem wydarzeń. I ten ostatni czynnik był zasadniczym powodem, dla którego Rosja odpowiedziała, o co jest od lat oskarżana, „w sposób nieadekwatny”, czyli używając zbyt wielkiej siły.

Rzekomy błąd Saakaszwilego

Bo obydwaj rozmówcy argumentują, że konfliktu można było uniknąć, gdyby gruziński prezydent Saakaszwili nie popełnił błędu w ocenie sytuacji, a Rosjanie byli lepiej przygotowani. Miedwiediew wprost mówi o tym, że gdyby w Tbilisi znajdowało się inne kierownictwo, to najprawdopodobniej inwazji by nie było. Twierdzi ponadto, czemu przytakuje Iwanow, że Rosja nie zajęła stolicy Gruzji, bo tego po prostu nie chciała. Nie dlatego, że obawiała się reakcji Zachodu, ale z tego powodu, że zatrzymując swe pancerne kolumny 20 kilometrów przed Tbilisi już osiągnęła swe cele polityczne. A zatem cała akcja zachodnich przywódców była w tym kontekście zbędna. Celem politycznym Moskwy nie było też zablokowanie wejścia Gruzji do NATO, co błędnie dziś się zwykło sądzić, ale „odebranie Gruzinom chęci, aby myśleć o podobnych krokach”, czyli o rozwiązywaniu sporów manu militari.

Miedwiediew dowodzi, że w gruncie rzeczy Moskwa gotowa była, zanim jeszcze doszło do starcia, odegrać rolę służebną wobec Tbilisi

Miedwiediew dowodzi, że w gruncie rzeczy Moskwa gotowa była, zanim jeszcze doszło do starcia, odegrać rolę służebną wobec Tbilisi, pośredniczyć w rozmowach zjednoczeniowych, wspomagać proces scalenia kraju w formie federacji czy konfederacji. Jednak taką możliwość odrzucił Saakaszwili i rozpoczął działania militarne. Ale dziś – i to jest oferta kierowana przez obecnego premiera Rosji – można proces zjednoczenia rozpocząć na nowo.

Odpowiadając na pytanie, czy uznanie niepodległości Abchazji i Osetii z politycznego punktu widzenia nie było błędem, Miedwiediew formułuje interesujący wywód. Otóż po pierwsze dementuje krążące w Rosji pogłoski (podobnie zresztą czyni w wywiadzie Iwanow), że decyzja nie zapadła jednomyślnie. Ówczesny prezydent Federacji Rosyjskiej dowodzi, że jego punkt widzenia podzielała Rada Bezpieczeństwa oraz konsultowany w tej sprawie premier Putin. Miedwiediew dodaje przy okazji, że zasadniczym powodem takiego kroku była chęć uspokojenia sytuacji, którą on rozumie jako uniknięcie możliwości kontynuacji konfliktu. Gdyby Abchazja i Osetia były nadal z formalnego punktu widzenia zbuntowanymi prowincjami Gruzji, to jego zdaniem po pierwszym szoku w związku z poniesionymi stratami oraz obecnością rosyjskich kolumn pancernych nieopodal stolicy, władze Gruzji mogłyby podjąć próbę kontruderzenia. Uznanie niepodległości prowincji zablokowało tę możliwość.

Iwanow, opisując motywy, jakimi kierowała się Moskwa, powołuje się na status podzielonego Cypru, którego część północna nie jest uznawana przez nikogo na świecie, tylko przez Turcję. I jego zdaniem podobnie jest w przypadku prowincji gruzińskich, którym nie zależy, aby były uznane przez kogokolwiek, a wystarczy im potwierdzenie niepodległości przez Moskwę. Trwałość podziału Cypru może świadczyć, że w przypadku Gruzji trzeba się liczyć z podobnego rodzaju nieodwracalnymi zmianami. Miedwiediew mówi wprost, że najważniejszym benefitem, który dostała Rosja, jest pokój i „spokojna głowa”. Elity rosyjskie nie odczuwają niepokoju w związku z faktem, że zamieszkujący te terytoria obywatele Federacji mogą stać się obiektami agresji czy ucierpieć w wyniku odmrożenia uśpionych konfliktów.

Gruzja i Ukraina w NATO?

Te odniesienia do sytuacji Cypru są o tyle istotne, że w gruncie rzeczy opisują rosyjskie postrzeganie możliwości ewolucji sytuacji. Cypr, jak wiadomo, jest w Unii Europejskiej, ale już nie w NATO i w gruncie rzeczy podobną drogą mogłaby – tak całą sprawę wydają się postrzegać w Moskwie – pójść Gruzja. Obydwaj rozmówcy nawiązują do wspominanej niedawno na szczycie w Brukseli kwestii perspektywy wejścia Gruzji do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Obaj dopuszczają możliwość, że jest to tylko figura retoryczna, propozycja na tyle ogólna, że nie jest wypełniona żadną konkretną treścią. Iwanow, który zanim został ministrem obrony, przez 25 lat służył w rosyjskim wywiadzie wojskowym, wprost artykułuje myśl, że gdyby Zachód chciał, to przyjąłby Gruzję do Sojuszu, nawet bez uregulowanej kwestii zbuntowanych autonomii – abchaskiej i osetyjskiej. Ale jako że każde suwerenne państwo – a jego zdaniem współcześnie są tylko cztery takie organizmy na świecie (prócz Rosji jeszcze USA, Chiny i Indie) – ma scenariusz na wszystkie ewentualności, przede wszystkim na te najgorsze, tak i Rosja musi się liczyć z ewentualnością wejścia Gruzji w skład Paktu. Tym bardziej, że jak argumentuje Miedwiediew, NATO cały czas się powiększa, przyjmuje nowe kraje i rozbudowuje swe instalacje wojskowe. Przy tym w sposób niedwuznaczny Sojusz postrzega Rosję jako swego głównego przeciwnika.

Rosyjska polityka wobec Gruzji zaczyna przypominać postępowanie Izraela wobec terenów okupowanych

Dziś Moskwa musi się liczyć z sytuacją, w której terytorium Federacji osiągnąć może nie tylko broń jądrowa o charakterze strategicznym (jak to było za czasów zimnej wojny), ale również ta o charakterze taktycznym. A to nakazuje czynić przygotowania, tak jakby konflikt był realny (nawet jeśli nie wierzy się w prawdopodobieństwo jego wybuchu). I po to, w opinii Miedwiediewa, Moskwie są potrzebne bazy w Osetii i Abchazji. Ich obecność ma skłonić strategów Sojuszu do tego, aby kilkakrotnie przemyśleli swą politykę w zakresie rozszerzenia NATO o Gruzję, ale nawet jeśli formalny akces nie nastąpi, to i tak wzrost zaangażowania sił zbrojnych państw Paktu, przede wszystkim amerykańskich jest widoczny. A w takim wypadku rachuby nie polityczne, ale militarne zaczynają dominować. Oczywiście w kontekście Gruzji trzeba mieć na uwadze również Ukrainę, bo nie ulega wątpliwości, nawet dla przeprowadzających rozmowy rosyjskiego dziennikarza, że linia polityczna Moskwy i w jej przypadku jest podobna.

Ale Moskwa ma też ofertę kierowaną pod adresem lokalnych elit. Współpracujmy – proponuje. Nawet jeśli różnią nas strategiczne wybory, to mogą łączyć interesy gospodarcze, wspólnota wiary i kultury, turystyka. Mało tego: jak argumentuje Avigdor Eskin w artykule umieszczonym na stronie wpływowej Rosyjskiej Rady ds. Polityki Zagranicznej, można wyobrazić sobie rozpoczęcie rozmów Tbilisi ze stolicami zbuntowanych republik autonomicznych pod patronatem Moskwy. Celem tych negocjacji mogłoby być nie tylko osiągnięcie porozumienia i pokoju, ale również powrót 200 tysięcy uchodźców – Gruzinów wyrzuconych z terenów kontrolowanych przez separatystów. Tu istotne jest wyjaśnienie, kim jest Eskin – a jest to izraelski konserwatysta, a nawet ekstremista, wzywający do wyparcia muzułmanów i zniszczenia meczetu Al-Aksa. Z pochodzenia jest rosyjskim Żydem, utrzymuje bardzo bliskie związki z rosyjskimi konserwatystami, jest kojarzony z byłym wicepremierem, a dziś nadzorującym rosyjskie projekty kosmiczne Dmitrijem Rogozinem. W swoim czasie był też głównym lobbystą interesów Janukowycza w Izraelu.

Czy rosyjskie elity mają jakikolwiek pomysł o szerszym wymiarze? Mówi o tym Miedwiediew – NATO w jego opinii jest przeżytkiem zimnej wojny i dopiero kiedy się rozwiąże, możliwy będzie wspólny, europejski system bezpieczeństwa

W pewnym sensie rosyjska polityka wobec Gruzji zaczyna przypominać postępowanie Izraela wobec terenów okupowanych: „Zajęliśmy je, bo takie są nasze interesy, jesteśmy tam i będziemy obecni zbrojnie tak długo, jak długo zmuszeni będziemy chronić zamieszkujących te tereny Rosjan”. Izrael okupuje terytoria palestyńskie już kilkadziesiąt lat, i nikt nie jest w stanie doprowadzić do zmiany tej polityki. Chyba, że zgodzą się na to sami zainteresowani w przypadku Izraela Arabowie, a jeśli idzie o Rosję – Gruzini, Ukraińcy czy obywatele Mołdawii. Pokojowe rozwiązanie sporów jest możliwe, ale tylko wówczas, gdy znajdzie się formułę, na którą zgodzi się Moskwa. A czy rosyjskie elity mają jakikolwiek pomysł w szerszym wymiarze? Mówi o tym Miedwiediew – NATO w jego opinii jest przeżytkiem zimnej wojny i dopiero kiedy się rozwiąże, możliwy będzie wspólny, europejski system bezpieczeństwa.